panopticum
Strasznie polecamy
Moja wina, moja wina
Dodane przez: pariah777, 31.01.2018, 21:40
Godzina 24:01 – tak nazwano nasz ośrodek. Czas, który musiał nadejść, ale poszedł nie w tę stronę. Coś nienaturalnego, co trzeba skorygować, wyzerować. Anomalia.
– Zdziczenie obyczajów – mawiał o tym Sibilies. – Kopnęli nas prosto w jajca tą nazwą.
Mógł gestykulować wyłącznie jedną ręką, choć przy takich tematach zawsze gestykulował nią za co najmniej trzy. Kończyna rozcinała powietrze, kreśląc w pustce spirale, połamane linie czy koła, podczas gdy druga dłoń spoczywała na drążku wieńczącym podłokietnik wózka. Przy odrobinie jej nacisku cztery kółka, nad którymi siedział, ożywały i wiozły go, gdzie tylko zapragnął.
Często szarżował na ściany, stoliki i słupy – niby przypadkowo. Wtedy, pogrążony w amoku, sklecał wiązanki i raczył się nimi z nami dzielić, o ile tylko byliśmy w pobliżu.
– Przykrywka – mruknął raz o tym Ponderski. – Tak naprawdę jest masochistą i jeszcze żebra tym zboczeniem o uwagę.
Ponderski – nasze ostrze. Miecz bez rękojeści. Wchodząc z nim w interakcje, trzeba było liczyć się z wynikającym z tego zagrożeniem. Miał niezwykle ciemne oczy. Sprawiały wrażenie, że właśnie ta ich czerń przyprawiła mężczyznę o ślepotę oraz zgryźliwość.
– Jestem ślepy, by nie musieć na was patrzeć – tłumaczył sam chory.
– A mnie Bóg sparaliżował, bym ci tyłka nie skopał – kontrował Sibilies.
– Spokojnie, chłopcy.
To z kolei kojący głos Baharaka, brodatego starca mającego w sobie coś z greckich filozofów; przede wszystkim gąszcz siwizny spływający mu aż do piersi oraz niczym wykutą w kamieniu twarz. Blade oblicze, zawsze poważne. A gdy jednak się krzywo szczerzyło – każdy wokół poważniał, bo zwiastowało ono nadchodzącą walkę o życie.
Atak kaszlu ciskał starca na kolana. Rozpoczynał się wyścig z czasem. Palce quasi-antycznego filozofa sięgały do kieszeni, wydobywały z niej inhalator, który następnie, wetknięty między wargi, wypuszczał do spaczonego organizmu lekarstwo. I wszystko wracało do normy.
Godzina 24:01 składała się właśnie z takich osób. Przetrąconych przez Boga i wyplutych przez społeczeństwo. Doborowe towarzystwo, od kołyski aż po grób.
Hegemonię choroby zburzył dopiero pewien młodzieniec. Samo jego przybycie stanowiło fenomen; w końcu dołączył do nas po kilkunastu latach od urodzenia, a nie jako dzieciak, łamiąc tym samym niepisaną tradycję.
Panicz wybił się na romansie z trzydziestoletnią panną Meistens. Ku oburzeniu nowo poznanych towarzyszy niedoli uwiódł damę w rekordowym czasie paru dni, czyniąc ją stałą bywalczynią swojego łóżka.
Sprzyjało mu mnóstwo okoliczności. Począwszy od braku konkurencji – wokół sami niedołężni – a skończywszy na charakterze panny Meistens; energiczna, zawsze gotowa czerpać z życia pełnymi garściami, choć przeważnie mogła to czynić wyłącznie poprzez gardzenie ośrodkiem. Odnotowawszy możliwość uszczknięcia sobie odrobiny rozkoszy, kobieta prędko przylgnęła do młodzieńca.
Utworzyli zdumiewający związek. Czysty, wydawało się. Ani on, ani ona nie zdradzali objawów choroby i o ile tajemnicy nie stanowił dyskretnie trawiący pannę Meistens nowotwór, to co do przybysza można było snuć wyłącznie domysły. Każde jego kichnięcie, ruch, słowo albo też milczenie oceniano – doszukiwano się zamaskowanych dysonansów. Czyhano na defekty i niektórzy, korzystając ze sposobności, postanowili się wzbogacić.
Ruszyły zakłady. Pod stołami świetlicowymi przekazywano pieniądze wraz z amatorskimi diagnozami. Za niewielką stawkę wchodziło się do gry i dziewięćdziesiąt procent sumy wpisowych miało zostać podzielone między wygranych.
Ponderski, rzucając szajce organizatorów równie ostentacyjnie co na oślep kilka monet, rzekł:
– Stawiam, że to po prostu idiota. Większego w życiu nie widziałem.
Narobił tym sporo szumu wokół siebie. Kilka osób się uśmiechnęło, inni popukali własne czoła, a jeszcze inni, najbardziej cnotliwi, odczuli zgorszenie; wszczęli larum, że co to będzie, gdy nowo przybyły się o tym dowie. Na pewno mieszkańcy ośrodka stracą sympatię owego dżentelmena, do czego nie można dopuścić.
Prędko wieści doszły do uszu rzekomego somnambulika – z jakichś powodów właśnie owo przypuszczenie cieszyło się największą popularnością – i ten uraczył bukmacherów prośbą, by Ponderski otrzymał wygraną.
Tak się stało. Skandalista, mimo że obłowiony – również ograny. Panicz sprytnym posunięciem zyskał kolejnych przyjaciół wraz z mianem najbardziej rozpoznawalnego wśród chorych. Korzystając ze swojej pozycji, brylował w towarzystwie, przyćmiewał innych i mnożył krążące wokół siebie domysły.
Baharak, uchodzący za najmądrzejszego wśród naszej czteroosobowej grupki – nie tylko za sprawą aparycji starożytnego myśliciela – wydał wreszcie osąd:
– Z nim to coś nie tak. – Zgromił wzrokiem szyderczo uśmiechniętego Ponderskiego. – I niech sobie będzie osobistością, wcale nie jestem zazdrosny.
– Tak – poparł przedmówcę Sibilies. – Też na to zwróciłem uwagę. Trzeba by się dobrać do jego teczek i zobaczyć, kto go tu przysłał i po co. To jakby wyrzucić diament do śmietnika.
– Diament! – parsknął Ponderski. – To tylko ładnie opakowany zgniły cukiereczek.
– Czy ktoś z nas w ogóle z nim rozmawiał? – zabrałem głos.
Nie odpowiedzieli.
Być może tym pytaniem sprowokowałem los i doprowadziłem do mojej pierwszej konfrontacji z nieznajomym. W bibliotece.

Wszedłem, trzymając książkę; z celem pozbycia się jej ruszyłem ku stanowisku opiekunki księgozbioru. Tajemniczy jegomość stał nieopodal; gładził palcami okraszone lekkim zarostem policzki, przeglądając tytuły zalegające na regałach.
