Strona Straszne-Historie.pl wykorzystuje pliki Cookies. Używamy ich aby korzystanie z serwisu było dla Ciebie bardziej komfortowe, pozwala to między innymi na zapisywanie Twoich preferencji, ustawień, przełączania między wersją mobilną a stacjonarną. Niektóre dane mogą być wykorzystywane przez naszych partnerów w celach statystycznych oraz aby umożliwić wyświetlanie reklam w serwisie. Nasz portal dostosowany jest do standardów RODO. Więcej na temat wykorzystania przez nas plików Cookies oraz danych pochodzących od Ciebie znajdziesz w naszym regulaminie oraz polityce prywatności.
Strasznie polecamy
Grzybobranie
Dodane przez: narrator, 2.05.2013, 13:30

http://straszne-historie.pl/data/images/9eefbafbd45ec9f8492df3677bee98c3.JPG

Krzysztof Biecki zjechał na pobocze. Zsiadł z roweru i spojrzał na tabliczkę. Była tak zardzewiała, że nic nie można było na niej odczytać. W dodatku znajdowały się na niej dziury, jak gdyby ktoś do niej strzelał. W lewym górnym rogu była, zdawać by się mogło, nadgryziona. Na prawo od niej znajdowała się wąska ścieżyna wiodąca do lasu.

Mężczyzna spojrzał za siebie. W chwili, gdy obracał głowę, tuż obok niego z zawrotną prędkością przemknął samochód. Biecki podskoczył, a serce ze strachu podeszło mu do gardła. Ponownie spojrzał wstecz. Droga biegła prosto. Żadnych zakrętów, jedynie gładki asfalt otoczony po obu stronach gęstym szpalerem drzew. Idealne miejsce na młodzieżowe wygłupy. Może nawet na nocne wyścigi. Kto pierwszy straci z nerwów kontrolę nad pojazdem i rozbije się o drzewo? Stawiam dziesięć do jednego na Bartka, a ty?

Krzysztof podszedł do tablicy i spojrzał w głąb lasu. Ścieżka wiła się i skręcała, po kilku metrach ginąc w zieleni. Biecki zastanowił się chwilę. Jakie są fakty?

1) Jest dziesiąta rano;

2) Obecnie znajduje się na drodze prowadzącej w serce lasu;

3) Ma słabą orientację w terenie;

4) Wybrał się na grzybobranie, bo ma ochotę na zupę grzybową, a nic tak nie smakuje jak zupa ze świeżych, własnoręcznie zebranych grzybków, mniam;

5) Nikomu nie powiedział o tej wyprawie.

Stał oparty o rower i wpatrywał się w ścieżkę. Zdawała się go hipnotyzować. Mówiła: „wejdź, zobacz, co tu mam, wejdź, proszę. Wejdź. Mam tu coś dla ciebie. Zobaczysz, spodoba ci się. Takich grzybków jeszcze nie widziałeś. Musisz tu wejść.”

Do ciężkiej cholery, dlaczego nie wziął ze sobą telefonu?! Ścieżka kusiła go, ale i napawała lekkim strachem. Co jeśli się zgubi? I nie będzie mógł liczyć na niczyją pomoc? Przecież nikt nie wie, że tu jest. Westchnął. Teraz, gdy przebył te kilkanaście kilometrów nawiedziły go wątpliwości. Nie był pewien, czy nie ryzykuje zbyt dużo. Co ma do stracenia? Pyszny obiad? No tak, ale co jeśli się zgubi? A co mu w tym lesie grozi?

Może się zgubić.

Będzie się trzymał blisko ulicy.

Taa, pewnie. Uważaj, bo przy jezdni znajdziesz ładne okazy.

Wejdzie głębiej.

Będzie cały czas szedł prosto, a potem się obróci i grzecznie wróci na ulicę.

No, zobaczymy.

Krzysztof wsiadł na rower i wjechał do lasu.

Od razu poczuł ten specyficzny zapach ściółki delikatnie zmieszany z tym wyjątkowym, zdrowym leśnym powietrzem.

