panopticum
Strasznie polecamy
SPRZEDAWCA BÓLU - CZĘŚĆ PIĄTA
Dodane przez: timeisanillusion, 16.10.2016, 22:22
Początek serii: http://straszne-historie.pl/story/13595-SPRZEDAWCA-BOLU

Spis wszystkich części w profilu: http://straszne-historie.pl/profil/8478


"Płyń mój mały, płyń.
I tak wiem, że zatoniesz.
Płyń mój mały, płyń.
Choć morze cię pochłonie.
Płyń mój mały, płyń.
I tak zgubisz koronę.
Płyń mój mały, płyń.
Choć już cię nie uchronię.
Płyń mój mały, płyń.
Choć życia nie nastroję.
Płyń mój mały, płyń.
Przez pryzmat każdej z wojen...
I tak do zagładzenia.
Przez wody bólu istnienia..."

Tę pieśń śpiewał mi mój tato. Codziennie przed snem, aż do moich jedenastych urodzin. Nawet, gdy był na kacu, chlaniu, po czym nie był - zawsze to robił, a przynajmniej nucił melodię.
Chciał mnie uświadomić, że wie o fakcie głoszącym, że jakby mnie z matką nie wychował - ja i tak prędzej czy później stwierdzę, że dobro jest kompletnie nieopłacalne.
A patrząc na mój dzisiejszy zawód - cóż.
Na chwilę obecną powinienem wrócić do czasu, który dział się na początku lat siedemdziesiątych. Jesteś ciekawy?
To posłuchaj.
I nie próbuj mi przerywać.

Rok 1973, Korea Północna, dzień dwunasty.


On wiedział. Z całą pewnością wiedział. Wiedział kto był sprawcą. Nie byłem pewny, czy bawić się w tchórza, czy jednak stawić swoje spoczone czoło przeciwko problemom.
Nie chciałem tracić na zawsze takiego okazu. On naprawdę mógł wiele osiągnąć w tej dziedzinie, nie wydawał się być idiotą.
A to wystarczający powód, żeby być pewnym. On wiedział. Ale nie miałem pojęcia co zamierzał.
Jeśli ta banda syfu spod paznokci była dla niego ważnym syfem spod paznokci - to niewątpliwie mógł żądać za to zemsty. Był jedyną osobą, która mogła mi w tamtej chwili zagrozić, jednak nie było wykluczone, że trzyma w zanadrzu inną grupkę podobnych ścierw.
Ruszyłem porankiem w stronę namiotu. W lewej ręce trzymałem moją skrzynkę z narzędziami, a do prawej kieszeni schowałem sobie w razie czego mały nóż. Zasadzka mogła czekać na mnie tuż przy wejściu, a w swoim życiu chciałem jeszcze poczuć nieco złotego kruszczu na dłoniach. Przechodząc przez zapylony, śmierdzący targ, miałem wrażenie, że cuchnie on jeszcze gorzej niż zazwyczaj, gdzieniegdzie walało się pare martwych kur, wokół których latało milion much, a z trupa wystawały oskubane z mięsa kości. Po chwili mój żołądek przypomniał mi o swoim istnieniu i zaczął zwiastować o nadchodzącej powtórce rzygowin na stopach. Nie miałem ani ochoty jeszcze raz tego przyżywać, ani po raz kolejny latać po mieścinie i szukać liści.
Uważasz, że to dziwne?
Ale zanim doszedłem do miejsca docelowego zdałem sobie sprawę, że szybkie wtargnięcie do namiotu z nożem nie jest za bardzo rozsądne, i że na pewno da się to lepiej rozegrać. Przystanąłem i podrapałem się po głowie. Na zysku zależało mi najbardziej. Bardziej, niż na życiu, które musiałem chronić. Czy tego chiałem czy nie.
Jeśli chcesz pracować, musisz żyć. Jeśli chcesz żyć, musisz pracować.
Westchnąłem i zawróciłem.
Poszedłem w stronę rzeki. Jej okropny odór unosił się w powietrzu, ale nie przyszedłem tam wtedy po to, żeby ugasić pragnienie. TYM, co można było umownie nazywać wodą, dało się co najwyżej ugasić ostatnie tchnienie. Po jednej i drugiej stronie brzegu mieściło się mnóstwo krzaków, a przy brzegu zazwyczaj ktoś klęczał i łowił wodę do starych, plastikowych, zabrudzonych butelek. Takiej jednej potrzebowałem.
Koniecznie napełnionej.
Rozejrzałem się za istotą ludzką, która mogła się takową czynnością zajmować. Przeczesywałem wzrokiem teren, lecz ten nic nie rejestrował.
- Czy was, do cholery, ktoś pożarł? - Powiedziałem do siebie.
Wyszedłem lekko z krzaków i jeszcze raz się rozejrzałem. Moje oczy nareszcie coś namierzyły. Był to mały czarny punkt położony paredziesiąt metrów dalej. Nie miałem pojęcia, czy namierzony obiekt zajmuje się akurat wypełnianiem butelek wodą, ale należało to sprawdzić. Wszystkie przyszłe zyski zależały od tego co robiłem. Robiłem to dla nich.
Przechodziłem cicho chaszczami krzaków i jeżyn. Podczas owej wędrówki byłem pewien, że po wyjściu z krzaków nie będę miał na sobie grama skóry, ponieważ krzaki nieustannie mnie charatały, a same chaszcze obfitowały również w wielkie pokrzywy, przez co zaczynałem powoli wyglądać jak żywy dowód na to, że rzeźni nie odwiedzają wyłącznie zwierzęta. Byłem coraz bliżej mojego celu, jednak z każdym krokiem docierało do mnie, że nie jest najlepszym pomysłem zbliżać się akurat do tego osobnika, podobno gatunku ludzkiego. Przyjrzałem mu się zza krzaków.
Czarny Koreańczyk zażerał się małą, wątłą, ludzką nóżką. A poobgryzana już reszta ciała leżała złożona w stosik obok niego. Obok siebie miał butelkę, której wnętrze w trzech czwartych wypełnione było wodą z rzeki. Charakterystyczne dla tej wody było to, że pozostawiała po sobie dziwny czerwony syf, który przyklejał się do wnątrz butelek, ale żaden z Koreańczyków nie widział w tym nic szczególniejszego. Po prostu to pili, było im wszystko jedno.
Butelka nie była w zasięgu mojej ręki. Wyjście z krzaków było konieczne, a czarny człowiek mógł lada chwila zjeść resztkę bachora i odejść.
Koreańczyk zaczął nagle coś sobie podśpiewywać nie przestając przy tym jeść, więc w głębi duszy marzyłem o tym, żeby się nagle zadławił.
I nagle do mnie dotarło. To tu zaczynała się moja rola.
Oczywiście, że mogłem się rzucić, poranić go nożem, amputować mu palce u rąk i wsadzić mu je do nosa. Cokolwiek, ale z racji tego, że zażerał się ludzkim mięchem - istniało wysokie prawdopodobieństwo na to, że ten Koreańczyk również ma swoją ekipę i naśle ją na mnie, jeśli tylko zrobię mu krzywdę. Zabić?
W tamtym czasie to nie było za bardzo w moim stylu, przynajmniej, jeśli chodziło o ludzi, w końcu każdy człowiek może być kiedyś twoim klientem, a morderstwo kończyło się zwracaniem kosztów, czy tego chciałem, czy nie, więc nie mogłem się do tego czasem głupio przyzwyczaić.
Reszty zwierząt nie było mi tak bardzo szkoda. I tak umiały tylko paskudzić, porzucać futrem, poszczekać, pomiauczeć - zero pożytku z takiego stworzenia, tylko uszy przy tym więdną. Dlatego, gdy chciałem praktykować swoje zainteresowania - musiałem po jakiegoś sięgnąć.
Przez co ogłoszenia sąsiadów typu "ZAGINĄŁ HEKTOR" później bardzo mnie bawiły.
Czarnoskóry facet nieustannie się zażerał i wysokim, fałszującym głosem podśpiewywał sobie pod nosem jakieś bzdury, oczywiście w swoim ojczystym języku. Odrywał tak ogromne kęsy, że nie było innej możliwości, niż spiąć poślady i wykorzystać to.
Musiałem przypomnieć mu o istnieniu strachu. Podczas przeżuwania musiał wziąć szybki, głęboki oddech.
Zadławienie się to chyba najgłupsza śmierć. Już raz straciłem klienta w ten sposób podając materiałowi środek mający za zadanie utworzyć chwilową amnezję.
Cieszyłem się więc, że w tym smętnym, brudnym i żałosnym miejscu, będę miał jakiś mały powód do śmiechu.
Wiedziałem jak muszę postąpić, jednak po tylu ranach spowodowanych wędrówką przez chaszcze wcale nie miałem na to ochoty. Wyjąłem nóż z kieszeni i spojrzałem na niego.
- To dla was, moje pieniążki. - Powiedziałem prawie bezgłośnie.
Chwyciłem narzędzie pod odpowiednim kątem i przejechałem nim sobie szybko po lewym przedramieniu. Zrobiłem to tak, aby skowyt, który miał wystąpić z mego gardła był wystarczająco głośny, a skutki nie były tak bardzo tragiczne.
I to wystarczyło. Zrobiłem to perfekcyjnie, głośno i zaskakująco. Podśpiewujący Koreańczyk brał w tym czasie do ust ogromny kęs i nie zdążył go nawet raz przeżuć.
Utkwił mu w gardłe. Zaczął się krztusić, wydobywał z siebie odgłosy kwiczącej świni. Złapał się za gardło. Robił się siny.
Wyszedłem z krzaków i popatrzyłem na niego.
- Co tam mamroczesz? - Zapytałem udając, że nadstawiam ucho. - Nic nie rozumiem!
Koreańczyk padł na plecy. Lewą ręką trzymał się za gardło, a prawą rękę wystawił ku mnie.
- Ależ grzeje, nie sądzisz? - Powiedziałem przeciągajac się. - Mogę wody? Dzięki.
Odchodziłem z wodą słysząc przy okazji, jak beznadziejne odgłosy z siebie wydaje. Krztusił się i dusił. I nikt nie mógł mu pomóc.
Nikt.
Głupia śmierć czyha wszędzie. Ale lubię ją. Jeśli całe twoje życie było marne, to przynajmniej śmierć mogła dać ci ten jedyny powód do radosnego wrzasku.
Zerwałem parę liści z krzaków i jechałem nimi po przedramieniu w celu wytarcia niewielkiej ilości krwi. Butelkę z wodą trzymałem pod pachą. Skierowałem się z powrotem do krzaków, bo przypomniało mi się, że zostawiłem w nich moją skrzynkę.
Ból mimo wszystko pukał sobie do drzwi mojej czachy przypominając o swoim jakże ważnym istnieniu.
- Se istnij. - Powiedziałem.
Po niezbyt długim czasie po raz kolejny szedłem przez cuchnące gorzej niż chlew miejsce, czujnie obserwując każdy ruch handlarzy. Igrek mógł być zdolny do wszystkiego.
Dochadząc do namiotu wytężyłem wzrok jeszcze mocniej i zwolniłem chód. Przez jazgot wydobywający się z targu nie mogłem mieć najwyższego poziomu czujności, więc należało zacząć działać.
Przystanąłem i wyciągnąłem ze skrzynki znaną mi na pamięć książkę z opisami każdej z ludzkiej kości. Podpaliłem zapalniczką opasły tom i wrzuciłem pod wejście namiotu. I tylko czekałem, aż napastnik wyleci stamtąd jak poparzony.
Wpatrywałem się, jak ogień pożera materiał. Żywy gorąc powoli zaczynał przemieszczać się na namiot. I przypominał mi ludożercę pożerającego dzieciaka. Kawałek po kawałeczku, nie ma się przecież co śpieszyć...
- Uparty jesteś. - Powiedziałem. - Niech ci będzie.
Podszedłem do lewego boku namiotu, pstryknąłem kilka razy zapalniczką, aż ta wreszcie się odpaliła i podpaliłem nie dosięgniętą jeszcze przez ogień część namiotu. Dymu robiło się coraz więcej. Był okropnie gęsty. Ujrzeli go również ludzie z targu, bo po jakimś czasie zaczęli zwracać na to coraz większą uwagę. Kilku nawet podeszło nieco bliżej. Wrzeszczeli coś za mną po Koreańsku. A ja wpatrywałem się nienawistnie w piekło, które stworzyłem.
Żaden pieprzony ludożerca nie miał dla mnie prawa bytu.
- Płoń. - Powiedziałem. - Ludzkie mięso smaczne, co? Pewnie tak smaczne, że rozpływa ci się w ustach...
I nagle, z krzyków Koreańczyków wyłonił się wreszcie ten właściwy. Ten, który chciałem usłyszeć. Ten, na który tyle czekałem, dzięki któremu moje endorfiny miały skumulować się do granic możliwości, które z resztą i tak nie istnieją.
- IKS, NIEEEE!
- Tak, Igrek, płoń...
- IKS!
- Grilowane Japońce są dziś w cenie!
- NIE PAL NAMIOTU! ZGAŚ TO, IDIOTO!
A gdy to usłyszałem, nagle zamarłem. Poczułem, jak ktoś uderza mnie mocno w żebro i jak upadam na brudną, piaszczystą powierzchnię. Ból mnie rozsadzał, rozrywał na kawałki. Ale nie miało to dla mnie znaczenia. Poczułem się, jakby ktoś nagle mnie zresetował. Na skórę wlatywały mi kropelki wody. Słyszałem mnóstwo wrzasków.
Nie mam pojęcia ile mogłem leżeć. Może rok?
W każdym razie, po takim czy innym czasie ktoś uderzył mnie z plaskacza w twarz.
- Obudź się, obudź, reaguj do cholery! - Wrzeszczał znajomy głos.
Ból żebra lekko zluzował swój uścisk, ale pozostał, wbity całkiem solidnym gwoździem.
- Słyszysz mnie? Halo! ROZDZIAW RZESZ TĘ SZCZĘKĘ!
- Nie ma takiego numeru... - Powiedziałem i złapałem się za twarz rękami. Obmacałem ją i zamrugałem oczami. Pełna okrucieństwa i zdezorientowania twarz Igreka znajdowała się parę centymetrów od mojej.
- Coś ty durniu narobił! - Wrzasnął. - Nudzi się, co? Nie ma co robić w Korei, to ogniem się trzeba pobawić?
Nie miałem siły odpowiadać. Łeb mi pękał. Czułem się, jakby mój organizm odwiedziły setki różnych choróbsk, każde atakujące inną część ciała.
- Naprawisz ten namiot, załatasz go choćby własną skórą! Rozumiesz!?
- Zostaw mnie, chcę umrz...Nie, chcę zarobić.
- Nie mogę cię tu tak zostawić, idioto! - Wrzasnął mi do ucha.
- Co? Myślisz, że ktoś może wyssać przez rurkę moją krew, czy resztę tłuszczu z mojego marnego jak przeciętne życie ciała? - Powiedziałem wstając i spoglądajac w jego oczy. - Naprawdę myślisz, że znalazłby się ktoś tak okrutny?
- Dobrze wiesz, co się tutaj dzieje i przez ile syfu trzeba tu na codzień przechodzić! Przechodzę to trochę dłużej. I naprawdę wiem, co to znaczy czuć ból! - Powiedział do mnie z zaciśniętymi zębami. - Nie masz pojęcia, co ja przeżywałem przez te pół roku. Nie! Bo może i umiesz sprawiać ból, ale nigdy go nie czułeś!
- Nie rozumiesz świata, Igrek.
Spojrzał na mnie niedowierzającym wzrokiem.
- C...Co? - Zapytał.
- Nie wiesz, co nim rządzi.
- Uważasz mnie za głupca?
- Nie. Za ignoranta.
- Iks, nie wiesz o czym mówisz...
- Doskona...
- Nie. - Powiedział szorstko. - Dziś już nie mam siły na tę całą farsę. Ale coś ci powiem, Iks.
Spojrzałem na niego pytająco.
- Mam nadzieję, że to nie koniec naszej współpracy. - Powiedział dziwnie zrezygnowanym tonem, po czym odszedł wolnym krokiem przez targ.
Zmarszczyłem brwi.
- Co on, wierzący jest? - Powiedziałem do siebie szeptem.
Wlepiłem wzrok w górę. Zachodziło słońce i zaczynał wiać chłodny wiatr. Westchnąłem i ruszyłem do grobu. Po raz kolejny jakieś uczucie próbowało wzbudzić we mnie refleksję.
- Idź mi w cholerę z tym całym wyrzutem! Co za cholerne sumienie, się na igrzyska jakieś zapisz jak sobie chcesz porzucać... - Darłem się do siebie. - Jestem świadomy! Jestem! Nie, nie próbuj ich obwiniać! Doskonale widziały, kto tamtędy szedł! To mogła być tylko jedna osoba! A z tymi co nie tak? No pewnie, może dźwięk otwieranych drzwi też sobie wyimaginowały!? Zamknij się, chcę spoczywać w spokoju...Przez ciebie przesiąknąłem do reszty niepewnością...
I krzycząc tak do siebie, od czasu do czasu łapałem stopą mały kamień i wyrzucałem go w przód. Przeklinałem pod nosem, szlag mnie trafiał.
Minęło sporo lat, zanim znowu zacząłem się tak przejmować.
- Jak długo masz zamiar mnie tak szantażować!? - Kontynuowałem. - Jak długo, co? Jak długo? Gdzie się podziało to całe szczęście, jeśli istnieje!?
Z każdym słowem dyszałem coraz ciężej.
- Jak to, CO? Jak to, CO daje mi szczęście? Nie bądź durniem, oczywiście, że...Ta...
Moje oczy rozbłysły.
- Kasa. Mammona. Szmal. Pieniądz...Tak! Potrzebuję go. I potrzebuję jego, dzięki niemu zgarnę więcej, znacznie więcej! Tak...
Myślałem o tym aż do czasu, gdy doszedłem do grobu. W tym czasie ilość moich endorfin była już naprawdę duża, a mój nastrój zaczynał wrzeszczeć:
- Idź polatać! - Wrzeszczał w mojej głowie. Byłem już w takim nastroju, że było mi wszystko jedno co myśli sobie mój mózg. Przez co zacząłem wymachiwać kończynami górnymi. Czułem, że się wznoszę, choć moje brudne stopy wciąż utrzymywały się na piaszczystej powierzchni. Miałem wrażenie, że jestem odrębnym umysłem, który nie zwraca uwagi na tę wiecznie obwiniającą mnie szarą masę mojego ciała.
- Słodkie szczęście... - Krzyczałem. - Pokaż mi...swoje oblicze!
A gdy to powiedziałem, zaśmiałem się i odsunąłem wejście do grobu.
- Witajcie! Towarzysze, jak się za wami stęskniłem! Ach, jeszcze śpicie...Nie będę was budził!
I po tych słowach, walnąłem się do grobu jak do ciepłego, kochanego łóżka. Zasunąłem grobową płytę tak, by tlen mnie nie opuszczał, po czym odwróciłem się na prawy bok. Długo tak jednak nie poleżałem. Mój wrzask był momentem otrzeźwienia.
Wygrzebałem się z grobu i upadłem na piach.
- Cholera... - Wystękałem.