Gdy go minąłem, ocknął się i odwrócił na pięcie. Ruszając za mną, powiedział:
– Czy to Dante? Proszę poczekać.
Zatrzymałem się.
– Tak, Dante.
Uniosłem książkę, by pokazać okładkę.
– „Boska komedia”, wybornie – ucieszył się. – Polowałem na to. Przeczytał pan już?
Zmieszawszy się, odparłem:
– Nie, nie dałem rady. Kapituluję i oddaję.
Pokiwał głową ze zrozumieniem, nie odrywając ode mnie zielonych oczu o ciepłym, łagodnym spojrzeniu.
– Przebrnięcie przez piekło to nie lada wyzwanie, nawet wraz z dwoma ponadczasowymi poetami. Ale warto, proszę mi wierzyć. Zachęcam pana, by pan podszedł do tej lektury ponownie.
– Próbowałem na wszelkie sposoby.
Rozłożyłem bezradnie ręce, na co on rzekł:
– W takim razie tym lepiej dla mnie. Ja ją wezmę. Czy teraz możemy dopełnić formalności? – Skinął głową ku bibliotekarce.
– Oczywiście.
Podążyliśmy tam razem i wyjawiliśmy pracowniczce nasze zamierzenia. Zamyśliła się, czymś strapiona, a następnie zapytała:
– Pan jest nowy i jak się domyślam, nie posiada legitymacji?
– Nie. Jestem, że tak to ujmę, przed chrztem. Mój przypadek nastręcza administracji trochę problemów, więc cały ten proces się rozciąga. Dlatego właśnie chciałem sobie osłodzić ten nerwowy czas wyczekiwania słowami arcymistrza.
Postukał palcem w okładkę książki. Równo przycięty i spiłowany paznokieć. Bez skórek. Estetyczny i zadbany.
– Przykro mi, procedury.
Wtedy spojrzał na mnie. Uprzejmie i z godnością, nie tracąc pewności siebie.
– Czy mógłby pan w takim razie przetrzymać tę książkę na własnej legitymacji? Obiecuję traktować ją z należytym szacunkiem, wróci bez wątpienia w jednym kawałku. A zresztą będzie pan miał do niej dostęp, kiedy tylko pan zechce. W moim pokoju, pokażę go panu, dobrze?
– Jasne – odparłem, czując, że brak mi innej możliwości. – Możemy tak zrobić.
Wyjąłem legitymację, by móc przesunąć termin oddania „Boskiej komedii”.
– W takim razie sekundę.
I żwawym krokiem zapuścił się w labirynt regałów. Wrócił z „Ulissesem” Jamesa Joyce'a, tłumacząc się:
– Chyba nie narobię tym problemów, prawda?
– Skądże.
W chwilę później kroczyliśmy korytarzem. On prowadził, troskliwie przyciskając literackie klasyki do piersi. Pasowały do niego, zwłaszcza do eleganckiej marynarki, idealnie opinającej jego smukłe, młodzieńcze ciało.
– Interesujące miejsce. Świat w pigułce. W sumie raj, prawda? – zagaił mimochodem.
Spoglądał na krajobraz rozciągający się za oknami. Pełen zieleni park okraszony jaskrawymi barwami egzotycznych – bądź tylko udających egzotyczne – roślin.
Wcinały się w to królestwo flory wąskie ścieżki, biegnące od każdych drzwi umiejscowionych u podnóża piętrowego budynku, w którym przebywaliśmy. Sibilies nazwał go kiedyś robaczywym rogalem ze względu na kształt i ponieważ w nim mieszkamy. Kanciasty półksiężyc, nafaszerowany pokojami, salami oraz hallami, którego wierzchołki nieudolnie próbują okrążyć oazę, wypinając masywne cielsko ku drugiej stronie; małemu miasteczku obfitującemu w rozrywki, powstałemu głównie dla Godziny 24:01.
Pokój miłośnika Dantego mieścił się na przeciwnym koniuszku rogala co mój, podczas gdy biblioteka zlokalizowana była pomiędzy nimi; mieliśmy dość czasu, by po drodze pogawędzić.
– Raj albo piekło – odparłem mu. – Każdy zazwyczaj dopatruje się tu i jednego, i drugiego.
– A jednak nie wyjeżdżają – zauważył.
– Faktycznie, to rzadkość. Mają praktycznie, co zechcą, a wiedzą, że świat na zewnątrz by ich nie przyjął tak opiekuńczo.
– Poświęcają rodzinę oraz zwykłe życie w imię wygód?
Spojrzałem na niego badawczo, mając ochotę zwrócić uwagę na to, że przecież również w tym tkwimy.
– To raczej rodzina ich poświęca, fundując im pobyt. A poza tym te wszystkie dzieci są odpowiednio wychowywane, by nie cierpiały z różnych powodów.
Skrzywił się.
– Okropny los trafić tutaj. Człowiek nie wie, ile traci.
Wzruszyłem ramionami.
– Ciężko stwierdzić, że okropny, skoro brak punktu odniesienia.
Zaśmiał się i pokręcił głową, niczym przyłapawszy mnie na błędzie.
– A książki? A edukacja? Nie jesteście państwo niewykształceni. Nie myślicie, że świat się ogranicza do tych kilku budynków.
– Bierzemy wszystko z dystansem. To nas nie dotyczy.
– Herezje. Herezje pan mi głosi.
Westchnąłem, nie wiedząc, jak odeprzeć te zarzuty. Zresztą byliśmy już niemal u celu; panicz wycelował palec w drzwi z numerem 77, mówiąc:
– To tutaj będzie na pana czekał Dante.
Zręcznie wsunął klucz w zamek, przekręcił. Nacisnął klamkę i w tej pozycji, z nią przyciśniętą do dołu, teatralnie zamarł, zmrużywszy oczy.
– Proszę się tylko nie wystraszyć.
– Oczywiście.
Delikatnie pchnął drzwi, a te przeciągle zaskrzypiały.
Skromnie umeblowany pokój. Jedno szerokie okno pozwalało promieniom słonecznym zalewać panele, wsiąkać w pozostawione w nieładzie na jednoosobowym łóżku pierzyny, odbijać się od blatu biurka i spływać po samotnym krześle stojącym obok. W kącie ulokowano jeszcze masywną drewnianą szafę, górującą nad otaczającym ją minimalizmem.
– Teraz pan rozumie, dlaczego tak bardzo zależało mi na nich?
Uniósł książki, niczym kapłan hostię w czasie konsekracji, po czym postawił je pionowo na parapecie, okładkami ku drzwiom.
– To są prawdziwe okna na świat – podsumował.
Dziwnie się czując – jakby nie na swoim terenie – wskazałem dłonią w stronę wyjścia, oprawiając ten gest kłamliwym:
– Niech pan wybaczy, ale mam jeszcze...
– Proszę pana, panie...