Na ścieżce były koleiny, więc musiała być używana. W pewnym momencie przednie koło niefortunnie ześlizgnęło się z zaschniętego odcisku. Biecki o mały włos się nie przewrócił. Postanowił zsiąść z roweru i iść dalej na piechotę.

Wziął głęboki wdech rozkoszując się powietrzem. Nie schodząc ze ścieżki rozglądał się na boki w poszukiwaniu grzybów. Oczywiście ich nie widział, więc zwolnił i wysilił wzrok, marszcząc czoło. Dalej nic. Obrócił się za siebie i spojrzał w kierunku ulicy. Tablica majaczyła między drzewami. Niebieski pas asfaltu ciągnął w nieskończoność w obie strony. Przeniósł wzrok na ścieżkę. W jego oczach pojawiła się tęsknota. Chciałby iść dalej, ale boi się, że się zgubi.

Postanowił, że zaryzykuje.

Wolnym krokiem ruszył dalej. Nie zwrócił uwagi, kiedy droga i stara tabliczka za jego plecami zamieniły się w nieprzenikniony pas zieleni.

Było dziesięć po dziesiątej.

Mijały minuty. Krzysztof szedł przed siebie nie myśląc już o powrocie. Jego myśli zaprzątnęło grzybobranie. Owszem, gdzieś głęboko w swoim umyśle miał świadomość tego, ze musi wrócić. Pamiętał, że jeśli będzie wracał tą ścieżką, z pewnością bez problemów wróci na ulicę.

Lecz im głębiej wchodził w las, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że w pobliżu ścieżki nic nie znajdzie.

- Cholera jasna – mruknął. Miał ładny, delikatny głos.

Pojawia się pytanie: zejść ze ścieżki?

Zapuścić się w głąb lasu?

Mężczyzna pochylił głowę i ponownie zatopił się w rozmyślaniach. „Jeśli zejdę teraz z tej ścieżki… To żeby wrócić, będę musiał najpierw skręcić w prawo, a potem iść prosto. Jeśli po zejściu ze ścieżki skręcę w lewo…”

Uniósł głowę i spojrzał w niebo. Słońce leniwie wznosiło po nieboskłonie.

„…to żeby potem wrócić też będę musiał kierować się w na wschód. Tak? Chwila…”

Z rozmyślań wyrwało go odległe wycie wilka.

- Wilki…? – szepnął.

Świadomość, że gdzieś tam grasują te bestie pogłębiła jego niepokój. Znalazł się na rozstaju dróg. Iść dalej i narazić się na śmiertelne niebezpieczeństwo, czy wrócić na drogę i spokojnie pojechać do domu? Krzysztof był skonsternowany. Z reguły był niezdecydowanym człowiekiem, więc starał się nie podejmować zbyt trudnych decyzji, gdyż wiedział, że mógłby ich potem żałować. Nie lubił ryzyka. Jednak tym razem poziom podniecenia wywołany grzybobraniem był znacznie większy. Jakaś cząstka jego umysłu, tak mała, że nie miał nad nią kontroli, w instynkcie samozachowawczym przeczuwała, że Krzysztof odkąd wszedł do lasu jest sterowany przez jakąś siłę. Nie ma (jeszcze) nad nim całkowitej władzy, ale jest na dobrej drodze, by całkowicie podporządkować go swojej woli. Władza ta jest jednak wystarczająco potężna, by umiejętnie i skrycie kontrolować jego ruchy. Biecki miał jeszcze wolną wolę, jednak im głębiej zagłębiał się w las, tym mniejszy wpływ miał na swoje poczynania.

Oczywiście jemu wydawało się, że wszystko robi według wcześniej podjętych decyzji. Nie miał pojęcia, że te jego „decyzje” są w rzeczywistości poleceniami narzuconymi jego umysłowi przez ową Siłę. Energię. To coś.

Mężczyzna skręcił kierownicą i powoli zszedł z drogi. Odetchnął głęboko, jak po długim biegu, po czym nieco śmielej wszedł głębiej.

Wkrótce także i ścieżka za jego plecami została pożarta przez wszechobecną zieleń.

Buty szorowały po mchu. Nie zwracał na to uwagi. Umysł miał zaprzątnięty jednym, nadrzędnym celem. Celem, który przyćmiewał wszystkie inne.