Rok 1973, Korea Północna, dzień trzynasty.

Nie spałem całą noc. Siedziałem pod drzewem i nasłuchiwałem lekkiego wycia wiatru. Przez cały ten czas niedowierzałem, że on mógł zrobić mi coś takiego. Jeszcze dnia poprzedniego tak się zadręczałem...Może i nawet było mi przykro?
Ale nie mam litości dla kogoś, kto wrzuca mi trupa do łóżka.
Było to zmarnowane ciało dziewiętnastoletniego Koreańczyka, które "badałem" kilka dni wcześniej. Blade i chude. Z obszernym zakażeniem w okół szczęki i ust. W jego ciele zdążyło zalęgnąć się już jakieś robactwo wychodzące mu przez usta, nos i uszy. Nie będę kłamał, byłem wstrząśnięty. Wstrząśnięcie jednak wzmacniane było przez pewne wspomnienie z jeszcze wcześniejszych czasów, o którym opowiem ci może innym razem.
Minęła noc, a ja dalej siedziałem zatopiony w przemyśleniach.
A gdy się z nich wynurzyłem, spojrzałem w górę. Na niebie widoczny był już wschód słońca, raził moje oczy. Zamknąłem je na chwilę i zaraz otworzyłem.
Spoglądał na mnie. W źrenice. Nagle kucnął i pogładził ręką mój prawy policzek.
- A krzywdzony krzywdzić będzie... - Powiedział.
Po tych słowach uświadomiłem sobie, że jestem skulony, a mój wyraz twarzy musi okazywać zupełne zdezorientowanie.
- Jesteś tak blady... - Powiedział i przybliżył się jeszcze bardziej. - Jak on.
Spojrzałem na niego. Odgoniłem z twarzy jej wcześniejszy wyraz.
- No i na co ci to było, co? - Kontynuował. - Cuchnie od nich śmiercią, ale i od ciebie cuchnąć będzie. Boję się o mój stan. Nie wiem, jak długo wytrzymam.
- Na jakiej podstawie miałbym się tym przejmować?
- Na podstawie twojej miłości. To ona ma tu znaczenie.
- Nic o niej nie wiesz.
- Każdy głupiec jej porząda. Nie tak wielu jednak dało radę ją pozyskać.
- Co z tymi mądrymi?
- Twierdzą, że jest nic nie warta.
- Więc jestem...
- Ignorantem. Tak. W sensie teoretycznym.
- Co więc z praktyką?
- Praktycznie mi się przydasz. Teraz dam ci wybór. I albo z czegoś się wywiążesz, albo nigdy nawet nie liźniesz nosem swojej ukochanej.
- To zależy od twoich propozycji, może wyjść na jedno.
- Jeśli będziemy współpracować, to nie wyjdzie.
- Więc co masz mi do zaoferowania? - Zapytałem wstając.
- Albo uzdrowisz resztę moich ledwo zipiących, albo przejdziesz na naszą dietę. Wybierz sobie jedno.
I mówiąc to również zaczął wstawać. Wpatrywał się we mnie stanowczo.
- Słucham? - Zapytałem.
- Albo uzdrawiasz, albo żresz smażone kciuki.
- Musiałbym potem usmażyć sam siebie.
- To byłby jeden ignorant dla świata mniej. - Powiedział uśmiechając się. - A ja i tak nie byłbym w stanie cię tknąć. Dla mnie jesteś zepsutym mięsem.
Zmarszczyłem brwi.
- Wybieraj. Albo jedno, albo drugie. Będziesz posłuszny własnemu zdaniu o ludożercach, czy jednak zrobisz wszystko dla swojej ukochanej?
Otworzyłem usta.
- Co do cholery...?
- Co jest dla ciebie ważniejsze? - Zapytał. - Co jest w tobie tak bardzo kluczowe?
- Dlaczego miałbym ci odpowiadać?
- Musisz.
- Uważasz, że czuję przed tobą respekt?
- Tak.
- Że zalęgł się we mnie strach?
- Jak chcesz tu zarabiać?
Uniosłem brwi.
- Nie zorientowałeś się jeszcze, że nie ma tu absolutnie żadnej waluty?
- Ja...
- Jesteś chory, Iks. - Powiedział wkładając ręce do kieszeni. - Nie przybyłeś tutaj w celach zarobkowych, chciałeś robić to, co sprawia ci radość.
- Sprawianie krzywdy ma mi sprawiać radość?
- Wszyscy jesteśmy psychopatami. A swoją drogą, jeden z dowodów leży sobie w twoim miejscu do spania.
- To była samoobrona. Gdyby nie to, pewnie pływałbym kraulem w twoich jelitach. Przybyłem tu na praktyki. To pierwszy raz, kiedy uprawiam na poważnie swój zawód.
- Co chciałeś osiągnąć przyłażąc właśnie tutaj?
Pamiętam, że w tamtym momencie język jakby mi się zaplątał. Nie dał mi absolutnie żadnej możliwości wypowiedzenia się.
- Nie pamiętasz? Nie wiesz? Byłem pewny, że taki geniusz jak ty będzie miał odpowiedzi na wyciągnięcie ręki, nie tracąc głupio czasu na zastanowienia.
Nie odpowiedziałem.
- Twój mózg nie zrozumiał się z ciałem, albo półkule mózgowe są innego zdania. Jedna chce lepiej pracować, a druga kosić banknoty za byle jakie odwalenie roboty.
Mój język dalej był związany na węzeł. Coś kazało mi się zamknąć.
- Powiem ci coś. - Zaczął. - Jeśli chcesz zarabiać porządną kasę, to mogę ci w tym pomóc. Oczywiście nie dam rady tego zrobić tutaj, ale możesz razem ze mną przemieścić się do innego kraju. Gdzie płacą nie byle gównem, tylko pieniędzmi.
Oczy mi rozbłysły. Język się rozplątał.
- Jakiego kraju? - Zapytałem.
Igrek uśmiechnął się.
- Pewnie stwierdzisz, że dużo lepiej nie będzie, ale pieniądz to pieniądz. Wiem, jak dostać się do Chin.
- Czyżby?
- Owszem. Ale musisz spełnić jeden z warunków, które ci zaproponowałem.
- Nie chcę kupować zwłok w worku. Najpierw przedstaw mi plan mojej ewentualnej przeprowadzki z tego miejsca.
Mój rozmówca wyszczerzył zęby.
- To tylko garstka myśli, a reszta sama się toczy. Korea Północna graniczy z Chinami, nie mamy daleko. Popłyniemy z nurtem rzeki, aż do pewnego momentu, gdzie będziemy musieli użyć nóg.
Spojrzałem na niego spode łba.
- Nie da się przedostać przez granicę Chin od tak. - Powiedział pstrykając palcami. - Trzeba mieć odpowiednie uprawnienia. Ty ich nie posiadasz, ja tak.
- Jeśli masz możliwość niesiedzenia w tym dziadostwie, to dlaczego je wybierasz?
- By w tym zawodzie móc tam zdobyć pieniądze, należy mieć jakieś doświadczenie i wiedzę. Ci ludzie nie są tacy sami jak tu, Iks. Im nie jest wszystko jedno, takie posady mają swe szczególne znaczenie w chińskich mafiach, gdzie ludzie o owym zawodzie mogą naprawdę nieźle zgarnąć. A ja do tej pory nie miałem żadnego lepszego doświadczenia. Fakt, że trochę mnie podreperowałeś, jednak nadal jestem na bardzo miernym poziomie. A jeśli pracowalibyśmy razem - moglibyśmy wspólnie zyskać bardziej niż ciekawe zyski.
W tamtym momencie wiedziałem, że nie ma innej drogi. Musiałem to zrobić. To nie była groźba, to była propozycja spełnienia moich nieskrytych marzeń. Powoli podejrzenie o to, że wszystko co mówił mogło być kłamstwem przestawało mnie tak bardzo obchodzić.
- Wchodzę w to. - Odpowiedziałem. - Więc mam wybór?
- Owszem. - Odpowiedział.
- Ale...Czuję haczyk przy siedzeniu. Jeśli na tych ludziach tak bardzo ci zależy, to czy nie powinieneś dać mi tylko jednej opcji, która głosiłaby, że albo ocalę resztę, albo do końca życia będę odbierał sobie pensję z piasku?
Igrek zamknął oczy, powoli wciągnął powietrze i równie powoli je wypuścił, a wargi mu przy tym drżały. Otworzył oczy i spojrzał na mnie, pod jego źrenicami widniał czerwony łuk.
- Potrafię... - Zaczął, po czym jakby mimowolnie znowu zamknął oczy.
- Chyba jednak nie potrafisz. - Powiedziałem. - Twoja twarz próbuje dać i tobie, i mnie do zrozumienia, że sam się okłamujesz.
- Ja...potrafię...wybaczać. - Wykrztusił, ale nie otworzył oczu.
- Pozostawisz ich wszystkich na pastwę cuchnącej śmierci, a mi dodatkowo proponujesz lepsze życie? Cholera, jesteś chrześcijańskim pionkiem, a mimo to po rzutach kostką wybierasz pola prowadzące do miejsca, które samo chce cię wybić. Myślałem, że nie jesteś masochistą.
Powiedziałem i podszedłem do niego jeszcze o krok bliżej tak, że nasze nosy prawie się stykały.
- Twoje półkule chyba też się nie bardzo ze sobą nie zgadzają. To ty jesteś chory, Igrek.
- Wiem, że... - Zaczął otwierając oczy. - Ty nie będziesz chciał im pomóc. Ale będziesz musiał wybrać drugą opcję. I to ona będzie cię najwięcej kosztować. To dla ciebie lekcja, Iks. Ja jestem wystarczająco silny, by móc ci wybaczyć. Ale na karę nadziewasz się sam. Jak królik na dzidę...
- Idź do diabła...
- Sam do niego przybyłeś. Kusi cię drańsko, co? - Powiedział i zaczął się śmiać ze łzami w oczach.
- Zejdź mi ze źrenic.
- Jeśli wchodzisz w jedną z moich propozycji, to muszę cię zmartwić, ale zaczynamy od dzisiaj.
Moja ślina ledwo dopłynęła mi do gardła.
- Dziś się to zacznie. Ale najpierw chciałbym, abyś udał się ze mną do moich bliskich. Chcę, abyś był przy nich, gdy będą opuszczać świat. - Powiedział wycierając ręką oczy.
- Co mnie obchodzi banda...
- Mnie obchodzi. A ciebie obchodzi zielony papierek.
Pokręciłem głową.
- No i jak złodziej żeber może być miłosierny, co? - Powiedziałem i prychnąłem.
- Wstaw się w południe przy czymś, co jeszcze niedawno było namiotem. Stamtąd wyruszymy do tych ludzi. Będziesz świadkiem tego, jak odchodzą.
- Kocham szczęśliwe zakończenia.
- Do zobaczenia. - Powiedział i odszedł przecinając wyjący wiatr.
Nie odpowiedziałem. Ponownie usiadłem pod drzewem i zatopiłem się w morzu wszelakich przemyśleń.
Gdy nadeszła odpowiednia pora, ruszyłem w wyznaczonym kierunku, wyznaczonymi przez siebie ścieżkami. Podmuchy wiatru gromadziły nowe warstwy pyłu, który opatulał twarz i należało go strzepnąć ręką. Nieraz wpadał do ust, co nie było miłym doświadczeniem. Wędrówka trwała dla mnie w nieskończoność. Wiecznie słyszałem jakieś krzyki, koreańskie wyzwiska oraz wleczące się w powietrzu i drażniące nos zapachy. Wielu ludzi dzisiejszych czasów mogłoby stwierdzić, że znaleźli ziemskie piekło, z tym że dziś byłoby tam więcej kamer.
Przy solidnie popalonym namiocie stawiłem się o wyznaczonej porze, gdy słońce było już całkiem u góry. Odczekałem parę chwil, ale człowiek, który miał tam być, nie przychodził. Fala pyłu wpadła mi do nosa, wydłubałem go palcami i przysiadłem na wartstwie ziemi zmieszanej z piaskiem. Przyglądałem się z daleka handlującym ludziom. Ciekawy byłem, czy wystarczało im to, co robili. Czy wiedzieli o istnieniu innego świata? Czy może myśleli, że są tu na zawsze zamknięci? To było całkiem możliwe. Na ich miejscu zamiast kur sam "oskubałbym" się ze skóry i czekał na nicość. Nigdy nie znosiłem zakazów i granic, uważałem, że potrafią tylko wytykać człowiekowi jego słabości wrzeszcząc przy tym, że nie wszystko jest możliwe.
A ja nie znosiłem słuchać bzdur. I nic się w tym temacie nie zmieniło.
Gdy słońce zaczynało już zachodzić, moja nadzieja zdawała się odchodzić razem z nim, pozostawiając mnie samego i uświadamiając mi, że moje kieszenie już nigdy nie będą pełne. Ogarnęła mnie rozpacz biedaka. Położyłem się na ziemi i zacząłem się śmiać z własnej nędznej sytuacji. A patrząc na łażącą po mojej ręce cykadę, powiedziałem:
- Taa, wiem...Jesteś wyżej niż ja. Wygrzebałaś się spod ziemi.
Strzepnąłem ją drugą ręką i spojrzałem w niebo.
- Chyba można napisać o mnie dramat.
- A więc jednak ci zależy. - Usłyszałem znajomy głos.
- A co jeśli ten facet uwalił twojego ojca za spóźnianie się, co? - Zapytałem odwracając się na ziemi w jego stronę. - DNA to taki narodzinowy testament.
- Wiesz mi, że żebyś mógł dostać to, czego pragniesz, jeszcze wiele będziesz musiał przełknąć. - Powiedział i wstrzymał w sobie śmiech. - Chodź za mną.
Zmarszczyłem brwi, wstałem i otrzepałem się z piasku i ziemi.
Ruszyłem za Igrekiem. Każdy człowiek się za nami oglądał, jakbyśmy spiskowali jakiś atak terrorystyczny na Amerykę. Swoją drogą, myślę, że niedługo stanie się coś podobnego, osobiście nie wierzyłbym, że tak wysokie budowle mogłyby przetrwać dłużej niż dziesięć lat. Zawsze znajdzie się jakaś psuja. Zakład?