Zmrużył oczy i przechylił głowę w moją stronę.
– Ikarze. Mam na imię Ikar.
– A kto panu je nadał? – zapytał ożywiony.
– Zarząd. Administracja się tym zajmuje.
– Ach, bo widzi pan...
Coś walnęło w drzwi. Te, uprzednio przymknięte, zaskowyczały i otworzyły się na oścież. Stanęła w nich zdyszana panna Meistens. Wbiła rozognione spojrzenie w twarz młodzieńca, pomimo iż z trudem łapała oddech i ledwie utrzymywała się na drżących nogach.
Dłonie miała zaciśnięte w pięści. Zdawałoby się, że próbuje paznokciami przebić własną skórę. Kochanek spokojnie ją obserwował z łagodnie uniesionymi kącikami ust. Czekał, a ja, utknąwszy między nimi, wycofałem się pod jedną ze ścian, by nie przeszkadzać i by przy najbliższej okazji umknąć.
– Jestem w ciąży.
Panna Meistens, wypowiedziawszy te słowa, pozwoliła powiekom opaść, sobie zresztą też; panicz doskoczył. Złapał ją w porę, chroniąc przed zderzeniem z podłogą.
– Kobiety – skwitował. – Pomoże pan?
Razem przenieśliśmy nieprzytomną damę na łóżko. Zaproponowałem, że zawiadomię lekarza, ale młodzieniec odrzucił ten pomysł. Otworzył tylko okno i uznał sprawę za załatwioną, dziękując jednocześnie za dobre chęci.
Wyszliśmy przed pokój, gdzie rzekł:
– Proszę się tym incydentem nie przejmować. A co do książek, niech pan weźmie ode mnie klucz do pokoju. Mam dwa. Tym sposobem, jak obiecałem, zachowa pan nieskrępowany dostęp do własnych lektur.
– Nie trzeba, to absolutnie nie jest konie... – wymamrotałem oszołomiony zmianą tematu.
Zanim jednak dokończyłem, klucz ściskałem w ręce, a panicz, skinąwszy mi głową na pożegnanie, zniknął za drzwiami.
Potrzebowałem odetchnąć. Powolnym krokiem, roztrząsając w myślach niedawne wydarzenia, zjechałem windą i chwilę później już spacerowałem krętymi dróżkami parku. Nawet nie patrząc, dokąd zmierzam. Dopiero widok Ponderskiego siedzącego samotnie na ławce mnie rozbudził.
Mężczyzna, odchyliwszy głowę ku niebu, sprawiał pozory drzemiącego, ale na przemian otwierał i zamykał usta. Biała laska leżała tuż obok niego. Pozwoliłem sobie ją przestawić i usiąść, przypatrując się badawczo ślepcowi. Nie miał w zwyczaju samotnie krążyć po parku celem nałapania świeżego powietrza.
– Co jest? – zapytałem, chwytając delikatnie jego ramię, by dać znać o swojej obecności.
Wzdrygnął się.
– Nie, nie – zapewnił. – Tylko... nic nie słyszysz, prawda?
– Słyszę ptaki.
I że pani Meistens jest w ciąży też słyszałem – przeszło mi przez myśl, ale wolałem nie bombardować ślepca takimi nowinami.
– Nie, ja nie o tym. Nieważne zresztą. Będziesz jeszcze wietrzył tutaj sobie tyłek?
Zaprzeczyłem, po czym ująłem go pod ramię i wspólnie wróciliśmy do budynku.

Następne dni mniej lub bardziej zadziwiły każdego. Gwiazda Godziny 24:01 wycofała się z życia towarzyskiego; zaczęła spędzać wolny czas w swoim pokoju – sądzę, że czytając „Ulissesa” bądź „Boską komedię”, choć plotki głosiły inaczej. Niektórzy uważali, że młodzieniec wyjechał, a na swoje miejsce wprowadził sobowtóra, którego oglądać można było tylko w czasie wspólnych posiłków lub uroczystości. Ten milczał i gapił się w pustkę.
Z ciekawości złożyłbym mu wizytę, ale na samą myśl o tym miałem dreszcze. Coś złamało tego bogatego w siły witalne panicza; twardego, niewzruszonego na ciążę. Postanowiłem zachować dystans.
Zniknęła też panna Meistens. Wpierw zauważono, że jedzenie jest jej dostarczane prosto do pokoju. Podejrzewano chorobę, a co za tym idzie – ruszyły zakłady. Już nie tak emocjonujące, w końcu chodziło tylko o rozwiązłą damulkę. Przytłaczająca większość stawiała na nowotwór. Tylko kilkoro odważnych dorzuciło kreatywniejsze domysły: choroba psychiczna czy też weneryczna, przywieziona przez jej kochanka. Nikt nie spodziewał się ciąży. Ja sam, przejęty właśnie tą powszechną nieświadomością, postanowiłem milczeć na ten temat.
Co się zaś tyczy moich najbliższych przyjaciół – i tutaj zaszły zmiany. Ponderski zmarkotniał. Przepuszczał okazje do drwin; czy to ponieważ wydawał się zbyt zamyślony, czy na odwrót; zbyt rozproszony. Baharak, nasz wszechwiedzący anachronizm, uważnie obserwował przemianę towarzysza i wreszcie również o niej wydał osąd:
– Chorujesz, biedaku. Widzę, że coś cię trapi.
– Drania własna zgryźliwość żre – rad był wtrącić Sibelies.
– Kiedy dupa coś jeszcze czuje, to czasem ją boli – odparował Ponderski.
Na co Sibelies bez skrupułów przechylił drążek i ruszył na rozmówcę. Rozległy się jęki, wyzwiska, a potem każdy z tej dwójki udał się w inną stronę, porzucając wcześniej poruszony temat.
Zostałem z Baharakiem, przeczesującym palcami własną brodę.
– Ikar – odezwał się po chwili – powinieneś wyjechać.
– Słucham?
– Dasz radę. Ty dasz radę – westchnął.
– Co się dzieje?
Machnął ręką.
– Tylko złe przeczucia, ale wiesz... Powinieneś.
Na tym urwał.
Jego słowa nadal bębniły o mój umysł, kiedy tamtego wieczoru położyłem się spać. One i tykanie zegara, na które byłem dziwnie wyczulony, odkąd się dowiedziałem, co robię w ośrodku i czemu zawdzięczam tam swoją obecność.
Kilka lat. Rzekoma wada serca mogąca w każdej chwili pozbawić mnie życia. Brak możliwych rozwiązań, tylko farmakologiczne próby ujarzmienia tego dziwnego schorzenia. Placebo chyba, bo wyników nie widziałem. Wyłącznie opinie kłamliwych doktorów. Zdrowy pośród chorych. Nikt nie wiedział.