„Grzyby. Szukaj grzybów.”

Pochylił się. Po kilkunastu krokach natknął się na pierwszego podgrzybka. Kilka kroków dalej dostrzegł następnego. Jednym susem do niego doskoczył, wyciągnął z kieszeni kurtki nożyk i ostrożnie odciął trzonek grzybka przy samej ziemi. Przypominał królika, który skacze tu i tam w poszukiwaniu coraz to zdrowszej trawki.

Uniósł zdobycz do góry i dokładnie jej się przyjrzał.

Dobry, zdrowy grzyb.

Nagle naszła go dzika ochota, by odgryźć kapelusz, zatopić w nim zęby i rozkoszować się jego smakiem.

Niemal natychmiast skarcił się w duchu za tę absurdalną myśl.

Oczyszczonego grzyba wrzucił do torby, którą miał na lewym ramieniu i ruszył dalej. Po chwili znów się nachylił; tym razem znalazł, jak to się mówi – całą rodzinkę. Rosły jeden obok drugiego, niemal w idealnym kole, w środku zaś znajdował się… prawdziwek.

Piękny, dorodny, dojrzały prawdziwek. Drżącymi dłońmi wyciął mniejsze podgrzybki, na koniec zostawiając sobie wisienkę na szczycie tortu.

W chwili, gdy jego delikatne (niektórzy znajomi mówili, że są kobiece, ale Krzysztof nie zwracał na to uwagi), nieco drżące palce zbliżały się do trzonu prawdziwka, ponownie rozległo się wycie. Tym razem wyraźnie było słychać dwa. Dwa wilki. I w dodatku… Krzysztof nie był do końca pewien, więc nie mógł przysiąc, ale zdawało mu się, że… że wycie dochodziło z bliższej odległości niż za pierwszym razem. Przełknął głośno ślinę i odruchowo spojrzał w niebo. Pomiędzy drzewami dostrzegł jasne promienie, które ginęły w mrocznej zieleni panującej poniżej ich koron. Do niego docierał jedynie nikły blask.

Choć słonce świeciło jasno, na niebie pojawiło się kilka chmur. Bieckiemu wydawać by się to mogło absurdalne, ale na świecie brakowało około trzydziestu minut do południa.

Wrzucił prawdziwka do torby, wstał i zaczął się rozglądać w poszukiwaniu kolejnych okazów. Nic nie dostrzegłszy prócz kilku zdradzieckich muchomorów, ostrożnie ruszył do przodu. Przez jakiś czas nie znajdował nic, jedynie gęsto rozsiane pajęczyny między gałęziami drzew.

W pewnym momencie, gdy patrzył się pod nogi uważając, by nie rozdeptać żadnego z przypominających małe kartofelki szatanów, wszedł prosto w wielką, rozpiętą między dwiema suchymi gałęziami pajęczynę. Miała średnicę około pół metra, a na jej środku znajdował się on. Najcierpliwszy ze wszystkich myśliwych. Osiem nóg. Gruby, czarny odwłok. Cztery pary malusieńkich, dzikich oczu.

Podniósł głowę, gdy było już za późno. Gęsta pajęczyna oplotła jego twarz, pająk znalazł się wewnątrz jego lekko rozchylonych ust. Poczuł na języku, jak insekt rozpaczliwie przebiera odnóżami, starając się za wszelką cenę wydostać. W mgnieniu oka dostał torsji, zgiął się w pół i czym prędzej wypluł go. Czarna kulka uderzyła w liścia, zostawiając na nim ślad po jego ślinie, po czym zniknęła w ściółce.

Biecki przyłożył dłonie do twarzy i zaczął z obrzydzeniem ścierać z siebie pajęczynę. Wciąż miotany torsjami, postąpił kilka kroków i drżącą ręką oparł się o drzewo. Oddychał chaotycznie, każdy wdech był płytki i nierówny. Przez jego chwilowo sparaliżowany umysł przebiegła samotna myśl: „A jeśli wstrzyknął mi jad?”