Szedłem metr za nim. Dopiero w trakcie wycieczki zauważyłem, że Igrek ma na sobie białą, nieco brudną koszulę, że niby taki strój odświętny czy inny syf. Nie skomentowałem tego, nie miałem na to siły. W pewnym momencie mój towarzysz przystanął, porozglądał się dookoła i ruszył pomiędzy dwie, wyglądające na opuszczone, średniej wielkości chatki, za którymi zaczynała się armia wysokich, wysuszonych krzaków. Szedłem za nim, po raz kolejny przy tym charatając się o każdy krzak.
Po parunastu metrach, Igrek ponownie się zatrzymał i kucnął. Rejestrowałem każde jego poczynanie. Pociągnął nosem i zaczął ruszać rękami po piaszczystej powierzchni, która po chwili ukazała podziemne wejście zbudowane z dwóch drewnianych drzwiczek. Igrek chwycił za nie zamaszyście i otworzył, ukazując prowadzącą w dół podniszczoną, drewnianą drabinę.
- Co? - Zapytałem lekko niedowierzając. - Skąd...
- Odkryłem to miejsce niedługo po przybyciu tutaj. Tak jak ty, musiałem przecież znaleźć miejsce do schronu.
- Jak chronisz się przed nieproszonymi gośćmi, kiedy jesteś już w środku?
- Chodź za mną.
Chciał puścić mnie w dół pierwszego, ale nie powzwoliłem mu na to. A ten tylko się uśmiechnął i zaczął schodzić pierwszy, a ja zaraz za nim.
- Tylko nie zamykaj drzwiczek. - Powiedział. - Bo nie będę cię potem reanimować.
- Nie liczę na to.
- A więc wiesz, że nie mam na to papierów?
Gdy zeszliśmy na dół, naszym oczom ukazało się spore, ciemne pomieszczenie.
- Stwórca miejsca, które chcę ci pokazać, chciał, aby korzystać z niego, mogli jedynie smakosze własnego mięsa. - Mówił patrząc w nicość. - Dlatego wejście do środka tego pomieszczenia zostało utrudnione. Wprawdzie nie byłem tym kim jestem, gdy rozwiązywałem tę zagadkę, ale udało mi się tam dostać nie ponosząc żadnych szkód. Podrasowałem to miejsce, jednak główna część pracy nie należy do mnie, choć działa nieco inaczej, niż za czasów jego pierwotnego stwórcy.
- Jest tu jakiś włącznik światła?
- Zrób kilka kroków do przodu, wkrótce jakieś światło powinno ci się ukazać. Działa tu pewien mechanizm. Ale spokojnie, nie zginiesz.
Posłuchałem. Przeszedłem ze cztery metry. Wdepnąłem w coś. I nagle coś zleciało z sufitu. Odskoczyłem i wytrzeszczyłem oczy.
- Co do...
- Nieźle ci poszło. Ja zdarłem gardło. Wszystko co tutaj zobaczysz jest wynikiem pracy człowieka. A gdybyś nie wiedział, po prostu nadepnąłeś na płytę.
- Wiadomo co się z nim stało, gdzie jest?
- Niewiele udało mi się o nim dowiedzieć. Ale wszystko w swoim czasie, może kiedyś. Chodź, przyjrzyjmy się temu z bliszej odległości.
Przełknąłem ślinę. Ruszyłem wolno do przodu.
Z sufitu wyskoczyły cztery różne wyglądem, lecz podobne wielkością i solidnie zrobione z wosku lalki. Nad nimi zwisała żarówka stanowiąca jedyne źródło światła, poza otwartym wyjściem, z którego i tak nie wiele padało już blasku.
- Może zrozumiesz lepiej, jeśli przyjrzysz się nieco bardziej ścianie na końcu. - Powiedział.
Oczywiście światło żarówki nie należało do najmocniejszych i na owej ścianie wiele nie widziałem. Spojrzałem pytająco na Igreka.
- Mnie nie pytaj. Rozejrzyj się nieco dookoła.
Westchnąłem. Pokręciłem głową i spojrzałem na lalki. Każda z nich zwisała na długim sznurze obwieszonym w okół szyi. Każdy sznur wychodził z z metalowych rur. Podszedłem pod rury, aby spojrzeć, czy nie zobaczę niczego wyżej, ale ujrzałem jedynie ciemność. A teraz wymienię ci te cholerstwa począwszy od lewej strony: owinięta w papier toaletowy lalka miała chyba przedstawiać dziewczynkę, której środek głowy był wygolony z włósów, co przyprawiało mnie o mdłości. Reszta długich włosów zwisała jej z boków głowy. Miała wściekłą twarz (której policzki opuściły swoje miejsce zamieszkania), a oczy, jakby nie spała od czasów własnego porodu. Jej zęby były białe i zaciśnięte; następna lalka wyglądała na przedwcześnie starzejącego się nastolatka, którego twarz sprawiała wrażanie zrobionej z siedmiu nieszczęść. Ubrany był w szarą bluzę z kapturem i potargane jeansy, stopy wyposażone miał w dziurawe skarpetki. "Skóra" opadała fałdami i lalka wyglądała jak człowiek-mops. Usta miał lekko utwarte, nie ujrzałem jednak uzębienia; po lewej stronie starego mopsa wisiała opasła lalka, przedstawiająca...może szesnastoletniego chłopaka. Nie miał na sobie nic, poza białą pieluszką. Lalka była tak dobrze zrobiona, że zwisające fałdy tłuszczu wyglądały jak prawdziwe (szczerze, to do dziś się zastanawiam, czy nie pochodziły od żywej istoty). Twarz i tors lalki usmarowane były chyba z jajecznicy, nie wiem jak ten człowiek to zrobił, ale byłem godny podziwu; ostatnia lalka również przedstawiała młodego człowieka, łysego, bladego i ubranego w garnitur, z nieobecnym wyrazem twarzy. Czerwony krawat leżał tak samo nieruchomo, co i reszta ciała lalki. Co za niespodzianka, prawda?
- Znalazłeś coś? - Zapytał Igrek.
- A widziałeś, żebym szukał?
- Wpatrywałeś się w te lalki jak w obrazek. Myślałem, że może coś przykuło twoją uwagę.
- To prawda, najbardziej te cztery lalki - o tutaj! Ze wszystkich czterech lalek, te cztery wypadły najlepiej!
- Skup na chwilę łeb. Popatrz tu i tam, pomyśl...
- Tam jest ciemność. - Powiedziałem wskazując palcem. - I tam też.
- Iks! Do cholery, współpracuj!
Prychnąłem, wyrzucając z ust solidną falę śliny, ale finalnie zacząłem się nieco bardziej skupiać.
Przypatrzyłem się uważnie lalkom. Pierwszej, drugiej, trzeciej i czwartej. Na każdą gapiłem się i nie spuszczałem wzroku, słysząc międzyczasie tylko dźwięk obgryzanych przez Igreka paznokci u rąk. I moje prawe oko nareszcie coś dostrzegło. Z pępka grubej, usmarowanej jajecznicą lalki coś lekko wystawało, było malutkie i ledwo to dojrzałem. Przełknąłem głośno ślinę i ruszyłem ręką w stronę znaleziska. Do dziury opasłego brzucha wcisnąłem trzy palce. Była tłusta, jakby usmarowana była z jakiegoś śluzu, który później został mi na palcach. Wzdrygnąłem się i zacząłem wyciągać.
Wyciągnąłem malutki, czarny, stalowy kluczyk.
Nie pytałem Igreka o zdanie, nawet na niego nie spojrzałem. Zerknąłem tylko na twarz grubej lalki, po czym poszedłem za woskowe wytwory, aby poszukać kłódki, zamka, czegokolwiek. Byłem pewny, że to nie koniec czynności, które będę musiał wykonać. Trudność zadania przestała mieć dla mnie znaczenie. Przed oczami miałem worek z pieniędzmi, który wsiada do odjeżdżającego pociągu. Motywacja była więc na wysokim poziomie.
Minęło parę metrów, a mój but znów na czymś głęboko osiadł, a to odpaliło następną żarówkę w dalekim ode mnie kącie. Oświetlała zawieszone na ścianie małe pudełko. Ruszyłem w jego stronę. Przystanąłem i wsadziłem klucz do kłódki trzymającej wieczko, po czym przekręciłem zamek. Podniosłem tekturową górę pudełka. Z całą pewnością nie zgadłeś, że było tam...
- Oko? - Powiedziałem do siebie i zmarszczyłem brwi.
Nie myślałem długo. Rozprawiłem się z okiem wkładając kciuki między źrenice. Minęło parę prób, ponieważ oko cały czas wyślizgiwało mi się z rąk. Wreszcie udało mi się włożyć kciuki głęboko w gałkę, a te zarejestrowały odczucie jakiegoś twardego przedmiotu. Rozerwałem gałkę do końca i wyjąłem następny klucz. Nieco większy, niż ten poprzedni. Mniejszy wsadziłem sobie do kieszeni spodni.
- Macie tu prąd? - Zapytałem Igreka.
A ten tylko parsknął śmiechem i więcej się nie odezwał.
Wziąłem głęboki oddech i wolno wypuściłem powietrze. Spojrzałem na pozostałości po oku, które nadal trzymałem w ręce. Pokiwałem głową do własnych przemyśleń, po czym wyrzuciłem szczątki gałki ocznej w ciemność. Ruszyłem ponownie do lalek. Przeszywałem je wzrokiem, wszystkie cztery. Mój umysł nieco drżał, ale wiedział, co ma robić.
- Od początku. - Powiedziałem do siebie.
Wyjąłem nóż i wydłubałem nim oko pierwszej z lalek, począwszy od tej z wygoloną na środku głową. Przepołowiłem je, ale nic nie znalazłem.
- Do końca. - Powiedziałem ponownie do siebie.
Wydłubałem następne oko i znów niczego nie znalazłem. Potem przyszła pora na starego w szarej bluzie i opasły młody tłuszcz.
- Nic? - Powiedziałem. - Cholera.
Została ostatnia lalka. Lekko podirytowany po prostu wydłubałem jej lewe oko, aby mieć to ewentualnie z głowy. Lecz i tam nic nie odnalazłem.
- Agrr! - Krzyknąłem wypełniony wściekłością i wsadziłem nóż w ostatnie oko jakie pozostało. Dziób noża nareszcie natrafił na coś twardego. Wyjąłem oko i wyrzuciłem w przestrzeń jego resztki.
- Kłódka? - Zapytałem się siebie lekko niedowierzając.
Była bardzo malutka, z resztą - nie mogłem spodziewać się niczego innego, oczy każdej z lalek były może nieco mniejsze od ludzkiego oka. Wsadziłem do niej kluczyk i otworzyłem ją oczekując przy tym chyba cudu.
Na który przecież sobie zasłużyłem, prawda?
I doczekałem się. W dziurce na blok kłódki znalazłem malutki rulonik papieru. Wyjąłem go i przeczytałem na głos drobny druk, przykładając go wcześniej pod światło żarówki:
- Od lewej...Dee...Willes...Pope...Tao...
Przełknąłem ślinę i wlepiłem wzrok w lalki.
- Jak widzisz, stwórca tego miejsca zadbał o każdy szczegół, najprawdopodobniej bez wyjątku. - Powiedział Igrek podchodząc do mnie. - Nie mam pewności, bo istnieje możliwość, że sam nie dopatrzyłem każdego szczegółu, jaki wytworzyła jego siła motoryczna.
Nie odpowiedziałem. Zastanawiałem się, co mam robić dalej. Spojrzałem na karteczkę. Odwróciłem ją.
Ujrzałem rysunek przedstawiający pionową kreskę, którą w poziomie przecinała inna zakończona daszkiem. Pod kreską pionową dużymi literami napisane było słowo "odraza".
- Mechanizm? - Powiedziałem niewiadomo do kogo i spojrzałem na lalki.
Wpatrywałem się w rysunek. Chciałem się upewnić, czy na pewno dobrze zrozumiałem jego znaczenie.
- Prawdopodobnie tylko jedna może upaść. Która?
Gapiłem się na nie wszystkie przez kilkanaście sekund, ale wszystko wskazywało na jedno.
- Sayonara, Pope. - Powiedziałem i zacząłem ciąć sznur, na którym zwisała tłusta lalka, aż ta spadła bezwładnie na grunt.
I w tym samym czasie - pod ścianą na końcu wypadł plastikowy, zbudowany z czterech połączonych ze sobą kolumn blok. Na każdą kolumnę przypadały cztery całkiem spore sześciany. Razem z blokiem o grunt trzasnęła jakaś plastikowa część z sufitu. Podszedłem bliżej. Jeszcze wtedy nie wiedziałem dokładnie z czym mam do czynienia, więc chwyciłem całkiem solidny blok do rąk i ustawiłem go tak, aby światło żarówki przy lalkach mogło nadać mi więcej zrozumienia. Blok zbudowany był z drewna i w wielu miejscach miał głębokie nacięcia i rysy co pozostawiało po sobie jakiś pył. W boku bloku widoczne było dość małe, okrągłe wejście, jednak wtedy nie byłem do końca pewny, do czego może służyć. Zdziwiony tym, co spadło z góry, podszedłem pod ścianę i spojrzałem w tymże kierunku. Oczywiście ujrzałem tam wylot. Zaczynałem się jednak zastanawiać, jak będąc nie tak nisko pod ziemią, ten ktoś mógł zamontować to wszystko u góry. Stwierdziłem, że może to mieć więcej głębi.