Ikar, żeby zabić imieniem w razie próby wyjazdu. Przykuć mnie nim do Godziny 24:01. Kim była moja rodzina, by mnie tu zostawić z fikcyjnej przyczyny? Dlaczego ludzie się decydują na zasadzenie dziecka, by wegetowało w tym samym miejscu, pławiąc się w wygodach? Aż umrze. Wciąż jako dziecko. Nieświadome świata.
Przebić bańkę – można. Poznać wszystko. Znów stać się człowiekiem. Ale wtedy koniec z pobytem. Ile osób się decydowało na taki ruch? Mało. Za mało, by zburzyć tę piekielną idyllę.
Byłem niechciany? W końcu porzucony. Byłem za bardzo chciany? Opłacono mój pobyt w tym raju. Po co zadawać sobie tyle trudu, na miłość boską?
I nastał ranek. Po śniadaniu – ledwie zdołałem je przełknąć – odnalazł mnie Baharak.
– Meistens trafiła na górę.
Góra – piętra budynku przeznaczone dla umierających, by ich zbliżyć zawczasu ku niebu. I żeby inni nie widzieli, jak ci wzlatują, by na końcu upaść prosto pod ziemię.
– I?
Głowa mnie bolała. Utrudniała rozmowę, klecenie myśli lub ich rozszyfrowywanie, jeśli te nie pochodziły ode mnie.
– Jej wybranek udał się razem z nią. Wszyscy tylko o tym.
– Wzruszające.
Domyśliwszy się, że nie jestem w humorze, odpuścił. Na pożegnanie dodał:
– W razie czego. – Postukał dłonią w pierś.
Ojcowski gest. Staruszek być może żałował, że nie założył prawdziwej rodziny i próbował sobie czymś to zrekompensować.
– Jasne.
Potem, w czasie przechadzki, natknąłem się na Sibiliesa. Jeździł wte i wewte po hallu, czasem się obracał wraz z wózkiem wokół własnej osi. Spostrzegł mnie, otworzył usta; chciał coś powiedzieć, ale zawróciłem.
Coś dziwnego wisiało w powietrzu. Niedającego spać, odbierającego apetyt i chęć odzywania się do kogokolwiek. I nie tylko nasza czwórka padła tego ofiarą, lecz podobnie zachowywali się wszyscy mieszkańcy ośrodka. Nawet personel. Oczy spoglądały tak, by przypadkiem nie zajrzeć w inne, by nie dopuścić do konfrontacji.
Nastała wstydliwa żałoba. Jej końcem wydawać się mógł tylko powrót panicza, na którego wciąż czekało wolne krzesło przy stole karcianym. Grywający tam chorzy, nie pozwalając nikomu zająć tego miejsca, oddawali w ten sposób hołd towarzyszowi; wspierali go duchowo, podczas gdy on trwał niezłomnie u boku wybranki.
Nawet ona stała się kimś na kształt męczenniczki. Jeśli o niej mówiono, to nie tak jak kiedyś; z pogardą, czy też zazdroszcząc jej względów panicza, ale z szacunkiem. Wstrzymywano się od domysłów, cierpliwie czekano na fakty. Wracających z góry pytano dyskretnie i nienachalnie, czy czegoś aby nie wiedzą o stanie zdrowia kobiety.
Przełomowe wieści nadeszły po dwóch tygodniach od przeniesienia panny Meistens na górę. Wynędzniały starzec z powykręcanymi rękami pewnego wieczoru zebrał wokół siebie spore audytorium w jednej z większych sal towarzyskich. Wystarczyło, że rzekł grającej w bilarda grupce:
– Panie i panowie, mam coś ważnego do przekazania.
A ci od razu odłożyli kije, przeczuwając, o czym mowa. W ich ślady poszła reszta – również ja i Baharak. Otoczyliśmy starca.
– Panna Meistens, proszę państwa – zaczął załamującym się głosem – okropnie mi przekazywać takie wiadomości, ale...
Wzniósł wzrok ku sufitowi. W oczach łzy. Powykręcane ręce drżały.
– Odeszła. W czasie porodu.
Wszyscy wstrzymali oddech. Wpierw niedowierzanie – spoglądali po sobie zszokowani. Niedomknięte usta, zmarszczone brwi. Szepty. Szturchnięcia. Niektórzy się szczypali, sprawdzając, czy to rzeczywiście jawa.
– Ponoć to, co urodziła, w ogóle nie było człowiekiem – kontynuował starzec. – Urodziła własny nowotwór.
– O czym też pan mówi? – jęknęła któraś z kobiet.
Mężczyzna stojący obok użyczył jej ramienia; zdawała się bliska omdlenia.
– Jeden z doktorów mi o tym mówił. Był przerażony. Zresztą jak wrócą kolejni z góry, to to potwierdzą.
Padło kilka pytań, lecz odciął je od siebie wygodnym:
– Nic więcej nie wiem, proszę mnie nie niepokoić.
Czym prędzej opuścił salę. Kilka osób poszło w ślad za nim, by rozgłosić tę wieść reszcie towarzystwa. Pozostali, wciąż trwając w kręgu, zaczęli dyskutować:
– Tragedia.
– Straszna. Cóż za nieludzka śmierć.
– Urodzić własną chorobę...
Przysłuchiwałem się podobnym wypowiedziom, dopóki Baharak mnie nie ujął za ramię i nie odciągnął na bok. Oddychał z trudem. Świszczał.
– Masz inhalator? – zapytałem.
Kiwnął głową, przymykając oczy, jakby nie zważając na tę kwestię.
– Mówiłem, że coś takiego się stanie.
– Tutaj zawsze ludzie umierali, co w tym nowego? Nie popadajmy w zbiorową histerię.
– Poród – odparł z całą stanowczością – To był poród. Pierwszy tutaj, o ile pamięć mnie nie myli.
– To była choroba – skonstatowałem.
Żałosny uśmiech – dysonans – pojawił się nad jego brodą.
– Wiesz, o co mi chodzi? Ludzie tutaj od zawsze brnęli w samotność. Czasem zdarzał się romans, czasem ktoś chciał zaspokoić popęd, czasem nawiązywały się przyjaźnie, ale nietrwałe. Nic trwałego. Aż tu nagle przybywa on. I mamy bohatera czuwającego przy damie swego serca, w dodatku ciężarnej.
Musiał przerwać. Wyjął inhalator i przyjął dawkę lekarstwa; przez moment z trudem łapał powietrze, ale udało mu się uspokoić.
– Co będzie następne? – zapytał zrezygnowany.
I kiedy chciałem odpowiedzieć, ujrzałem ubraną na czarno postać stojącą przy wejściu. Panicz. Podchwyciwszy mój wzrok, skinieniem głowy poprosił, bym poszedł za nim.
Baharak, dostrzegłszy moje rozproszenie, spojrzał w kierunku drzwi, ale młodzieniec zdążył się stamtąd już wycofać.
– Muszę iść – rzekłem.
Nabrał podejrzeń, ale rzekł bezsilnie:
– Rozumiem.