Oparł się plecami o pień i osunął na ziemię. Poszukał wzrokiem roweru, który zostawił w miejscu, w którym zobaczył pierwszego grzyba. Nadal dyszał z przerażenia, ale jego oddech powoli zaczynał się uspokajać.

„Jakie jest prawdopodobieństwo, że był jadowity?”

„Niewielkie.”

„Skąd ta pewność?”

„W naszym regionie nie ma jadowitych pająków.”

„A jeśli ten był? Mam dziwny posmak w ustach…”

„Nie był. Koniec dyskusji.”

Częstotliwość oddechu powoli wróciła do normy. Spojrzał do torby. Pięć grzybów na krzyż, jak to się mówi. Pięknie.

Podniósł się i przeciągnął. W jego kolanach rozległo się ciche strzyknięcie. Mimo, iż Krzysztof Biecki był młodym mężczyzną (miał dopiero trzydzieści dwa lata), coraz częściej bolały go kości. W swoim mniemaniu był dość atrakcyjnym facetem, więc nie potrzebował chodzić na siłownię. Zresztą sport i tak go nie interesował. Wolał rozrywki kulturalne. Był mężczyzną o delikatnej naturze, jego ulubionym hobby było chodzenie, a właściwie jeżdżenie, (bowiem w jego mieście nie było ani filharmonii, ani opery), na koncerty muzyki klasycznej. Jego ulubionymi wykonawcami byli Mozart i Chopin. Nie gardził też Orffem.

Przymknął na chwilę oczy. W wyobraźni zobaczył, jak dwa olbrzymie wilki po cichu skradają się do niego. Jeden do niego podchodzi i zaczyna wyszarpywać kawał mięsa z jego szyi. Krew zaczyna tryskać na wszystkie strony.

Wzdrygnął się i otworzył oczy. Siedział pod drzewem, w torbie nadal znajdowało się tyle grzybów, co kot napłakał.

Nie miał o tym pojęcia, ale odkąd wszedł do lasu, minęły niecałe trzy godziny.

Podniósł się ociężale i zarzucił sobie torbę na ramię.

Ruszył dalej.

Przebył kilkanaście metrów, po czym stanął jak wryty. Tuż przed nim, subtelnie zakryta liśćmi znajdowała się pułapka na niedźwiedzie.

Gwizdnął z podziwem. Nie spodziewał się, że w tym lesie znajdują się niedźwiedzie. Chciałby kiedyś zobaczyć jakiegoś „na żywo”, a nie w telewizji. Jednak teraz, gdy widok pułapki spotęgował jego niepokój, ominął ją szerokim łukiem i poszedł dalej. Znalazł kolejną rodzinkę grzybków. Pochylił się i wprawnymi ruchami je oczyścił. Kilka metrów dalej znajdowała się kolejna.

Gdy wycinał ostatniego grzyba, kątem oka dostrzegł coś bladego w mchu kilka metrów przed nim. Wstał, poprawił torbę i ruszył w tamtym kierunku. Zbliżył się do tego na odległość dwóch metrów, ale nadal nie mógł sobie przypomnieć, z czym kojarzy mu się ten podłużny kształt. Podrapał się po głowie i nagle doznał olśnienia.

Przed nim leżała czaszka psa.

Sądząc po długości i kształcie pyska był to owczarek niemiecki. Puste oczodoły, z których wyrastała soczysta, zielona trawa patrzyły na grzybiarza z niemym wyrzutem.

Krzysztof z przerażeniem wpatrywał się w ponure znalezisko.

Dopiero po dłuższej chwili niemego zachwytu nad makabrycznością tego widoku, dotarło do niego, co tak naprawdę widzi.

Owszem, czaszka owczarka z trawą pokrywającą jej górną i lewą część.

Coś tu nie pasowało, ale co…?

W końcu to dostrzegł. A raczej czegoś brak.

Przed nim leżała czaszka, tak, ale w takim razie… gdzie jest reszta szkieletu?

Biecki stał oszołomiony, tępo wpatrując się w szczątki leżące u jego nóg. Omiótł wzrokiem teren wokół czaszki – nie było śladów kopania, ani niczego podobnego. Więc w jaki sposób się tu znalazła? Na oko mogła mieć ze dwa, trzy lata. Przez ten czas mogła zostać przeniesiona w inne miejsce. Pewnie, ale przez kogo? Lub przez co? W jaki sposób się tu znalazła? A jeśli leżała tu od śmierci zwierzęcia, co się stało z resztą szkieletu?