Myślałem też, czy poza jedną sześcienną niespodzianką wyleci wiecej podobnych. Zacząłem dokładniej oglądać blok.
- Co to jest? - Powiedziałem spoglądając na sześciany.
Na bloku widoczne były wyrazy. I cyfra. Wszędzie, poza jedną ścianą z wylotem, na której nie było nic zapisane.
- Wierzenia...Mięsa...Zdzierają? - Wykrztusiłem nieco rozbawiony. - Jaki to ma związ...
I nagle poczułem się, jakby ktoś strzelił mi w łeb, a zawartością pistoletu była prosta jak kostrukcja człowieka odpowiedź.
- Kostka Rubika... - Powiedziałem cicho i spojrzałem na lalki. - Od tego jest to wejście. Bloków jest więcej, muszą się łączyć.
Spojrzałem na lalki. Przełknąłem ślinę, wyjąłem ponownie nóż i zacząłem ciąć każdy sznur. Każda lalka musiała trzymać ciężar w postaci następnego bloku. Na wcześniejszej kartce człowiek sam miał stwierdzić, kto jego zdaniem jest odrazą. A ta kostka z pewnością posiadała zagadkę, którą mimo jej dość chorej struktury, chciałem rozwiązać z poziomem chęci prawie tak samo równym jak poziom ochoty na pozyskanie brzęczącej sakiewki.
No...Może trochę przesadzam.
Lalki spadały z łoskotem, jedna po drugiej. A zaraz po każdym ściętym sznurze słyszałem dźwięk następnej plastikowej części z sufitu, a zaraz po niej odgłos uderzania bloku o grunt. Gdy ściąłem już wszystkie lalki, zacząłem znosić każdy z bloków pod światło żarówki. Po zgromadzeniu wszystkich połączyłem je plastikowymi rurkami wychodzącymi z bloków.
Każdy z bloków posiadał przeróżne nacięcia.
Zacząłem wpatrywać się w sporawą kostkę. Każda strona była tego samego koloru. Na każdej stronie, na szesnastu bokach sześcianu napisany (prawdopodobnie palcem zanurzonym w atramencie) był jeden wyraz, nie licząc czterech cyfr, oraz wielkich liter zakończonych kropkami - również czterech.
- Nie jesteś chirugiem plastycznym, więc możesz nie wiedzieć. - Powiedział Igrek podchodząc do mnie. - Każda strona kostki jest innego koloru.
- Innego? - Zapytałem podnosząc głowę.
- Operacje plastyczne to sztuka. Umiejętność rozróżniania kolorów również musiałem pozyskać.
- I czym się różnią?
- Te, które masz przed sobą - są po prostu różnymi odcieniami koloru białego. Nawet jeśli ci powiem czym w istocie się różnią, to w rzeczywistości nic ci to nie powie. Ale musisz wiedzieć, że te odcienie nie wyglądają tak samo.
Zmarszczyłem brwi i spojrzałem znowu na kostkę.
- Mam ułożyć zdania z tych wyrazów? Na każdej stronie są przynajmniej z trzy różne części mowy. Skąd myśl, że dam radę ułożyć je poprawnie przy takiej liczbie możliwych kombinacji?
- Wiesz, że Indianie istnieją do dziś? Że tak prymitywne zwierzęta są w stanie zamieszkiwać tę diabelską kulę i mimo to przeżyć tyle wieków?
- Pan "stworzyłem wszystko więc całujcie mi łokcie" mimo wszystko ma u ciebie zaufanie, choć wrzucił cię do najbardziej śmierdzącego kubła na bieliznę?
- Mają wiele kultur, własnych bogów, ale nie potrafią zapanować nad zazdrością i gniewiem, chyba, że zasłużyłeś sobie na szacunek, co i tak nie raz może doprowadzić cię do ognistego stosu.
Spojrzałem na niego i westchnąłem, po czym powiedziałem:
- Życie to żart Boga, przepełniony czarnym humorem. W każdej sekundzie jesteś przez niego wyśmiewany, w każdej! Jeśli leją się deszcze, to znaczy, że rozbawiłeś go do cholernego płaczu, śnieg pokazuje jego nastawienie do nas. Jak ma ochotę, to nadstawia nad nami swój łeb i wyskrobuje łupież, abyśmy mogli lepić bałwany, czyli symbole ludzkiego umysłu, który nie raz, nie dwa, będzie idiotą, bo tak celowo został skonstruowany. Jeśli za dobrze ci idzie, to uroczo zaprasza pod koła ciężarówki. Wszyscy jesteśmy aktorami w najczarniejszej komedii, jaka kiedykolwiek powstała. Szkoda tylko, że nikt nam nie płaci. - Powiedziałem i spojrzałem z powrotem na kostkę.
- Jedna dziesiąta procenta genetyki odmienia każdego z nas. A jednak wszyscy kłamiemy. Jakbyśmy byli skazani na konflikty...
- Ten nad nami lubi filmy akcji.
- Jest konflikt - jest i wojna. Jeśli człowiek ucieka się do przemocy, oznacza to, że umysłem zrobił już wszystko co umiał. - Mówił chodząc dookoła mnie. - Indianie nie tolerują odmienności zdań, dlatego też są podzieleni między sobą i starają się żyć z daleka od innych klanów. Ale jeśli już się spotkają - nie mają dla siebie litości.
- Człowiek lubi pozbawiać się życia. Ale co może o tym wiedzieć pracownik szpitala z ojcem-samobójcą? - Zapytałem i pociągnąłem nosem.
- Indianie mimo wiary w bóstwa pozwalają sobie na wiele. Tak naprawdę rzadko przestrzegają wiary, chyba, że posiadają szamana. A nie każdy klan go ma. Jest jednak coś, czego Indianie nie potrafią nie przestrzegać.
Spojrzałem na niego.
- Klany nie tolerują zdrajców. Każdy trzyma się u siebie. W końcu ból, to ból, prawda?
Patrzył na mnie tak, jakbym oczekiwał refleksji po wielkiej mądrości jaką mi przedstawił. Źrenice mu się powiększyły i wyglądał jak przeciętna mężatka wpratrująca się w "fenomenalną promocję" na łopatkę wieprzową.
Patrzyłem na niego oparty o kostkę, mając przy tym podniesione brwi. Usta lekko mi się otworzyły. Staliśmy w milczeniu przez jakieś dziesięć sekund, po czym zamknąłem usta i skierowałem wzrok z powrotem na kostkę.
A on sam nie ruszył się z miejsca. Czułem na sobie jego wzrok, jak spływa po moich plecach. Zastanawiałem się, po co mi o tym wszystkim wspominał. To brzmiało tak nie do tematu, że zacząłem rozmyślać o tym, co może się stać ze mną, gdy tylko spróbuję wędzonej łydki.
To wszystko wprowadziło mnie w "opary absurdu", które zaniosły mnie na wycieczkę po przemówieniu Igreka. Jechałem tirem przez szalone równiny wypowiedzianych przez niego słów. Odór stęchłego mięsa wiał mi w twarz, ale nie poddałem się mu i jechałem dalej. Przejeżdżałem słowo po słowie na nowo próbując zrozumieć cały ten farsz, aż wreszcie zrobiłem ostry zakręt w prawo i jak po rampie przejechałem po słowach stworzonych przez własny umysł, a mianowicie:
- O CO TU CHODZI!? - Wydarłem się nieświadomie cały czas żyjąc życiem za kierownicą tira.
Wyjechałem poza rampę i leciałem. Leciałem parę sekund, aż uderzyłem o autostradę. Z daleka zobaczyłem metę z jakimś napisem. Dodałem gazu i drząc się na maksymalnej ilości decybeli przeczytałem przed metą zdanie:
- Klany nie tolerują zdrajców... - Wyszeptałem i spojrzałem na Igreka.
A ten tylko lekko się uśmiechnął i zaczął przemierzeć podziemne miejsce.
Zabawne, że tyle rzeczy stało sie tylko po to, żebym zrozumiał, że każde słowo na danej stronie kostki należy tylko do tej jednej strony i nie są one wymieszane po wszystkich ścianach.
- Dlaczego to zrobiłeś? - Zapytałem podejrzliwie.
Nie widziałem go, ale usłyszałem go z tyłu:
- Nie było szans, abyś mógł zauważyć różnicę kolorów, ale mimo wszystko chciałem, żebyś nieco popracował mózgownicą.
- A gdybym był tu sam? Dlaczego mi to ułatwiasz? - Powiedziałem i zacząłem szukać go wzrokiem w ciemności.
- Szczerze? - Usłyszałem z nikąd.
- I tak wszyscy kłamiemy. - Powiedziałem rozkładając ręce.
- W tempie twojej pracy mogę nie tyle nie przybyć na odejście moich bliskich, ale i sam zacząć wykopywać sobie dół.
- Może od razu zarezerwujesz nam zgony? Mam wolne czwartki.
I po tych słowach skupiłem się na zagadce. Wszystkie słowa, cyfry, znaki...Wszystkie miały znaczenie. Wszystkie musiały być odpowiednio dopasowane.
Wypuściłem powietrze z ust.
- Zacznę od cyfr. Czy coś mi mówią...
- Potrafisz to zrobić? Wiesz jak się zająć kostką Rubika?
- Zadanie ułatwione mam do tego stopnia, że wystarczy ułożyć jedną ściankę i ją zapamiętać, nie martwiąc się o to, czy reszta ścianek jest dobrze ułożona. Tylko pamięć gra tu rolę.
- Dwadzieścia cztery różne zdania?
- Dwadzieścia dwa. Jest jeszcze liczba i coś, co nie bardzo wiem jak nazwać. No i pozostała mi jeszcze jedna przeszkoda.
- Co jest nie tak?
- Połączenie bloków jedynie za pomocą plastikowej rurki nie pozwoli mi na pełną swobodę w jej układaniu. Właściwie to w takim wypadku nie da się jej ułożyć.
- Wiesz... - Powiedział i kaszlnął. - Geniusz tkwi w prostocie.
Zastanawiałem się przez chwilę i chwyciłem ręką za jeden z sześcianów. Zacząłem ciągnąć, a ten zaczął się odklejać.
- Co to jest do diabła? - Zapytałem z obrzydzeniem.
Sześciany były do siebie przyklejone jakąś brudną, galaretowatą substancją, która z pewnością nie służyła w domach jako środek do odświeżania powietrza.
- CO TO JEST? - Zapytałem raz jeszcze.
- Pamiętaj, że chcesz czy nie, rozum zna odpowiedź na każde pytanie, różnie to bywa, czasem sam jest odpowiedzią, czasem...
- Igrek, błagam!
- Chyba kochasz to co kochasz? - Powiedział i wyobraziłem sobie jego wyraz twarzy przedstawiający wielkie oczy i podniesione brwi, a do tego ta retoryczna wypowiedź...
Złapałem się za twarz, powoli miałem go dość.
I na moje nieszczęście - jego odpowiedź znów nie była jednoznaczna.
Rozum był odpowiedzią.
- Chryste Panie, co za syf... - Powiedziałem i odruchowo złapałem się za usta zaczynając się uspokajać.
Gdy już ochłonąłem - odstawiłem sześcian na miejsce i zabrałem się do pracy. Spojrzałem na ściankę, którą miałem przed sobą. Cztery cyfry.
- Dziewięć...Siedem...Jeden...Dwa...
Kompletnie nic mi to nie mówiło. Choć stwierdziłem, że może tu chodzić po prostu o jakiś rocznik. Wypróbowałem kilka kombinacji, ale najbardziej zwróciłem uwagę na jeden:
- Tysiąc dziewięćset dwadzieścia siedem... - Powiedziałem do siebie.
Zszedłem niżej wzrokiem.
- Był...wierny...wierze...Antagonista. Duża litera. A niżej? Wierny...założeniom...był...Człowiek.
Stawiałem na to, że te słowa są początkami zdania. A zaraz potem zauważyłem coś jeszcze.
- Co, jeśli to działa na podstawie jakiegoś systemu?
Przyjrzałem się słowom.
- Trzy różne części mowy...
Po chwili rozmyślań stwierdziłem, że na myślenie o kolejności przyjdzie czas, a szare komórki muszą ogarnąć...
- "E.H.O.M"? Co to jest do cholery? Rocznik...A jeśli to jeden wyraz? "Ehom"?
Oparłem twarz o kostkę. Kaskada myśli zbiegała z mojej głowy, do której nagle przyszedł mi pomysł na najprostszą czynność.
Przeczytałem wyraz od tyłu.
- "M.O.H.E". Coś mi to...
Następna kula, następne olśnienie.
- Wojna domowa w Chinach! Tysiąc dziewięćset dwadzieścia siedem to data rozpoczęcia wojny skośnookich żółtaczek...Mohe...
Jeszcze raz wytężyłem mózgownicę.
- Myśl, myśl...Co mówiła ta stara prukwa na zajęciach...
Ten dział był jednym z tych, o którym lubiłem słuchać siedząc w ławce w zgniłym brukowcu. Jednak w tamtym momencie nie pamiętałem za wiele.
Spojrzałem na słowa do ułożenia.
- Antagonista...Wojna...Człowiek, wiara, założenia.
Uznałem, że jeśli szlag mnie trafi, to tylko przez poziom mojej oszalałości za pieniądzem, ale stwierdziłem, że odczekam z tą częścią kostki do końca, bo być może odpowiedź znajdę ciut dalej.
Udźwignąłem kostkę do góry i obróciłem ją na byle jaką stronę. Tym razem przed oczy dostałem szesnaście różnych wyrazów.
Pozwól, że przedstawię ci to, co dostałem na tej stronie:

1. Głośnych przestrzeni ściany splamione
2. Żałosych pachołków dłonie spierzchnięte
3. Zimnych nut głosy zmrożone
4. Gorzkich końców godziny zaludnione

- A więc system istnieje. Albo ten ktoś chce, żebym tak myślał. Po części wydaje się to nawet logiczne, przez co nadjeżdża myśl z zapytaniem, czy aby na pewno powienienem to przekształcać...
Podrapałem się po głowie.
- Ostatnie słowo czwartego zdania wprawia w wątpliwości. To może być punkt oznaczający fakt, że choć zdania brzmią na swój sposób logicznie, to jednak nie są one sformułowane poprawnie. Ale system istnieje, a przynajmniej za jakiś czas powinienem otrzymać odpowiedź.
Jednak zanim wziąłem się za przekształcanie, przeczytałem zdania parę razy. W głowie od razu pojawił mi się obraz zmarzniętych na kość ludzi, prawdopodobnie wrzeszczących, i których czas załośnie się kończył, dzięki czemu moja teoria na temat chińskiej wojny zdawała się być właściwa, ale nie zaakceptowałem jej tak po prostu.
I gdy tak sobie myślałem, stwierdziłem, że cztery ohydne główki, którym wydłubałem oczy - mogą być bohaterami tego, co opisuje kostka. Jednak świadomy byłem, że wszystko wymaga solidnego potwierdzenia.
Nie walczyłem w końcu o byle co.
Nie będę opisywał ci całego procesu wszelakich wrzasków, gdy moje nerwy wychodziły poza orbity oczu, bo nie ma sensu przedstawiać ci tych wszystkich onomatopei.
Ale tak czy inaczej, po bliżej nieokreślonym czasie i po pogrzebie paru komórek podczas układania ściany kostki, całość wyglądała tak:

1. Zimnych przestrzeni ściany zaludnione
2. Gorzkich pachołków dłonie zmrożone
3. Głośnych nut głosy spierzchnięte
4. Żałosnych końców godziny splamione


Pamiętam, że podczas wzrokowego czytania ułożonych już zdań, nie czytał tego bezpośrednio mój własny głos. Do dziś nie wierzę, że mogła to być robota stwórcy, ale odzywały się cztery głosy na raz, doskonale wiem, że teraz mówi ci to wszystko. Usłyszałem dziecięcy, starczy, niedojrzały i podłamany płaczem kobiecy głos. Wszystkie wybrzmiewały na raz. Wszystkie czytały to samo. Czy chciałem, czy nie.
Dla mnie to był dowód.
Uruchom teraz własną wyobraźnię. I co zobaczyłeś? Zimny, że jasna cholera pokój? To trafiłeś w dobre miejsce.
Umownie, ale udało ci się.
Wtedy jeszcze nie miałem tego tak dobrze utrwalonego, ale dziś wiem, że podczas owej wojny wiele osób pozamarzało na śmierć (Mohe okazało się być jedną z zimniejszych sfer krainy żółci) i chętnie opuszczało nasze kuliste miejsce. No ale co zrobić - nikt nie jest doskonały.
Wracając - co jeszcze zobaczyłeś? Wspominałem o lalkach. Ujrzałeś je? Jak leżą pod ścianami pomieszczenia i drżą z zimna, a mimo wszystko są w stanie krzyczeć?
Według kostki godziny były splamione.
A czymże innym niż krwią?
"Gorzkie pachołki" najprawdopodobniej przedstawiają istoty przepełnione tak zwanym "gorzkim płaczem".
W tamtym momencie, choć jeszcze zbyt daleko nie zaszedłem, zaczynałem podejrzewać, jak może się potoczyć dalsza akcja lalek, wierząc już, że w tej historii miały swój udział.
Wzdrygnąłem się nieco i obróciłem kostkę na następną nieznaną mi stronę.


1. Egoizm pożera mięsa tłuste
2. Oczy widzą wierzenia ludzkie
3. Pragnienia zdzierają skóry ciężarne
4. Głód zatapia przyjaźnie szare


Fala nowych dylematów i przemyśleń namierzyła mnie i zmusiła do pracy.
- Skóry cieżarne brzmią, jakby wszystkie obecne tam osoby były ociężałe i tłuste jak...Pope. Bezpośrednie określenie?
Przetarłem oczy i wczytałem się w wyrazy.
- Drugi ciąg wyrazów brzmi całkiem logicznie. Dlatego powinienem wziąć go na pierwszy ogień. Pierwszy ciąg również do najgłupszych nie należy. Trzeba wypróbować tych wszystkich kombinacji.
Wysiliłem się, raz wydarłem, ale ukończyłem tę część.


1. Głód pożera wierzenia ludzkie
2. Oczy widzą mięsa tłuste
3. Pragnienia zdzierają skóry szare
4. Egoizm zatapia przyjaźnie ciężarne

Przyznam, że w tamtym momencie mój mózg malował obraz zdań jak jakiś pieprzony Picasso.
Pierwsze zdanie może dać znak świadomości, że siedzące w pomieszczeniu istoty po całym okrucieństwie, którego doświadczyły, nie mają już zaufania do tego starego z góry, a do tego ich ciała, choć u większości chude - zaczynały wyglądać jak świeże, obklejone gęstym tłuszczem żarcie. Stwierdziłem, że znów sugerowany mógł być tutaj Pope.
Pragnienia tych ludzi były tak silne, że aż sprawiały ból, być może jeszcze wtedy próbowali się powstrzymać od "nieetycznych myśli" jeżdżąc paznokciami po skórze.
Jak widać - ból pomaga. Jeszcze jakieś zastrzeżenia co do mojego zawodu?
Ale czwarte zdanie pokazuje, że emocje zawsze biorą górę. Przyjaźń traci swoje znaczenie.
Zabawnie, prawda?


1. Ciężki wybór miażdży ciało
2. Słaby umysł wgniata czaszkę
3. Zasłużona szubienica ciągnie zwątpienie
4. Perfidny czyn rodzi noworodka



Ciężki wybór?
Pope ponownie powitał rozdroża mojej biednej czachy.
- Noworodek...
Na wcześniejszej ułożonej przeze mnie stronie mogłeś zauważyć, że "ciężarne skóry" zmieniły się na "ciężarne przyjaźnie".
Sens od razu nie odpadł, prawda?
Ale jeśli tylko przeczytałeś słowo "noworodek", to cały były sens zapewne odejchał i nawet ci nie pomachał.
- Szubienica ciągnie zwątpienie? No i co z nim? Dusi się i koniec? Czas na szczęśliwie zakończenie?
Nie znosiłem ich, bo wszystkie były żałosne.
- Nie wiem jak słaby umysł mógłby wgnieść czaszkę. Chryste, a może twórcą jest polonista?
Ponowne wrzaski. Przyznam, że umysł powoli zaczynał mi się nieco szargać, co wcale mnie nie dziwiło.
Duże, ciemne miejsce z jedną świecącą żarówką (druga przy wiszącym pudełeczku podejrzanie straciła swój blask) no i świadomość, że w tym samym pomieszczeniu egzystuje sobie ciemny Japończyk, a na dodatek słyszysz jego dziwnie ciężki oddech, który nie raz, nie dwa wybijał cię z myśli i to właśnie na niego leciała większość twoich wrzasków. Na dodatek tam, gdzie jesteś - jest okropnie zimno i zaczyna cię brać katar, co chwilę siąpisz nosem, ocierasz go dłonią. Nie znoszę połykać glutów, dlatego co chwilę wysmarkiwałem je gdzieś obok.
Czułem się powoli jak kobita z okresem.


1. Ciężki wybór wgniata czaszkę
2. Słaby umysł miażdży ciało
3. Zasłużona szubienica ciągnie noworodka
4. Perfidny czyn rodzi zwątpienie



W tym miejscu niestety moje założenie o systemie nieco podupadło, choć ta strona mogła być zwyczajnym wyjątkiem. To odczucie z pewnością należało do tych zaplanowanych przez stwórcę.
Jesteś w tym samym zimnym miejscu i widzisz ich. Jak ogarniające ich odczucie głodu hipnotyzuje ich małe główki. Wiedzą, co należy zrobić.
Ale los chciał, żeby rodzice wychowali ich na dobre dzieci. Niestety, starego z góry nie oszukasz.
Nieważne, czy byłeś najsłodszym i najbardziej posłusznym dzieciakiem na kuli. Fakty życia zrozumiesz dopiero wtedy, gdy wyjdziesz z walizką poza próg domu, w którym mieszkałeś przez ostatnie dwadzieścia lat.
A ON - zawsze zrobi coś, żeby uprzykrzyć ci życie, bo ma gość racje - nieszczęście bawi, że MÓJ BOŻE.
Ta strona kostki informuje nas ponownie o tym, że przyjaźń łącząca prawdopodobnie wszystkie tamtejsze osoby przestała mieć znaczenie. Co można rozumieć przez "ciężarne przyjaźnie"?
Jej ewolucję.
A i ona została skazana na śmierć.
- Perfidny czyn. Więc dokonał się.


1. Dusze blade ostro rozcinane
2. Mięsa chore chciwie zabierane
3. Diabły czarne wyśmiewają życia
4. Rozumy krwawe opuszczają wiarę


Wyjaśnień pora.
Czy wiara opuściła w pełni swoje miejsce pracy? Tak wynika z nieułożonej części. Kto jednak zaczął swój etat?
Miłość do białka.
Jak by inaczej człowiek mógł postąpić? Piramida Maslowa mówi nam wszystko. Jeśli jedna z potrzeb nie jest dokonana, to reszta wyższych nie ma szans na własną egzystencję.
A ich organizmy były o tym poinformowane.
- Dla śmiechu wszystko, prawda? - Powiedziałem patrząc w górę.
Ta część kostki nie musiała zostać ułożona, aby wiedzieć, że ktoś ewidentnie zaczął być odbierany jako zestaw z Burger Kinga.
Dwa wrzaski, bo dwa razy uwaliłem się tą mięsną galaretką, której na dodatek nie miałem za bardzo gdzie wytrzeć, ale koniec końców skorzystałem z garnituru Tao.