W chwilę później dogoniłem żałobnika. Szliśmy w milczeniu. Czułem, że mi nie wypada pierwszemu zabierać głosu; ten przywilej przysługiwał jemu. Cisza, jaką rozsiewaliśmy, i spojrzenia, jakie przykuwaliśmy, krocząc korytarzem, stanowiły wyraz szacunku.
– Panie Ikarze – odezwał się, gdy byliśmy już niedaleko pokoju. – Możemy przenieść te książki na moją legitymację. Otrzymałem ją niedawno.
Zdziwiony poruszonym tematem, wydukałem:
– Proszę się tym teraz nie przejmować.
Czym sprowadziłem na siebie jego karcące spojrzenie.
– Zajmijmy się wreszcie tą kwestią.
Przystanął przy drzwiach i dodał:
– Proszę otworzyć.
– Słucham?
– Dałem panu klucz.
Sprawdziłem w kieszeni. Klucza tam nie było.
– Chyba zostawiłem go u siebie.
Westchnął zirytowany, po czym sam otworzył drzwi. Sięgnął do środka pomieszczenia i wymacał włącznik światła. Gdy to rozbłysło, uważnie przyjrzał się pokojowi. Wszystko wyglądało identycznie jak podczas mojej ostatniej wizyty.
– Nie był tu pan ani razu – rzekł z naganą w głosie.
– W jakim celu miałem tutaj zaglądać?
Zbliżył się do książek stojących na parapecie. Popukał w okładkę „Boskiej komedii”.
– Po to. Miałem nadzieje, że weźmie pan do serca, co panu mówiłem ostatnio.
– Uznałem to za niestosowne ze względu na okoliczności.
Zaśmiał się. A spostrzegłszy, że niepewnym krokiem, ale jednak znalazłem się w pomieszczeniu, prędko dotarł do drzwi i zamknął je na klucz. Miałem wrażenie, że oszalał. By poczuć się bezpieczniej, oparłem dłoń na krześle. Solidne, nie od razu pójdzie w drzazgi, pomyślałem.
– Okoliczności? – zapytał z grymasem na twarzy.
Ująłem to w jak najdelikatniejszych słowach:
– Chodzi mi o panią Meistens.
– Dość już o tej samicy rozpłodowej, naprawdę – odparł.
Po czym opadł ciężko na łóżko.
– Słucham?
– Panie Ikarze. – Uniósł leniwie głowę i wlepił we mnie wzrok. – Wpompowałem w nią wystarczająco dużo spermy. Niczego więcej, a w szczególności słów, trwonić w ten sposób nie zamierzam.
– Czy pan dobrze się czuje?
Zacisnąłem palce na krześle. W razie czego.
– Oczywiście.
I usiadł, by dać temu dowód.
– Niech pan zobaczy, mam legitymację.
Wygrzebał z kieszeni marynarki plakietkę. Napis na niej głosił: „Dedal”. Serce zabiło mi mocniej. Dziwnie duszno było w pokoju. Brakło powietrza.
– Co to ma znaczyć?
– To tylko zbieg okoliczności. – Wyszczerzył zęby w figlarskim uśmiechu i wskazał palcem na „Ulissesa” stojącego obok „Boskiej komedii”. – Pożyczyłem od jednego z bohaterów. I proszę mi wierzyć, miałem myśl, by tak uczynić, jeszcze nim mi się pan przedstawił.
– Dobrze, panie Dedalu – spróbowałem przejąć inicjatywę oraz zakończyć tę grę. – Niech pan weźmie te książki, nie chcę ich. Może pan je oddać bibliotece lub nie. W obu przypadkach nic wielkiego się nie stanie. I na mnie już czas.
Chcąc wyjść, zbliżyłem się do drzwi. Wstał. I świadomie mnie naśladując, oparł się na krześle.
– Jeszcze tylko jedna kwestia.
Wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki kopertę.
– Przekaże to pan brodaczowi, z którym pan rozmawiał ostatnio, dobrze?
– Co to?
Wzruszył ramionami.
– Nic wielkiego. A poza tym tajemnica korespondencji.
Ostentacyjnie uniósł klucz od drzwi w górę, nie pozostawiając mi wyboru. Przystałem na jego warunki, a kilka sekund później już oddalałem się korytarzem.
Nie potrafiłem zebrać myśli. Krążyły mi po głowie, w żaden sposób nie tworząc logicznego ciągu. Poszarpane fragmenty spostrzeżeń, wątpliwości, domysły. Czy oszalał? Sztywna koperta; coś więcej niż list. Do Baharaka. Co tych dwóch łączy? Nie wiadomo. Może stąd taka reakcja starca i nieufność wobec przybysza. Dedala.
Jak to było? W bibliotece musiałem podać imię. Albo po prostu odczytał je z mojej legitymacji. Wtedy się cofnął po „Ulissesa”. Tak to sobie wykombinował. Ale czego on ode mnie chce? Czemu właściwie ja?
– Ikar – padło.
I ciche bzyczenie mechanizmów. Odwróciłem się – jechał za mną Sibilies. Musiałem wyglądać na rozkojarzonego. On zresztą nie lepszy. Łypał na boki, pociągał nosem.
– Co jest? – zapytałem.
– Czujesz jedzenie?
– Jedzenie?
Zdziwiony rozejrzałem się wokół, wciągając głęboko powietrze. Zwykłe, stęchłe powietrze ośrodka.
– Nie. A ty?
– Od jakiegoś czasu. Wszędzie. Ciężko mi przez to zasnąć. Cholerstwo.
I pojechał dalej, najwidoczniej nie chcąc roztrząsać tej kwestii. Przez ramię dorzucił jeszcze tylko:
– Smażone mięso tym razem.
Kiwnąłem głową. Nawet cofnąłem się o kilka kroków; i tam żadna woń się nie wznosiła.
Co jest z tymi ludźmi? Ja, ostatni normalnie funkcjonujący. A nadawszy sobie ten tytuł, odczułem głębokie pragnienie, by i mnie również coś się przytrafiło. Bym mógł wreszcie skupić się na sobie. Uciec.
Baharaka odnalazłem w jego pokoju. Gdy zapukałem, nie odezwał się. Drzwi zamknięte. Musiałem zawołać:
– Mam coś dla ciebie.
Po drugiej stronie rozległy się powolne, ospałe kroki. Starzec uchylił drzwi.
– Co takiego?
– Od naszej gwiazdy. Ma teraz na imię Dedal.
Podałem mu kopertę. Przez chwilę się w nią wpatrywał, aż wepchnął ją w kieszeń spodni.
– Znasz go? – zapytałem.
Uśmiech. Tragiczny. Błyszczące oczy.
– Stary? O co chodzi?
– Ja go nie znam – odparł. – Ale on mnie tak. I to lepiej niż ja znam siebie.
Nie zrozumiałem. A gdy chciał zamknąć drzwi, zablokowałem je stopą.