Nie miał zielonego pojęcia. Z trudem otrząsając się z otępienia, przesunął lewą nogę na lewo. Zrobił drugi krok, wciąż wpatrując się w czaszkę. Nie dbał o to, czy szura po ziemi, czy podnosi nogi do góry. W chwili, gdy przesuwał lewą nogę do przodu, coś błyskawicznie zacisnęło się na jego kostce i po sekundzie z cichym świstem poderwało go do góry. Nie zdążył nawet krzyknąć. Padł na plecy. Był w szoku, ale próbował się czegoś złapać. Prawą ręką natrafił na czaszkę.

Cholerna czaszka.

Krzysztof został wyciągnięty w powietrze. Zawisł kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią, głową w dół. Kręcił się w kółko, aż w końcu lina się ustabilizowała. Teraz kołysał się tylko na boki.

Gdy Biecki upadł, torba wyleciała mu z dłoni. Grzyby cicho wysunęły się na mech. Największy prawdziwek wpadł do pustego oczodołu czaszki, tak, że teraz przypominała psią parodię pirata.

Krzysztof był tak oszołomiony, że nie był w stanie krzyczeć.

Jego ciało uderzyło o pień drzewa, odbiło się od niego, by po chwili zderzyć się z drugim. Biecki jęknął i zesztywniał, starając się zahamować kołysanie.

Lina, która go spętała była przerzucona przez jedną z wyżej znajdujących się, grubych konarów. Boleśnie ściskała jego kostkę.

Mężczyzna z trudem rozejrzał się na boki. Z tej perspektywy postrzeganie otoczenia było mocno ograniczone. Szok zachwiał jego zmysłem percepcji.

Nie był do końca pewien, ale wydawało mu się, że na zachód

[a może wschód?]

od jego pozycji, między skupiskiem gałęzi dostrzega ciemniejszą plamę. Po kilku chwilach, gdy już się nie kołysał, mógł dokładniej przyjrzeć się owemu miejscu.

Miedzy drzewami znajdował się… dom. Zbudowany z ciemnych desek, jednopiętrowy, ze spadzistym dachem. Czy ktoś w nim mieszkał?

- Pomocy!!! – krzyknął Biecki ile sił w płucach.

Jego głos rozniósł się echem po całym lesie. Jeśli w najbliższej odległości znajdowali się inni grzybiarze, musieli go usłyszeć. Postanowił dać im drugą wskazówkę.

- Ratunku, na pomoc!!!

Poczekał, aż ucichnie echo i wytężył słuch. Cisza. Nikt go nie wołał.

Nie tracił nadziei. Napiął mięśnie brzucha i złapał się za kostki. Węzeł, którym był związany był profesjonalny. Lina była gruba, wytrzymała. W tej pozycji nie miał szans go rozwiązać.

Gdyby tylko miał przy sobie jakiś nóż…

Nagle doznał olśnienia. Przecież miał przy sobie niewielki nóż do grzybów. Zaczął obmacywać się po kurtce. Nic nie znalazł. Nóż leżał razem z torbą na ziemi.

Poczuł promienisty ból rozchodzący się w górę pleców. Ostrożnie opuścił się na dół. Nie posiadał zbyt dużej wiedzy medycznej, ale wiedział, że nie może zbyt długo zwisać głową w dół, bo dostanie wylewu.

„Dlaczego nie chodzę do siłowni?”, pomyślał. Gdyby chodził do siłowni, nie stękałby przy zwykłym zgięciu się w pół.

Przez kilka minut wisiał w kompletnym bezruchu. „Skąd tu taka pułapka? Najpierw niedźwiedzie, teraz to?”

Starał się myśleć spokojnie. Racjonalnie. Zawsze jest jakieś wyjście. Wyobraźnia jest kluczem do sukcesu, tak. Jesteś w kropce? Użyj wyobraźni. Uwolnij się.