1. Dusze czarne ostro rozcinane
2. Mięsa krwawe chciwie zabierane
3. Diabły blade opuszczają życia
4. Rozumy chore wyśmiewają wiarę


Nie ma tu wiele do wyjaśniania. Ale to wszystko pokazuje, że wkroczenie do akcji było tak tyrańskie, że sam wrzód wrzodów - Lucyfer - mógł zacząć uznawać się w tej dziedzinie za prymitywa.
Być może stwierdziłeś, że tamtejsze "diabły" po prostu odwaliły swoje i wyszły ze zlodowaconych ciał, ale nie są to byle jakie diabły.
Są to diabły, które ze strachu zasyfiły grunt. Nie wiadomo jednak, czy blade były ze strachu, czy wstydu.
Ostatnie zdanie mówi samo za siebie.
Zacząłem obracać kostkę i okazało się, że została mi ostatnia strona. Straciłem rachubę po tsunami przemyśleń, które przeżywałem.
Ale cieszyłem się. Od nachylania się nad kostką powoli zaczynał mnie boleć kręgosłup.



1. Brzmienie podstawy ciężko zapada
2. Strzał narzędzia rażąco opada
3. Nos igielnika ochoczo łyka
4. Śnieg wapnia idyllicznie zaprasza




Załóżmy teraz, że zrobisz coś dla mojej uroczej osoby, a za samą próbę dostaniesz zniżkę na żelazny knebel.
Nie za wysoką...
Ale przecież czego się nie robi dla uciszenia gderającej macochy?
Możesz spróbować ułożyć tę część.
Choć i tak jesteś kontrolowany przez lenistwo.
Czytałem te zdania po parę razy za każdym rozumiejąc trochę więcej.
W tamtym momencie karuzela myśli zastygła w bezruchu. I usłyszałem to. Dźwięk, jak pisk kręcącego się metalu zakańcza swoją symfonię.



1. Brzmienie narzędzia ciężko opada
2. Strzał podstawy rażąco zapada
3. Nos igielnika idyllicznie zaprasza
4. Śnieg wapnia ochoczo łyka



Trzecie zdanie z całą pewnościa coś ci powiedziało.
Nie sprawdzaj frazy "idylliczny" w słowniku, zaraz wszystko ci wyjaśnię.
Pierwszy ciąg słów odrazu oddaje swój obraz w świadomości. Ciężkie narzędzie zapewne zaserwowało ci młotek przed oczy.
- Strzał podstawy rażąca zapada. - Powiedziałem trzymając język na podniebieniu z myślą, że lepiej się przy tym skupię.
Oczywiście wyszło jak zawsze. No i znów musiałem wydrzeć się na Igreka za zbyt głośne oddychanie.
A teraz przyznaj się sam przed sobą i przede mną czy spróbowałeś to rozwikłać.
Wiem, że nie. Dlatego nie wytłumaczę ci znaczenia słowa.
- O cholera... - Wyszeptałem.
Wszystko się połączyło i przedstawiło mi obraz trzech osób czołgajacych się do swojego szwedzkiego stołu.
Zrobiło się ciemno.
Mówiły:
"Mięso z mięsa.
Tłuszcz się rozlał.
Czerwono tu. Ktoś stąd wyszedł.
Nic nie ma znaczenia, gdy ten w środku wrzeszczy.
Kochany, nie zostawimy cię.
Nie chcemy się dzielić, chcemy jak najwięcej.
Nie chcemy czuć, jak w nas oddychasz.
Dźwięczy ciężkie echo, podstawa zapada.
Strzaskana jak szkło, słodkie dźwięki tworzy.
Przerwana fala najcięższej złości.
Dla nas jest potrzebna tak jak kości kości.
Chcemy je połknąć.
Chcemy czuć.
Być nimi.
Nie chcemy chęci innych.
Kwintesencją życia w formie truizmu.
Jest do bólu wypalany ekstrakt z egoizmu.
Idę na zimno.
Odłamać.
Jesteście moje.
Uderzyć.
Krzyk świni cichnie.
Rozkruszyć.
Zostało nas troje.
Wciągnąć.
Kocham was, gnoje.
Zima nadciąga białym pociągiem.
Lot przez tunele.
Śnieg wapnia łykany.
Łykany do końca.
Gdy wypłyną plamy."
Te słowa wypowiadały tylko trzy głosy. Ich twarze pojawiły mi się przed oczami. Po ostatnich słowach usłyszałem płacz.
Czułem łzy płynące mi po twarzy.
Otworzyłem oczy. Leżałem na zimnym gruncie. Kostka zniknęła.
Było kompletnie ciemno. Pot ściekał po mnie wodospadami.
Wiedziałem, że coś mnie wyrwało, jakiś hałas. Wstałem i podszedłem pod schody.
Drzwiczki nie były otwarte na oścież. I byłem pewny, że jestem tu całkiem zaklinowany.
Myliłem się.
Drzwiczki otworzyły się wraz z nutą skrzypnięć bez żadnego problemu. Rozejrzałem się. Było zupełnie ciemno. Miałem świadomość, że Igrek gdzieś sobie siedzi i śmieje się.
I albo tak miało zostać, albo przede mną miała być jeszcze dalsza część zagadki.
Wróciłem do zimnego środka, aby spojrzeć przez rury, przez które spuszczone były liny z lalkami. Nie zdążyłem nawet zerknąć, bo z rur zaczęła wysypywać się tona białego proszku. Zdawało mi się również, że słyszę dźwięk wrzeszczących dzieciaków. Znając historię kostki nieco mnie zemdliło i wybiegłem stamtąd zamykając drzwiczki.
Chłonąłem przez chwilkę. Musiałem się dowiedzieć, gdzie zamontowany jest cały mechanizm.
Spojrzałem w stronę wysuszonych krzaków. Poszedłem w ich głąb.
Były bardzo wysokie i gęste. Przewyższały mnie o jakieś dwie głowy. Przeszedłem parę metrów. A po tym dystansie spotkałem się z samym sobą.
Dosłownie.
Wykonywał te same ruchy, wpatrywał się tym samym zdziwionym wzrokiem, a kształt jego serca widoczny był przy gardle.
Zawahałem się, ale podniosłem rękę i puknąłem pięścią w drugiego mnie.
- Lustro weneckie? - Powiedziałem do siebie nieco zszokowany.
I po tych słowach środek lustra otworzył się.
- W rzeczy samej. - Odpowiedział mi Koreańczyk z uśmiechem.
Mój wyraz twarzy nie zmienił się, a nawet jeszcze bardziej było widać na nim elementy zaskoczenia.
- Zapraszam do środka. - Powiedział.
Wszedłem oglądając się, na lustrzanym suficie zwisał rząd palących się żarówek i przemierzał aż do następnych drzwi na przodzie. Dzięki lustrom weneckim można było oglądać wszystko co działo się na zewnątrz, za to nic z zewnątrz nie mogło zobaczyć cię w środku.
- Żaden z tubylców nie odkrył tego miejsca? - Zapytałem.
- Byli jacyś, ale rozpuściłem wcześniej plotkę o widmo siedzącym wśród wysokich krzaków, które przejmuje twój wygląd, aby cię nawiedzać. Jak na razie skutkowało to tylko szybką ucieczką. Poza tym z reguły nikt się tu nie zapuszcza, to nieco wyludnione miejsce. Jak widzisz - sam budynek jest dość duży, ale zadbałem o to, aby krzaki go nie opuszczały. Jest więc całkiem solidnie ukryty, a dzięki plotkom rzadko kto się tu zapuszcza.
- A więc jesteś twórcą tego czegoś?
- Nie do końca. Przebudowałem je. Nie patrz tak na mnie, mimo wszystko posiadam pewne kontakty. Wcześniej budynek zbudowany był z tradycyjnych materiałów, a na jego zewnętrznych ścianach namalowane było tło, które wyglądem miało się nie odróżniać od reszty. Oczywiście pomysł niedługo zdawał egzamin, wprawdzie krzaki są wysokie, ale to nie przeszkadzało ludziom. Po pewnym czasie zaczęli się włamywać.
- Nie robią tego na dzień dzisiejszy?
- Najprawdopodobniej są przekonani, że duch tego domu jest zły za to, że go okradali, dlatego też uważają widmo za prawdę.
- Jak długo...
Nie zdążyłem dokończyć, ponieważ znów usłyszałem wrzaski małych bachorów. Spojrzałem na Igreka. Pokiwał głową, po czym powiedział:
- Chodź za mną.
- Gdzie dalsza część zagadki? - Zapytałem.
Podczas odpowiedzi Igrekowi załamał się głos:
- Jutro po...pożegnaniu.
- Jutro?
- Tak. Jeśli dobrze kalkuluję, to ich życie przetrwa jeszcze do jutra. Nie dłużej. Mam tylko nadzieję, że nie pomrą mi w nocy.
Igrek szedł dalej, ale ja przystanąłem.
- Idziesz? - Zapytał przystając.
- Gdzie mnie prowadzisz? - Zapytałem.
- Przenocujesz tutaj.
- Słucham?
- Nie wiedziałem, że jesteś taki gościnny i spanie z nowym lokatorem...
- Dobra. Czym jest to wielkie stalowe pudło? - Zapytałem pokazując palcem.
Na środku pomieszczenia stało inne zamknięte pomieszczenie zbudowane z czarnej stali, którego ściany zewnętrzne usmarowane były różnymi kolorami mazaków.
- Myślę, że na to pytanie znasz odpowiedź. Właśnie po to tu przybyłeś, aby się dowiedzieć.
- Dlaczego je zamknąłeś?
- Chodź, zobaczysz swoją poduszkę.
Zmarszczyłem brwi i ruszyłem za Igrekiem, który otworzył drzwi na przodzie i ukazał jeszcze większe pomieszczenie, przez które dalej przebiegały żarówki, które w połowie przecinała fala innych.
Na przodzie od wejścia ujrzałem białe drzwi. Na prawo i na lewo również było po parze drzwi, jednakże lustrzanych. W rogu ściany (między drzwiami z prawej a tymi na przodzie) widniało małe pomieszczenie, również zbudowane z czarnej stali.
- To tam. - Powiedział wskazując na kawał stali.
Ruszyliśmy w tamtą stronę. Igrek przystanął przy drzwiach do pomieszczenia, uśmiechnął się do mnie, po czym wyjął klucz z kieszeni i otworzył je ukazując stary, śmierdzący materac. W pomieszczeniu zdążyły już nagromadzić się chmury kurzu, na który oczywiście musiałem mieć alergię. Źródłem światła była żarówka zwisająca z sufitu.
- Mam tu spać? - Zapytałem nieco z oburzeniem i podrapałem się po prawej dłoni.
- Pamiętaj o co walczysz. - Powiedział. - O, może to nie na tutejsze standardy, ale możesz tutaj skorzystać z tronu.
- Niemożliwe. - Powiedziałem. - Myślałem, że wyginęły.
- Żeby się do niego dostać, musisz przyjść tutaj. - Powiedział podchodząc do lewych drzwi od wejścia.
Otworzył je naciskając cicho na klamkę. Uchylił je i wejrzał głową. Stałem wpatrzony w niego jak w kretyna. A ten tylko odwrócił głowę i z uśmiechem powiedział po cichu:
- Droga wolna, chodź.
Poszedłem za nim kompletnie nie rozumiejąc o co chodzi.
A gdy wszedłem do środka, uległem małemu zaskoczeniu. W pokoju znalazłem dwa, wyglądające na dość drogie łóżka dziecięce, w środku których spały sobie dwa małe bachory.
- O chol...
- Cicho! Zobacz jak śpią słodko! - Powiedział podchodząc do łóżeczek.