– Otwierasz to przy mnie. I bez pieprzenia. Widzę, co ci jest.
Zrezygnowany cofnął się w głąb pokoju, oparł o parapet i nie zważając na mnie, rozdarł kopertę.
Wysunął plik zdjęć. Stanąłem obok niego.
Pierwsze z brzegu. Czerwień między nogami. Panna Meistens wijąca się na łóżku. Kołdra na podłodze. Koszula szpitalna podciągnięta, tak by wargi sromowe mogły rzygać krwią tylko na prześcieradło. I to robiły. Spomiędzy nich wychodził brejowaty skrzep. Bordowy. Wielkości skurczonego noworodka. Wykrzywiona twarz kobiety. Rozwarte usta, różowawy język. Obok rozmazana sylwetka. Czyjeś ręce w białych rękawiczkach uchwycone w ruchu.
Baharak pozwolił, by zdjęcie ześliznęło się na podłogę. Kolejne.
Zbliżenie na wypchniętą z macicy kulkę bezkształtnego mięsa. Obok dopisane czarnym flamastrem:
„To chyba dziewczynka? Mam nadzieję, że trafiłem w twoje gusta”.
Pochłonęło starca. Zebrałem się w sobie; potrząsnąłem nim lekko.
– Co to za chore gówno?
Spojrzał na mnie otępiony, jakby nie usłyszawszy w ogóle pytania.
– Czy ty wiesz, o co tu chodzi, do jasnej cholery?
Milczał. Patrzył.
– Chodź ze mną – rzekłem i pociągnąłem go delikatnie za ramię. – Wyjaśnimy to. Tu i teraz. Z nim.
On ani myślał się ruszać. Trwał w osłupieniu.
– To jak chcesz. Ja idę.
Zrobiłem kilka kroków ku wyjściu; żadnej reakcji. Bałem się o tego starca.
– Masz inhalator? I w razie czego brelok?
Powoli poruszył głową w górę i w dół.
– Dobra, to gdy coś się zacznie dziać, bierzesz go i naciskasz przycisk.
Wyjąłem swój brelok z kieszeni, by mu pokazać. To podstawy. Każdy w ośrodku wie, jak to działa. Ale on nie wydawał się wiedzieć.
– Wtedy przybiegnie pomoc, rozumiesz?
Przytaknął.
– To zaraz wracam.
Wyszedłem na korytarz. Kilka metrów dalej – Dedal. Baharak zatrzasnął drzwi i przekręcił klucz. A dziwak tymczasem kiwnął na mnie ręką.
– Chodź, mój Ikarze – zawołał. – Skonstruuję ci skrzydła!
Więc sprowokowany wyszedłem mu naprzeciw.
– Co to, kurwa, ma być!?
Widząc, jak staję przed nim z wytrzeszczonymi oczami oraz z zaciśniętymi pięściami, rozpromienił się.
– Najpierw złościsz się o cudzołożnicę, a teraz o pedofila?
– O czym ty pieprzysz?
– Wielu rzeczy, chłopcze, nie rozumiesz. Ale dziękuj Bogu, że ci je wyjaśnię, i to w najbardziej widowiskowy sposób. Podejdź no.
Ruszył ku drzwiom wiodącym do pokoju Baharaka i przyłożył do nich ucho. Mnie nakazał zrobić identycznie.
– Słyszysz?
Brodacz świszczał, ledwo łapiąc oddech. Jęczał. Do tego łkał.
– Pomyśl sobie, że jego córeczka beczała podobnie. Po każdej wizycie tatusia. A w trakcie to darła się wniebogłosy, kiedy tatuś się upajał swoją żądzą. Teraz każde podniecenie może go zabić.
– Nigdy nie miał rodziny – odparłem oburzony.
– Miał. Właśnie sobie o tym przypomina.
Dedal zrobił krok w tył, spostrzegłszy, że ktoś nadchodzi.
– Za mną. Chyba nie chcesz, by nas uznano za podsłuchiwaczy, prawda?
I odciągnął mnie na bok, zapewniając, iż Baharak jest bezpieczny. Oddalając się, spoglądałem w tył niepokojony tymi jednymi zamkniętymi drzwiami. Choć i ten niepokój został ostatecznie wyparty przez konwersację z szarlatanem.
– Mogłeś czytać tego Dantego. – Teatralnie udał zawiedzionego. – Ale nie, bo za trudne.
– Co ma do tego Dante?
– Kara za grzechy, mój drogi! – zawołał, wznosząc ręce ku górze w dziękczynnym geście. – Zawsze adekwatna do winy.
– Ci ludzie są niewinni.
– Czyżby?
Przystanął. Znajdowaliśmy się akurat w hallu, pośród innych chorych. Widok jego, tryskającego humorem, wzbudzał sensację. Przechodzące grupki nagle ścieśniały się, tworząc dogodne warunki dla szeptów oraz rzucanych ukradkiem spojrzeń.
– Odwiedź Ponderskiego – powiedział Dedal. – Chyba na ciebie czeka. Potem wróć do mojego pokoju. I będziesz miał mnie już z głowy. Tego wieczora to zakończymy.
Nie ufałem mu. Nie chciałem się na nic zgadzać. Tylko co innego miałem zrobić? Mogłem wrócić do pokoju i udawać, że nic nie zaszło. Może udałoby mi się wybłagać doktora o psychotropy, które posłałyby te zdarzenia w niepamięć, albo chociaż zakwestionowały ich realność. I naprawdę to rozważałem, tyle że Dedal dodał:
– A wiesz, co ciebie tu wtrąciło?
Spojrzałem pytająco, bojąc się w to angażować słowami.
– Strach, Ikarze.
– Pieprz się.
Obrót na pięcie. Odchodząc, słyszałem jego chichot. Triumfował, bo kierowałem się ku pokojowi ślepca.
Zapukawszy, od razu otrzymałem odpowiedź:
– Wejdź.
Spokojny głos. Trochę zbyt donośny. Jakby kierowany nie tylko do mnie, aczkolwiek mężczyzna siedział na łóżku sam. Spięty; plecy wyprostowane, ręce schludnie ułożone na kolanach, głowa skierowana przed siebie.
Naprzeciwko puste krzesło.
– Usiądź.
Wykonałem polecenie.
– Każą mi tobie wszystko opowiedzieć.
– Kto?
– Widzę ich i słyszę od pewnego czasu. Z dnia na dzień coraz lepiej. Aż wreszcie mam ich tuż przed sobą. Wszystkich.
– Kogo?
Przełknął ślinę, wziął głęboki wdech.
– Ludzi, których strąciłem za życia do zamarzniętego piekła. Jednego po drugim. Pach, pach, pach. Dziesiątki na Sybir. Nawet nie wiem za co. Starałem się szybko zapominać o tych rypniętych powodach. Bo łatwiej. Wolałem sobie wyobrażać, że to najgorsi z najgorszych.