Krzysztof rozejrzał się na boki. A gdyby tak…

Zaczął wykonywać ciałem ruchy zbliżone do ruchów ryby wyrzuconej na brzeg. Powoli zaczął się kołysać w lewo i prawo. Coraz szybciej i szybciej. Już prawie mógł dotknąć pnia drzewa. Nagle usłyszał coś, co mu zmroziło krew w żyłach.

Wycie.

Wilki.

Zesztywniał na całym ciele. Jego oczy były wielkie jak spodki. Nieświadomie zaczął szczękać zębami. Nie było mu zimno, był cały zlany potem. Krzysztof w tej chwili zaczął pojmować znaczenie zwrotu: paniczny strach.

Były coraz bliżej. Już dostrzegał ich szare ciała majaczące między drzewami. Nadchodziły z tej samej strony, z której on przyszedł.

Przynajmniej tak mu się wydawało, z nerwów kompletnie stracił orientację.

Zupełnie jakby go śledziły, choć mógłby przysiąc, że gdy je poprzednio słyszał, znajdowały się przed nim. Czyżby zatoczyły koło, by zajść go od tyłu?

Zobaczył ich pyski. Nisko przy ziemi, węszące. Czuły jego zapach, był tego pewien.

Czuły jego strach. Syciły się nim.

Były dwa. Jeden szary, a drugi niemal czarny, który szedł nieco z tyłu. Szary dostrzegł wiszącego głową w dół Krzysztofa i zawarczał. Były jeszcze dość daleko, więc ich nie słyszał. Ciemniejszy doszedł do partnera i również dostrzegł ofiarę. Oblizał się, jak pies czekający aż pan da mu żarcie.

Ruszyli razem. Łby nisko przy ziemi. Ślepia utkwione w mężczyźnie.

Gdy Biecki zobaczył, że zwierzęta ruszają w jego stronę, drgnął na całym ciele i ponownie zaczął się kołysać. Tym razem jego ruchy były nieskoordynowane, chaotyczne. Mokre od potu palce nie mogły złapać kory drzewa, ciągle się z niej ześlizgiwały. Wilki podeszły pod szamoczącego się Krzysztofa. Ciemniejszy podszedł do czaszki i powąchał ją. Podniósł wzrok na mężczyznę i ponownie się oblizał.

Krzysztof kołysał się z boku na bok. Ręce zwisały swobodnie.

Nim się spostrzegł, szary wilk podskoczył rozwierając paszczę. Zamknął ją w momencie, gdy palce mężczyzny były w środku. Krzysztof wrzasnął z bólu, czując jak ostre kły wilka przebijają cienką powłokę skóry na jego delikatnych dłoniach

[moje dłonie, moje biedne dłonie, Matko, jak to boli, o Boże, o Boże, boli, pomocy, cholerne wilki]

i krew tryskającą z ran. Wilk mocniej zacisnął szczęki. Jego zęby przebiły się do kości i głębiej, aż do rdzenia, sprawiając Krzysztofowi niewyobrażalny ból. Biecki był bliski szaleństwa. Ból sparaliżował wszystkie jego zmysły, oczy zaszły mu mgłą. Z otwartych ust dobiegał pełen udręczenia wrzask.

Wilk rozwarł szczęki i spadł na ziemię. W jego pysku znajdowała się krew. Ludzka krew. Ciemniejszy podszedł do niego skuszony jej zapachem. Szary warknął na niego groźnie.

Zwierzę spojrzało najpierw na zmasakrowaną rękę mężczyzny, a potem na drugą, ciągle całą i apetyczną. Korzystając z tego, że człowiek nie wiedział, co się dzieje podskoczył i zdecydowanym kłapnięciem zacisnął szczęki na dłoni. Krzysztof ponownie wrzasnął. Był na granicy świadomości. Gdzieś w głębi jego przyćmionego bólem umysłu znajdowała się cząstka, która ciągle była w pełni sprawna. Instynkt samozachowawczy nalegał, by Krzysztof uniósł obie ręce do góry tak, żeby wilki nie mogły ich dosięgnąć. Mózg jednak poprzez zgubny wpływ tak wielkiego cierpienia zdawał 12

się być wyłączony. Nie reagował, nie był w stanie wydawać żadnych poleceń. Wszystkie mięśnie Bieckiego uległy rozluźnieniu. Był podatny na każdy atak zwierząt.