Dookoła walały się jakieś rzeczy, przez światło z sąsiedniego pomieszczenia wywnioskowałem, że to grzechotki. Na suficie kończyła się droga żarówek. w lewym kącie od drzwi znajdowało się kolejne stalowe pomieszczenie, które musiało być omawianą wcześniej toaletą.
- Te, matka! - Zawołałem. - To tutaj?
- Mówiłem ci, żebyś nie przemęczał tu gardła? - Powiedział marszcząc brwi. - Tak. Ale jest jedna sprawa, o której pewnie wiesz. Woda w tym miejscu nie jest za ciekawa, więc absolutnie jej nie pij, chyba, że o wirusie mózgu marzyłeś za dzieciaka na gwiazdkę.
- Skoro nie mogę z niej skorzystać, to po co...
- Zakaz nie dotyczy mycia się, chyba, że chcesz nią przemyć ranę albo jakiekolwiek okaleczenie. Nie ma mowy, nawet najmniejsze draśnięcie przemyte tą wodą może doprowadzić cię do własnego miejsca w piachu.
"Igrek, ty diable..." - Pomyślałem.
- No i...to właściwie tyle. Chcesz skorzystać?
- Jasne. - Odpowiedziałem.
Wszedłem do środka i zamknąłem drzwi.
Zobaczyłem drewniany sześcian z dziurą na wylot, dookoła której było coś na kształt muszli również zbudowanej z drewna. I w sumie nic poza tym.
Odlałem się, po czym wyszedłem z pomieszczenia i zacząłem szukać Igreka wzrokiem.
- Gdzie go wcięło? - Powiedziałem do siebie.
Wyszedłem do wielkiego pomieszczenia, w którym umieszczone było moje miejsce do spania. Było puste, po Koreańczyku ani śladu. Z braku laku poszedłem w kierunku prawej pary drzwi stąpając cicho i odczuwając dziwne uczucie strachu.
I w pewnym momencie zamarłem, ponieważ usłyszałem stamtąd jakiś jęk. I zacząłem czuć smród. Okropny, rozrywający mój nos od środka. Musiał przechodzić przez malutki wylot spod drzwi. Podszedłem do nich ze świadomością, że przez mały wylot na dole widoczny jest mój cień.
Stałem nasłuchując. Zamarłem ponownie słysząc nieco głośniejszy jęk. A największego zawału dostałem, gdy zacząłem słyszeć jakieś koreańskie wiązanki.
- Chyba żartujesz... - Powiedziałem odchodząc od drzwi. - Chyba żartujesz...
Nogi się nieco pode mną uginały. Odwróciłem się i zobaczyłem Igreka wpatrującego się we mnie smutnym wzrokiem.
- No tak. - Powiedział wzdychając i podnosząc rękę z jakimś przedmiotem. - Nie szukałeś tego?
Przedmiotem, który trzymał okazała się w rzeczy samej moja skrzynka, o której istnieniu kompletnie zapomniałem.
- Cholera, o niczym innym nie myślałem niż o tobie! - Powiedziałem wyrywając mu skrzynkę z ręki i przytulając ją. - Moja maszynko pieniężna...
- Chyba mocno przeżyłeś jeszcze egzystujące fakty za tymi drzwiami? - Powiedział patrząc na mnie.
Postawiłem skrzynkę na podłodze i popatrzyłem na niego. Z jego oczu powędrował lichy prysznic. Jego żałosny widok wywołał we mnie salwę śmiechu.
- Wiem, że zrobiłeś to celowo. Wiem, że te drzwi nie są zamknięte na klucz i wiem, że cały czas mnie sprawdzasz. Nie tknę tego sy...
Nie dopowiedziałem, bo Igrek kompletnie się załamał i przysiadł na podłodze.
Nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego. Nowe doświadczenia od zawsze wylewały na mnie dreszcze emocji.
Kucnąłem przy nim.
- Wiesz, ile dziennie osób umiera? Wiesz, ile z nich należało do jakiejś rodziny? Wiesz, ile osób opłakuje te wszystkie zimne ciała? - Zapytałem go.
Igrek dalej pływał w swojej melancholii.
- Nie opłakujesz ich wszystkich, a jednak też są ludźmi. Nie opłakujesz ich, a jednak też stąd odchodzą. Twój świat nie staje się gorszy z tą świadomością, nie myślisz o tym. Jaki jest sens bycia katolikiem, jeśli choć przez tyle dni zdzierałeś gardło i łamałeś język na wypociny o życiu wiecznym, to jednak po fakcie obmywasz się łzami choć właśnie trafili do lepszego miejsca? Dlaczego żaden z takich jak ty nie cieszy się na wieść o tym, że odeszła mu matka, choć teraz powinna przeżywać tylko najlepsze chwile już przez całą wieczność? Co z tego, że przeżywała ból za życia, skoro tam już nie będzie? Tęsknota? Chcesz odebrać jej najlepsze chwile pozagrobowej egzystencji na rzecz bólu, który odczuwa każdy z nas? Nie marnuj wody na żale, jeśli jesteś taki miłosierny, to wyślij łzy Afryce, tam nie mają czym płakać.
Igrek wydawał się przez chwilę opanowywać. Spojrzał na mnie i powiedział:
- Wiesz, dlaczego zjadamy swój gatunek?
Nie odezwałem się.
- Wierzymy w to jak w oczyszczenie. Wierzymy, że jeśli zjemy ciało, to dusza trafi czysta tam gdzie trzeba. Nieczystości widoczne są tylko na ciele.
- Ta, wysranie grzechu działa oczyszczająco. - Powiedziałem i nadstawiłem ucho, bo znów usłyszałem jęki. - Leć do swoich ptaszków, bo ćwierkają.
Igrek przełknął ślinę, wstał i smutno powędrował do pomieszczenia zamykając je.
Wziąłem skrzynkę do ręki i poszedłem do mojej "sypialni".
Usiadłem na materacu. Byłem pewny, że Igrek albo coś wziął ze skrzynki, albo coś zamienił, albo przynajmniej majstrował w działaniu jakiegoś przedmiotu. Nie wierzyłem, że mógł zostawić to wszystko w stanie nienaruszonym.
Otworzyłem skrzynię i zacząłem wszystko przeliczać. Znałem na pamięć zawartość mojej skrzynki. O dziwo wszelkiego rodzaju zagrażające życiu przedmioty wyglądały na nietknięte palcem.
Co nie zmienia faktu, że jednak jakichś brakowało.
- Młotek, gwóźdź...Jakby inaczej? - Powiedziałem śmiejąc się.
Później zacząłem sprawdzać stan najmniejszych pierdół. Nawet głupi dezodorant, który w razie czego nosiłem, mógł zostać w jakiś sposób zmodyfikowany, ale był w stanie nienaruszonym. Po sprawdzeniu reszty rzeczy zamknąłem skrzynkę. I już miałem się położyć, ale usłyszałem, że sąsiednie drzwi się otwierają. Ktoś przystanął i do mnie zapukał.
- Co jest, Igrek? - Zapytałem ziewając.
- Życzę dobrej nocy.
Zrobiłem kwaśną minę.
- Aha.
Usłyszałem jak odchodzi wzdychając. Siedziałem na materacu z głową skierowaną w dół, bo wpatrywałem się w podłogę i rozmyślałem. I nagle zdałem sobie sprawę, że o czymś zapomniałem.
Odstawiłem skrzynkę, otworzyłem drzwi i wybiegłem.
- Igrek! - Zawołałem.
Ciemny Koreańczyk wyszedł z dziecięcego pokoju nadal ze zmartwioną miną.
- Tak?
- Em...W łazience nie ma...
- Umywalki. Tak. Musisz wyjść i obejść budynek od lewej strony, po jakimś czasie powinieneś natknąć się na zardzewiały długi kran. Wystaje z ziemi.
- Dobra. - Odpowiedziałem i poszedłem w stronę wyjścia z pomieszczenia.
Wchodząc do pokoju z innym stalowym pomieszczeniem, ponownie zacząłem się zastanawiać, dlaczego zamknął to miejsce. Co w nim przechowuje poza mechanizmem? Kreski zrobione mazakami były zapewne robotą dwóch małych radości Igreka. Zaczęło mnie ciekawić, skąd je właściwie wytrzasnął.
Wyszedłem na zewnątrz. Pociągnąłem łyk ohydnego koreańskiego powietrza i zacząłem przechodzić przez krzaki w celu okrążenia budynku i znalezienia upragnionego kranu. Po chwili sam na niego wpadłem. Odrkęciłem kurek i z kranu poleciała przezroczysta ciecz. Chciałem przyłożyć do niej dłoń. Wiedziałem, jakie mogą być konsekwencje. Wahałem się przez jakieś kilkanaście minut.
I w finale nie przyłożyłem ręki. Zakręciłem kran i poszedłem w stronę wejścia.
Przed drzwiami dotarło do mnie, że owe drzwi nie posiadają klamki. Przyjrzałem się im. Okazało się, że posiadają lustrzany przycisk mający na celu odblokować zamek. Zamontowany był gdzieś z boku i nie był widoczny od razu.
Wszedłem do środka.
Zamknąłem drzwi, a mój wzrok ponownie spotkał się z pomieszczeniem. Widać było, że drzwi są zamknięte. Cisza panująca w budynku zdawała się nakłaniać mnie do tego, żebym dostał się do środka. Nie musiała mi o tym przypominać. Podszedłem do stalowych drzwi. Odczekałem chwilę i pchnąłem je.
Uległy sile ramion bez żadnego problemu ukazując mi obraz, który pamiętam bardzo dobrze.
Na samym środku drewnianej podłogi ujrzałem tonącego w rzygowinach Igreka, którego ciało oświetlały trzy żarówki zwisające u góry. Gdzieś obok niego leżała butelka z resztką złotego płynu. Kostka Rubika, która zniknęła odnalazła się, jednak była całkowicie rozebrana, a jej sześciany były otwarte. Cały mechanizm między lalkami a blokami kostki został zniszczony, a liny pozrywane.
Podszedłem do Igreka i lekko go kopnąłem. Nawet się nie zająknął, zapadł w sen przed kacem. Podniosłem butelkę i powąchałem gwint.
- Tequila. - Powiedziałem.
Postawiłem ją obok Japończyka i ruszyłem w stronę rozebranej kostki. Kucnąłem i wziąłem do ręki jeden z sześcianów, który w niektórych miejscach usmarowany był galaretowatą wartstwą. Spojrzałem do środka otwartej kostki i ujrzałem w niej trochę białego proszku.
- Więc jednak. - Powiedziałem kiwiąc głową.
Wstałem, kopnąłem butelkę dla niepoznaki i opuściłem lokal. Skierowałem się do miejsca do spania. Otworzyłem drzwi pomieszczenia, zamknąłem je i walnąłem się na materac. Byłem kompletnie wycieńczony. I miałem świadomość, że przede mną jeszcze trochę do przejścia, co dobijało mój łeb, który wydawał się być jak z papieru. Zza lustrzanych drzwi obok znowu zacząłem słyszeć jęki i lekkie krzyki.
- Chryste, czy naprawdę tak trudno jest umrzeć? - Powiedziałem zdenerwowany i zamknąłem oczy.
Śniło mi się, że dostałem pracę w fabryce figurek mięsnych. Jakaś stara kobieta wepchnęła mi do rąk wielką misę z masą mięsną i kazała mi z niej ulepić wózek inwalidzki. Masa tak okropnie waliła, że myślałem, że zejdę we śnie, co byłoby mi na rękę, gdyby nie fakt, że istnieją pieniądze.