– Ponderski, ty listu w życiu nie wysłałeś, a co dopiero człowieka gdzieś.
Uśmiechnął się.
– Widzisz, kiedyś byłem w tym lepszy. Albo i nie. Przesyłka w końcu została zwrócona, bo teraz stoją tutaj. Mają dziwne, sine twarze. Z ust bucha im para. Skostniała skóra. Szkielety owinięte w szmaty, a nie ludzie. Ciesz się, że nie widzisz, Ikar.
Położyłem mu rękę na kolanie.
– Jesteśmy tu sami.
– Chciałbym, żeby tak było, bo te chuderlaki tylko jęczą. Nawet pożartować z nimi się nie da.
– Chodź do lekarza.
Wstałem i pociągnąłem go za rękę. Szybko jednak wyszarpał swoją dłoń z mojego uścisku i zagniewany zmarszczył czoło.
– Siedź – warknął. – Lekarz nic nie da. Nie udało mu się nic zrobić z moją ślepotą, to i z tym nic nie zrobi. W końcu tak długo sam nie patrzyłem, co robię, że w końcu weszło mi to w krew. Kiepska była ze mnie ta, jak ona ma? Artemida?
– Temida.
Wzruszył ramionami.
– W ogóle kiepski człowiek. Tak że teraz oni na mnie ten...
Przełknął ślinę, otworzył usta, pozwolił językowi się jeszcze przez moment wić bezcelowo, aż wreszcie:
– Wyrok śmierci.
– Ich tu nie ma, nic ci nie zrobią.
– Ty tu jesteś. Musisz być katem.
– Chyba sobie jaja robisz.
– Tym razem nie.
– Wychodzę.
Chwyciłem klamkę; on wrzasnął i rozpaczliwie rzucił się ku mnie, padając na kolana. Uczepiony moich nogawek zaczął błagać, drżąc oraz kuląc się. Spomiędzy zaciśniętych powiek pociekły mu łzy.
– Nie pozwól im tego ze mną zrobić, ja już czuję ich chłód. Boję się ich, rozumiesz, cholernie, kurwa, się boję! Powoli się zbliżają, aż wreszcie sami... Ja nie chcę, żeby oni, Ikar, proszę...
– Daj mi spokój, powaliło cię!
Wcisnąłem mu rękę w kieszeń i wymacałem brelok. Nacisnąłem przycisk. Zamigało światełko.
– Wszystko będzie dobrze – warknąłem, wyrywając się.
Zawył. Ale puścił. Najwidoczniej potrzeba zakrycia twarzy dłońmi okazała się silniejsza.
Daleko odprowadziło mnie echo jego lamentu; niemalże pod drzwi Dedala.
Wtargnąłem, nie zapukawszy. Panicz, oparty o parapet, czytał „Boską komedię”. Oderwał się jednak od lektury.
– I co? Opowiadaj.
– I gówno.
Zamknąłem drzwi. Tkwiący w zamku klucz przekręciłem i wsunąłem sobie do kieszeni.
– Teraz to ja zadaję pytania.
Westchnął, przewracając oczami.
– Skoro musisz.
– Skąd to wszystko? Znam ich od lat, nie opuścili tego miejsca ani razu. A nie było żadnych zsyłek ani rodzin tutaj.
– A wiesz, czemu strach, Ikarze?
– Nie o to pytałem.
– Bo bałeś się życia. Jesteś samobójcą.
Wyszczerzył zęby, machnął ręką – voila.
Wspomnienia.
Oczekiwanie na smugę światła ciągnącą stalowe cielsko bestii. Drżenie torów i ich szum, który można wychwycić, przykładając ucho do szyn. Ponoć. Nie próbowałem. Co nie znaczy, że nie chciałem, bo chciałem, tylko że tego nie było w planie. A wszystko, czego w nim nie było, mogło zaszkodzić.
Byleby okazać posłuszeństwo wcześniejszym zamierzeniom: nie wychylać się za wcześnie, bo jeszcze pociąg zahamuje albo stchórzę. I rzucić się tak, by głowa poszła w diabły. Jeśli mózg bryźnie pod kołami, nic nie poczuję, bo nie będę miał czym. Szybki koniec. Bez powolnego zdychania w krzakach z poprzetrącanymi kończynami. Bez krztuszenia się własną krwią. I bez obserwowania, jak organizm próbuje funkcjonować.
Strach. A jednak myśli o życiu bałem się bardziej.
– Teraz, Ikarku, czas, abyś skorzystał ze skrzydeł – wyrwał mnie z zamyślenia Dedal.
Otworzył wielką szafę i spomiędzy hałd ubrań wygrzebał rewolwer, a po chwili również garść naboi. Zręcznymi ruchami naładował broń i chwycił za lufę. Rękojeść sterczała ku mnie.
– Masz jajca, by zmazać swój grzech?
– Po co mi to?
Uderzenie w drzwi. A po chwili skrobanie, cichy jęk. Ikar, Ikar...
– Po to. Bierz.
Kilkanaście sekund. Wciąż żałosne Ikar, Ikar, Ikar...
Dość. Byleby się skończyło. Złapałem rewolwer spoconą dłonią. Cięższy, niż myślałem. Dobrze. Zapewnienie, że odpowiednio wycelowawszy oraz pociągnąwszy za spust, uwolni się moc wystarczająca, by w jednym okamgnieniu rozwalić mózg. Szybka śmierć. Lepsza niż ta na torach.
Wyszedłem z pokoju. Ponderski kulił się pod ścianą, drżąc oraz rozcinając szybkimi ruchami ręki powietrze.
– Weź ich ode mnie, błagam. Wiem, że tam jesteś, ty tchórzliwa świnio – wypluwał przez ociekające łzami i śliną usta.
Wreszcie przyłożył dłonie do twarzy i osunął się na podłogę. Tam dorwały go spazmy; powyginały całego, ale palce wciąż przy oczach.
– Czuję twój zapach. Zapach lękliwego ścierwa. Wszędzie cię po nim znajdę. Zmyj go, kurwa, z siebie, proszę.
Dedal, stojąc obok mnie, szepnął mi do ucha.
– Wal. On nie wie, że masz gnata, nie zdąży się zorientować nawet, że coś go trafiło.
I wymierzył dwa wyciągnięte palce w głowę Ponderskiego, po czym gwałtownie unosząc je, dodał cicho:
– Pach i załatwione. No dalej.
Głęboki oddech. Wycelowałem lufę w czoło chorego. Jeszcze spust, powtarzałem sobie w myślach.
Tak jak wtedy powtarzałem sobie, że byleby mózg rozchlastał się jako pierwszy.
Nadbiegli z drugiego końca korytarza; wysoki mężczyzna w fartuchu oraz pielęgniarka. Doktor wskazał ręką na nas. Zaskoczony.