Najgorsze dla niego było to, że ciągle pozostawał świadomy.

I ciągle czuł.

Widział, lecz nie mógł reagować. Nie mógł się bronić. Jego ciało ogarnął paraliż.

Krzyk gwałtownie zamarł w otwartych ustach. Serce niemal rozerwało klatkę piersiową. Krew pulsowała w żyłach. Płuca pracowały pełną parą. Zdrowe, silne płuca. Niezatrute tytoniem. Dotleniały mózg, który niemal niezauważalnie zaczynał na powrót funkcjonować. Pojawiły się pierwsze myśli, najpierw zupełnie bez sensu,

[„Kochanie, napijesz się kawy?”]

jednak z sekundy na sekundę

[„Dlaczego nikt mnie nie słyszy?”]

były coraz bardziej adekwatne do sytuacji, w jakiej znajdował się Krzysztof.

Poczucie percepcji nabierało ostrości,

[podnieś]

dzięki czemu Krzysztof powoli zyskiwał władzę umysłu. Przypomniało mu się, że przyjechał tutaj zbierać grzyby, że przy drodze była stara, zniszczona tablica, z której nie można było nic odczytać. Przypomniało mu się nawet, że minął go wtedy pędzący jak wariat

[podnieś]

samochód i że cholernie go wystraszył. Potem ruszył zaniedbaną ścieżką, a gdy wszedł głębiej w las, po namyśle postanowił, że zejdzie z niej i poszuka grzybów jeszcze dalej. Nie miał zbyt dobrej orientacji w terenie, więc obawiał się tego, jednak tym razem postanowił zaryzykować. Pamiętał, jak znalazł pierwszego podgrzybka

[podnieś je]

a po chwili kolejnego. Był podekscytowany znaleziskiem, zwłaszcza, że niedaleko znalazł przecież całą rodzinkę… a potem pięknego prawdziwka… Uwielbiał wyprawy na grzyby. Tylko do tej pory zawsze zbierał w towarzystwie rodziny, lub przyjaciół. Nigdy nie wybierał się na grzybobranie sam. Dziś był jego pierwszy raz. Krzysztof dużo w domu nad tym myślał. Był człowiekiem racjonalnym,

[podnieś je podnieś je]

więc musiał spokojnie przeanalizować wszystkie za i przeciw. Usiadł sobie w fotelu przy kominku i zatopił się w rozmyślaniach. Spędził tak kilka godzin, aż w końcu przyszła do niego Renia, jego żona i powiedziała, żeby kładł się już spać, bo jest już po północy. Usiadła mu na kolanach i pocałowała w policzek.

- Zaraz przyjdę, kochanie – powiedział i uśmiechnął się do niej.

- Nad czym rozmyślasz? Wydajesz się być nieobecny… - spytała.

- Nie, po prostu siedzę. Idź, zaraz do ciebie dołączę.

Renata wstała i kręcąc biodrami przeszła obok niego. Krzysztof w nagłym przypływie pożądania klepnął ją ze śmiechem w pośladki i z powrotem zapatrzył się w ogień buzujący w kominku. Renia zachichotała i po chwili zniknęła w sąsiednim pokoju. Biecki wstał z fotela

[podnieś]

i dołożył drewna do kominka. Kucając, gdy na jego twarzy tańczyło światło i cień, ponownie się zasępił. W pewnym momencie jego oczy zalśniły jaśniejszym blaskiem. Podjął już decyzję. Jutro z samego rana, nic nikomu nie mówiąc,

[podnieś podnieś podnieś podnieś]

wsiądzie na rower i pojedzie do lasu. Weźmie skórzaną torbę Renii i mały nożyk. Może być zimno, więc zarzuci na siebie wiatrówkę.

Nie powie jej o tym, bo z miejsca by chciała jechać z nim, albo wcale go nie puści.

Krzysztof chciał jechać sam.