I wtedy, korzystając z chwilowego odwrócenia własnej uwagi, zmusiłem palec do drgnięcia. Huk. Krew bryznęła na ścianę, przedziurawiona głowa Ponderskiego odchyliła się do tyłu razem z całym jego ciałem. Nadbiegający zatrzymali się. Dedal mnie za ramię, coś mówiąc. Lekarz pielęgniarkę. Zawrócili i pobiegli. On z telefonem w ręku. Dzwonił.
Mocne szarpnięcie. Szarlatan pokazał mi się tuż przed oczami i gadał, nie zważając na to, że wlazł właśnie w kałużę krwi.
Potrząsnął mną jeszcze raz.
– Słyszysz? Ruszaj tyłek.
Pokiwałem głową. Poprowadził korytarzem.
– Właśnie wzbiłeś się w powietrze, gratuluję. Ale trzeba lecieć dalej, bo się wpieprzysz w wodę.
– Co dalej? – wypchnąłem przez ściśnięte gardło.
– Twój koleżka Syfilis.
– Sybilies?
– Widzę, że jego imię się dużo nie zmieniło. Zasłużył sobie na to przezwisko w czasie harców, bawiąc się z niektórymi więźniarkami.
Szliśmy w kierunku jego pokoju. Dedal figlarnie gestykulował, obrazując opisywane fakty z życia chorego.
– Ale i tak wolał upajać się widokiem pracujących podludzi. Albo umierających podludzi. Najczęściej dążył do połączenia jednego i drugiego. Wystarczyło nie dać jeść i zapędzić do kopania rowów, a potem dobrze nadzorować. Cały obóz podziwiał tę jego oszczędność.
Na koniec złączył dłonie niczym do modlitwy i wzniósł oczy ku górze.
– Nasz syfiliczny aniołek.
Nikogo po drodze nie minęliśmy. Wszyscy gdzieś pierzchli. Zresztą daleko nie mieliśmy do pokoju Syfilisa. Dedal przystanął przed drzwiami.
– Idź i sam to załatw. Niech odpokutuje za wszystko, a jeśli nie, to...
Popukał w lufę rewolweru.
– Tylko nie za wcześnie.
Po tym krótkim szkoleniu wszedłem do przyjaciela. Siedział na swoim wózku, odwrócony plecami do drzwi. Nie zdawał się przejmować tymi odwiedzinami.
Pomyślałem, że nie żyje. Robota skończona.
Ale on jednak zdecydował się po kilkunastu sekundach milczenia odwrócić. Szkoda.
– Ikar...
W sprawniejszej ręce trzymał ubrudzony czerwienią nóż. Podobna czerwień plamiła mu rozcięte spodnie, ukazujące skaleczoną, zwiotczałą nogę.
– Jestem głodny. Potrzebuję pomocy.
– Głodny?
– Ja sam nie potrafię. Jestem przecież niedołężny.
– Co chcesz?
Przyłożył ostrze do rany i oblizał wargi.
– To.
– Własną nogę?
– Jeszcze nigdy nie byłem taki głodny. Ikar...
Patrzył na mnie łagodnym spojrzeniem, nie rozumiejąc, o co prosi.
– Nie – odparłem. – Sam się zeżryj. Albo cię zastrzelę.
Rozdziawił usta i pociekła mu strużka śliny. Przekrzywił głowę oburzony odmową.
– Wybieraj.
– Ja sam nie... – wymamrotał. – Pozwolę ci wziąć kawałek, jeśli mi pomożesz.
Poczułem w gardle kwaśny smak wzbierających wymiotów. Ponagliło mnie to do uniesienia broni.
– Żałuj tego, co zrobiłeś. Żałuj. No kurwa, nie stawiaj oporu. Pokutuj, Syfie.
– Za co? Ja nic... Ja jestem tylko głodny. To chyba nic zł...
W pół słowa. Z zaskoczenia. Jedyny przysługujący mu akt litości. Wózek wierzgnął, po czym wjechał wraz z broczącym krwią trupem w ścianę i zamarł w bezruchu, bo dłoń zsunęła się z drążka sterującego.
Wyszedłem. Korytarz był pusty. Ani śladu Dedala.
Patrzyłem to w jedną, to w drugą stronę.
– Dedal? Dedal!?
Skąd tak nagle wypadli – nie wiem, ale pojawili się przede mną. Skupione twarze, czarne oczka wymierzonych we mnie luf i głośne:
– Odłóż broń!
Kilku drepczących w moją stronę. Wystarczyło wyprostować palce i broń by upadła, uderzyła o podłogę. Ale też wystarczyło unieść ją, przystawić do czoła, a wtedy pach i załatwione. Wymknąłbym się, nic nie odczuwszy.
Po raz drugi.
Gdzie zniknął Dedal? Zostałem oszukany. Uciekł. A moje skrzydła?
Właśnie dla nich rozluźniłem palce.
Złapali. Coś mówili, przygnietli do podłogi. Poczułem na nadgarstkach ciasnotę kajdanek.

I tak – prawdziwie – wzbiłem się w powietrze. I czekam, aż Dedal powróci, by mi oznajmić, że lot już zakończony; jesteśmy u celu i można lądować.
Wróci. Na pewno. Sukinsyn. Tylko trzeba czekać.
W końcu z piekła można się wydostać wyłącznie poprzez zejście na samo dno – z Dantego wyczytałem – a to wymaga cierpliwości.
Teraz są rozległe piwnice. Towarzystwo jest tutaj zupełnie inne. Personel też. Pokój dzielę z niskim brunetem. Powiedział mi raz, że nie wierzy w powrót mojego Wergiliusza. Czy też Dedala. Czy też idioty według Ponderskiego (spoczywaj albo żyj ponownie w pokoju, przyjacielu). Wierzy za to w powrót czegoś innego; czegoś większego i czegoś ponad wszystko. A najbardziej go boli, że został obrzezany. Dziwny człowiek, jak wszyscy tutaj. Dużo by gadać. Nieważne.

Wróć. Proszę. Mam twoje książki. Błagam.
Pytania? Sugestie? Komentarze do pracy autora?
Zobacz też:
2AM : Nie wydaje mi sie żebym mogła dzisiaj zasnąć, więc postanowiłam pisać, to jedyna rzecz która mnie uspokaja w takich chwilach jak ta. Dzisiejszy dzień był dość dziwny, wyjątkowo spokojny, nikt nie chciał rozmawiać a nawet nikt nie chciał się po prostu uśmiechnąć. Jednak ja czułam się zupełnie szczęśliwa....
Czytaj dalej
Strona Straszne-Historie.pl do poprawnego działania wykorzystuje pliki typu Cookies. Korzystając ze strony wyrażasz na to zgodę.
Jeśli lubisz takie rzeczy jak: horror, creepypasta, książki, filmy, gry komputerowe, opowiadania z gatunku horrory to Straszne-Historie.pl to strona dla Ciebie. Nasze opowiadania potrafią wciągnąć i przestraszyć lepiej niż filmy horror oraz książki grozy.