Wyprostował się i wyszedł z pokoju. Poszedł do sypialni. Renia już na niego czekała. Była przykryta kołdrą, ale domyślał się, że prócz niej nie ma nic na sobie. Uśmiechnął się lekko i ściągnął szlafrok. Podszedł do łóżka i położył się obok niej. Czuł zmysłowy zapach jej włosów i ten specyficzny, przyciągający

[PODNIEŚ KURWA TE RĘCE!]

Krzysztof wreszcie uświadomił sobie, że znajduje się w pułapce. Ręce miał tak pokaleczone, że nie miał w nich czucia. Ciemniejsza bestia właśnie spadła na ziemię. Biecki natychmiast zrobił to, co od dawna podpowiadał mu mózg. Ogromnym wysiłkiem woli napiął mięśnie i uniósł dłonie do góry, by wilki nie mogły ich dosięgnąć.

Spojrzał na to, co z nich zostało. Jego udręczony umysł nie do końca pojmował, co widzą oczy. Dla wilków były to dwa kawałki mięsa. Dla Bieckiego były to resztki niegdyś pięknych, delikatnych dłoni, które jeszcze tej nocy pieściły Renię. U prawej dłoni brakowało dwóch, u lewej trzech palców. Zostały odgryzione razem z kośćmi. Krew tryskała wprost na jego twarz, ale on jakby jej nie czuł. Urzekł go widok własnych, zmiażdżonych i połamanych kości.

- Ratunku… - zawołał słabym głosem.

Odwrócił głowę i po raz ostatni spojrzał na szary dom majaczący w oddali. Dochodziła godzina czwarta po południu i zaczynało powoli się ściemniać.

Wydawało mu się, choć nie był tego do końca pewien, mógł to przecież być jakiś figiel zbolałego umysłu, ale… w oknie na piętrze chyba dostrzegł światło.

Już miał krzyknąć ile sił w płucach, gdy nagle poczuł, jak wilcze ciało spada na jego lewe ramię. Pysk zwierzęcia momentalnie znalazł się przy jego twarzy. Krzysztof, choć nie miał pojęcia, jakim cudem zwierzę podskoczyło tak wysoko, robił wszystko, by je z siebie strącić. W czasie, gdy szamotał się z jaśniejszym wilkiem, ten drugi, podążył śladem szarego i ostrożnie wspiął się po sąsiednim drzewie. Gdy znalazł się na wysokości ramion Bieckiego, odczekał, aż ofiara znajdzie się blisko niego, po czym skoczył. Wbił się pazurami w ramię. Krzysztof krzyknął na poły z zaskoczenia i bólu. Szary wilk również wbił pazury w ramiona mężczyzny.

Krzysztof Biecki zaczął się szarpać, starając się za wszelką cenę strącić napastników. Ciemniejszy stracił równowagę i ciągle z wbitymi szponami zaczął zsuwać się w dół. Rwały skórę, przerywały żyły i mięśnie. Wbijały się w kości.

Mężczyzna zawył.

Ostatnią rzeczą, jaką poczuł, był cuchnący oddech zwierzęcia. Spróbował ostatkiem sił go odepchnąć, ale na próżno. Bestia była zbyt ciężka.

Krzysztof opadł z sił. Jego udręczony wzrok dostrzegł zakrwawione zęby zbliżające się do jego twarzy.

Potem zapadła ciemność...

Pytania? Sugestie? Komentarze do pracy autora?
Zobacz też:

- Spójrz na jego maleńki nosek! – zamruczała moja współlokatorka, tarmosząc w ramionach kociątko. – I te jego uszka. Case, czy on nie jest najcudowniejszą istotką, jaką kiedykolwiek widziałaś?

Owszem, kociak był słodki, ale nie byłam zadowolona z faktu, że Reina sprowadziła kota do naszego pokoju. Nie, żebym nie lubiła kotów,

...
Czytaj dalej
Jeśli lubisz takie rzeczy jak: horror, creepypasta, książki, filmy, gry komputerowe, opowiadania z gatunku horrory to Straszne-Historie.pl to strona dla Ciebie. Nasze opowiadania potrafią wciągnąć i przestraszyć lepiej niż filmy horror oraz książki grozy.