Rok 1973, Korea Północna, dzień czternasty.
Coś mnie obudziło. I okazało się, że coś naprawdę cuchnie i do grobu nie mam daleko.
- Cholera, skąd to przychodzi!?
Wyszedłem półprzytomny z mojej sypialni, od zbyt szybkiego wstania z materaca zrobiły mi się mroczki na oczach, ale dałem radę się zorientować, że wszystko przychodzi od bandy debili zza drzwi na prawo. Zastanawiałem się, czy dalej nie śpię, ale głos rozsądku wrzeszczał, że właśnie mam ochotę ich wszystkich ukatrupić.
Wiedziałem, że nie mogę tego zrobić i jednocześnie wiedziałem, że jeśli tak będzie tu cuchnąć, to nie ma bata, żebym wstał choć w jednej setnej jak nowo narodzony. Czułem się jak nawalony, ale dałem radę wejść z powrotem do sypialni i zacząć szperać w mojej skrzynce. Wygrzebałem z niej dezodorant i wypsikałem go do końca w pobliżu drzwi. Stwierdziłem, że mi się wyczerpał i leci z niego sam gaz, więc po prostu wziąłem materac i poszedłem przespać resztę nocy w krzakach na zewnątrz.
Ktoś ciągnął mnie po ziemi, a po chwili byłem "ciorany" po drewnianej podłodze. Moje ręce i nogi były związane. Igrek wpatrywał się we mnie nieobecnym wyrazem twarzy.
- Co ty robisz do cholery!? - Wrzasnąłem próbując rozerwać węzły.
Igrek nie odezwał się, przejechał całą długość środkowego pomieszczenia, po czym upuścił moje nogi na drewnianą podłogę. Wyjął klucz z kieszeni i otworzył białe, środkowe drzwi. Usłyszałem stamtąd wrzask tych małych bachorów.
- Uczysz ich zabawy w pochowanego? Co tobie odwaliło!?
Igrek wciągnął mnie do środka i zamknął drzwi. Z pozycji leżącej udało mi się dostrzec dalszy ciąg żarówek, który na końcu pomieszczenia zataczał kółko. Samo pomieszczenie było prawdopodobnie jedynym, którego sufit nie był lustrzany, a zbudowany z czarnej stali. Leżałem obok krzesła, na którym po chwili usadził mnie igrek.
- O co tobie chodzi? Ląduję dziś na patelni twoich sępów? Chcecie mnie pochrupać w szczęce w czasie wieczornego seansu?
I po tym zdaniu dostałem w szczękę.
- Bądź już cicho i zobacz, co masz przed sobą.
Rzeczywiście, zupełnie nie zwróciłem na to uwagi.
- Przybliżę cię do stołu przed tymi dwoma maleństwami, żebyś lepiej widział.
Przełknąłem ślinę.
Igrek przysunął mnie do stolika.
Parę metrów ode mnie sterczały dwie skrzynki, nie takie jak moja ówczesna. Z obu z nich wystawały długie rury, który na samym końcu trzymały coś w rodzaju kołysek, do których u góry doczepiona była plastikowa część z dziurą, do której rura była doczepiona. Sama plastikowa część była w kształcie półkuli, aby symetrycznie łączyła się z kołyską, był w niej także jeden wylot na tlen, choć nie sądziłem, że ten jeszcze by się przydał, no i jak się później okazało - na głos.
No zgadnij, co było w kołyskach?
- Na początku chcę ci powiedzieć, że witam cię w chińskim świecie. - Powiedział z uśmiechem.
- Yhm, koni-spieprzać.
Igrek wyjął sobie z kieszeni grzechotkę i zaczął się w nią wpatrywać.
- Powiem ci, że prawdopodobnie tylko w Chinach robią grzechotki z kości i dziecięcej czaszki, w której siedzi sobie mączka kostna. - I powiedziawszy to zaczął nią potrząsać, co tworzyło charakterystyczny dla grzechotki dźwięk.
- Co ciekawe, ta czaszka należy do zwierzęcia. Można więc powiedzieć, że to tańszy model. Jak widzisz, oczywiście miejsca na gałki oczne są zakneblowane, żeby z czaszki nic nie ubyło.
Potrząsnął jeszcze raz, po czym odstawił "grzechotkę" na miejsce.
- A więc...Z pewnością należy ci się kilka wyjaśnień. Jest trochę niedomówień, ale to wszystko dla efektu. Lubię patrzeć na na ludzkie zaskoczenia, gdy ludzie nagle zdają sobie sprawę, jakimi dotychczas byli kretynami. - Mówił chodząc dookoła mnie i stołu.
- O tym najprawdopodobniej wiedziałeś, że w pewien sposób załatwiłem cię już na samym początku zagadki. - Powiedział.
- Poniekąd. - Odpowiedziałem. - Ale to nic takiego.
- Cóż, nie wiem czy zauważyłeś, ale obok stołu stoi jeszcze jedna skrzynka.
Moje źrenice powiększyły się. Zupełnie tego nie zauważyłem. Możliwe było też, że przysunął ją pod stół odwracając moją uwagę.
Ot, trick iluzjonistyczny. Czy cholera wie co.
- Tego jednak nie miałeś za bardzo jak uniknąć. Wyciągając klucz z pępka tłustej lalki, razem z nim wyciągnąłeś odrobinę Lomu, czyli substancji sprawiającej suszenie i pękanie skóry, przez co tworzą się okropnie irytujące rany. Znalezienie klucza miało być pretekstem do tego, aby zapomnieć o tym, że coś podobnego nałożyło ci się na palce.
- Wiem, jak chcesz to wykorzystać. I mam nadzieję, że ktoś w niedalekiej przyszłości strawi cię i wydali razem z duszą.
- Moim następnym pomysłem i jednocześnie doświadczeniem, które na tobie przeprowadziłem, był...
- Narkotyk.
- Och, więc nie założyłeś błędnych założeń na podstawie zdań z kostki. Mogę ci pogratulować. Ale wiedziałem, że się zorientowałeś.
- Wyharkać gila mogłem zawsze.
- Myślę, że większość osób w obliczu takiej sytuacji zupełnie by o tym nie myślało i połknęłoby wszystko.
- A to by wystarczyło?
- Oczywiście. To nie trudne do założenia patrząc przez pryzmat tego, że przecież narkotyk również na ciebie zadziałał, choć go nie wciągałeś.
- Więc byłem pod wpływem...
- Jasne. Takie halucynacje nie robią się same z siebie.
- Więc jak go zażyłem?
- Ten produkt działa jak kostka lodu. Jeśli będziesz trzymał ją na ręce, to po pewnym czasie stopnieje, a woda wchłania się w skórę. Narkotyk działa dokładnie jak ona.
- Topnieje jak kostka lodu?
- Lód potrzebuje zera stopni, ta perełka koło pięciu. Tak na prawdę halucynacje miałeś cały czas. Cały czas darłeś się na mnie za zbyt głośne oddychanie, choć siedziałem cicho jak mysz. W pewnym momencie myślałeś, że jesteś kierowcą tira. A koniec tego wszystkiego...pewnie sam pamiętasz. Nie mówiłeś mi, ale być może podczas czytania, albo słuchania słyszałeś inny głos, niż powinieneś.
- Kostka jest twoim pomysłem, prawda? " Rozumy chore wyśmiewają wiarę".
Igrek uśmiechnął się i pokiwał głową.
- Niewiele rzeczy stąd nie było moim pomysłem, uwierz mi.
- Co to za gówno, czym ty mnie nakarmiłeś?
- Byłeś moim pierwszym obiektem badań. Nie, żeby mi cię nie było szkoda, wiele nie mogło ci się stać. To produkt, który puki co nie ma nazwy. Ale ma na celu zwiększenie "wczucia się" w sytuację, którą aktualnie przeżywasz. Mózg tworzy różne scenariusze, abyś mógł dogłębnie poczuć co w danej chwili przeżywasz. Jeśli zażywasz go w mniejszych dawkach, to mimo wszystko w czasie jego działania w jakiś sposób kontrolujesz rzeczywistość, a po większej dawce...Sam wiesz.
- Tyle z wyjaśnień? - Zapytałem.
- A jak sądzisz?
- Podejrzanie mało wypowiadasz się o swoich bliskich.
- Bo podejrzanie mało mogą w tej chwili oddychać.
Uniosłem brwi.
- Nie żyją?
- Zginęli. Za czyimś pośrednictwem.
Moje brwi opadły.
- Słucham?
- Można powiedzieć, że jestem ci wdzięczny. I że sam cię do tego doprowadziłem. Wykonałeś wszystko tak, jak zakładałem.
- Nie psikałem gazem dezodorantu, tylko...dwutlenkiem węgla?
- W rzeczy samej. Gdy wyszedłeś szukać kranu, wszystkim się zająłem. Dzieci przeniosłem w bezpieczne miejsce. A po wszystkim nawaliłem się Whisky.
- To była...
- Nieważne. Obudziłem się w rzygach. Może tam byłeś, może nie. Wtedy było mi już wszystko jedno. Nie pamiętam zupełnie, żebym niszczył cały mechanizm, no ale cóż, nie takie rzeczy się zdarzają. Dwutlenek węgla jest bezwonny, więc nie czułeś różnicy. A gaz dostał się przez szczerbę pod drzwiami do środka i...udusił ich.
- Byłeś w stanie to zrobić? Ty?
- Chciałem, aby ktoś skrócił ich cierpienia. Ja nie potrafiłem tego zrobić. I choć teraz jestem ci wdzięczny, to wcześniej w duchu modliłem się, żebyś w jakiś sposób się zorientował.
Nienawidziłem, kiedy dowiadywałem się, że ktoś mnie urobił, a ja nie nie mam o tym pojęcia.
- I co chcesz zrobić teraz?
- Cóż, to ostatnia część zagadki.
- Co z pierwszą? Nie dopytasz się mnie, czy dobrze to zrozumiałem?
- Kiedy narkotyk osiągnął swoje szczyty, wykrzykiwałeś wszystko, a z twoich krzyków dowiedziałem się, że wszystko zrozumiałeś w jak najlepszym porządku. Zrozumiałeś, że antagonista jest wierny założeniom, a człowiek wierze. A jeśli zrozumiałeś to, to czas na ostatnią próbę.
- Co mam ci udowodnić?
- Przed tobą stoją oto te dwie skrzynki. - Powiedział wskazując palcem. - Są one wypełnione wodą.
- Cholera. - Powiedziałem cicho.
- Podgrzeję wodę do ponad stu stopni w skali Celsjusza. Jak pewnie dobrze wiesz, po takiej temperaturze będziemy mieć do czynienia z parą wodną.
Spojrzałem na skrzynkę obok.
- Mnie również chcesz tym potraktować?
- Nie w całości. Tylko te trzy palce.
Zmarszczyłem brwi.
- W jakim celu? - Zapytałem.
Igrek zaczął mówić podchodząc do skrzynek obok kołysek:
- Będę miał do ciebie dwa pytania. Im dłużej będziesz myślał, tym więcej szkód sobie narobisz. Proste? Proste.
- Jakich pytań?
- Za pierwszym razem odpowiesz mi na podstawie krzyku obu dzieci, w jakim przedziale w skali wartości bólu obecnie się znajdują, a później na podstawie wyglądu, z daleka określisz ich stopień oparzeń na prawych udach. Utrudnione jest to do tego stopnia, że masz określić krzyk w trakcie, gdy będą krzyczeć oba bachory na raz, oraz fakt, że sam również będziesz odczuwać ból. Gotowy?
- Zaczynam się zastanawiać, czy fakt, że ten budynek jest w kształcie krzyża, a ciąg żarówek ma przypominać przybitego do niego Dżizasa miał również iluzjonistycznie wpływać na mnie, żebym dalej stwierdzał, że działasz w imieniu wiary.
Igrek tylko się uśmiechnął i podszedł do maszyny obok stołu. Z kieszeni wyjął mały plastikowy sześcian, ze specjalnym wejściem na trzy palce.
Nigdy później nie widziałem nikogo uśmiechniętego na kacu.
Chociaż...
- Jak widzisz, o wszystko zadbałem.
- Nie wątpię. - Odpowiedziałem. - Poza tym, że sam nie wsunę tam rąk.
- Hm. - Powiedział robiąc minę filozofa. - Dam ci luz w ręce tylko dla tego, że wiem jak bardzo zależy ci na bugsach.
- Więc rób co na leży.
Igrek trochę kombinował i w końcu lewą rękę przewiązał mi mocno do krzesła, a prawą pozostawił wolną.
A przynajmniej tak mi się zdawało.
Bo gdy już wstawiłem trzy palce w dziury sześcianu, Igrek nagle mocniej go przycisnął, co zadało mi ból i stworzyło blokadę, przez którą nie mogłem wyjąć ręki.
- Ty żmijo.
- Ave Satan! - Powiedział śmiejąc się. - Dobra, do dzieła.
Podszedł do mojej skrzynki i przycisnął jakiś przycisk. Następnie zrobił to z dwoma innymi.
- Czas ugotować wodę. Gdy nacisnę odpowiedni przycisk - para wyleci z rur. Chyba proste do zrozumienia. Gotowy?
Kiwnąłem głową.
Igrek przysunął sobie skrzynię stojącą obok mnie oraz skrzynie obok dzieciaków bliżej siebie, aby mieć sprawny dostęp.
Odczekał do momentu pokazania się zielonego światełka na diodzie skrzynki.
- Three...Two...One...Jedziemy z tym!
I mówiąc to kliknął wszystkie guziki ze skrzynek.
Nastąpiły dziecięce wrzaski, przy których miałem wrażenie, że ktoś na żywca wyrywa mi bębenki. A do tego towarzyszył mi ból palców, które i tak już swoje wycierpiały. Zacisnąłem zęby, ale musiałem słuchać wrzasków, nie miałem innej możliwości. Musiałem odgadnąć ich przedział...
- Piskliwy...Nieprzerywany... - Syczałem do siebie.
Igrek parzył nas przez kilkanaście sekund, aż dziecięce głosy ucichły. Moje palce były jak z piekarnika.
- Okej, powinno wystarczyć. - Powiedział.
- Jasna cholera... - Powiedziałem sycząc z bólu.
- No to teraz tak... - Powiedział igrek biorąc nie wiadomo skąd kuchenne rękawice i zakładając je. - Czas na twoje odpowiedzi.
- S-s-skąd będziesz wiedzieć, czy mylę się odnośnie skali bólu, skoro...
- Tak, wiem, że jestem w tej dziedzinie nie lada prymitywem, ale wierz mi, że w Chinach jest wszystko. Tamtejsi ludzie naprawdę rzadko potrafią określić wartość bólu ze słuchu, dlatego stworzyli do tego urządzenia, z których ja korzystam i leżą sobie przy skrzyniach. A więc? - Powiedział robiąc zaciekawioną minę. - Jakie miały wartości?
- J-jak...bardzo...mogę...się pomylić? - Zapytałem cały czas przeżywając ból.
- No, powiedzmy...stopień w dół i w górę.
- Więc...pierwsze, to...
Próbowałem sobie przypomnieć jego żałosne piski.
- ...Pierwszy będzie w przedziale 44-46.
Igrek spojrzał się za siebie i powiedział:
- Dokładnie 44,22. Zaliczone! - Powiedział z uśmiechem. - A drugi?
- Drugi...
Zamyśliłem się ponownie, po czym stwierdziłem:
- Drugi będzie mieć ból o wartości czterdziestu dziewięciu stopni...
- Tak, dokładnie! Jesteś niesamowity, Iks. A teraz ostatnie zadanie. Nieco prostsze. Stopnie oparzenia. No i tutaj użyję jedynie twojej skrzynki.
Ponownie zacisnąłem zęby. Igrek podszedł do kołyski i wyciągnął coś, co kiedyś było małym dzieckiem, i które miało mieć przed sobą całą przyszłość...
Czy to nie zabawne?
- Gotowy? - Zapytał.
Ledwo ruszyłem głową, ale dałem radę kiwnąć.
Koreańczyk ponownie nacisnął przycisk, a moje palce po raz kolejny poczuły przeszywające się przez nie ból. Pochyliłem głowę na dół, bo zapomniałem o tym, co mam robić.
- Im dłużej będziesz się zastanawiać, tym dłużej będziesz odpowiadać. Popatrz tutaj!
Spojrzałem w jego stronę z zaciśniętymi zębami i krzyknąłem:
- Trzeci! Trzeci stopień!
- Dobrze, gratuluję. - Powiedział, ale nie wyłączył pary, która cały czas żarła moje palce, tylko poszedł po następne martwe dziecko.
- A ten? Jak z nim?
Z moich oczu powoli zaczęły wypływać łzy, więc widziałem coraz gorzej. Nie miałem już siły myśleć, więc strzeliłem:
- Też trzeci!
Igrek nie odezwał się. Dałem rady zobaczyć, że z jego twarzy znika uśmiech.
- Nie. To nie jest trzeci, a drugi stopień. No niestety... - Powiedział i wyłączył maszynę.
- CHCESZ MI POWIEDZIEĆ, ŻE W TAKIM WYPADKU NIE ZABIERZESZ MNIE ZE SOBĄ DO CHIN!?
- Nie. Bardzo dobrze sobie poradziłeś. Poniesiesz może tylko minimalną karę.
- JAKĄ!?
- Jeszcze pomyślę...Nie wrzeszcz tak, Iks, uszy mnie już bolą. - I mówiąc to powędrował za moje plecy. Usłyszałem szczęk szkła.
- Igrek...Igrek!
- Tak? O co chodzi?
- Co z tymi palcami!? - Wrzasnąłem.
- O, no właśnie. Cóż, miała być kara, prawda? To strzelę ci małą amputację.
Moje serce przestało bić.
- Co powie...
Ale nie zdążyłem dokończyć, bo Igrek postawił przede mną szklany talerz i rzucił na niego wysmażonego z życia bachora mówiąc z uśmiechem:
- Smacznego.

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/14704-SPRZEDAWCA-BOLU-czesc-szosta
Pytania? Sugestie? Komentarze do pracy autora?
Zobacz też:
-Proszę, przytul mnie, Nathan...-załkała Anne, kryjąc twarz w bladych dłoniach, które niemalże zdawały się błyszczeć w świetle Księżyca.
Chłopak natychmiast podszedł i uścisnął drobną nastolatkę. Jedną ręką gładził jej matowe włosy, a drugą wyciągał coś zza pleców.
-Nath...-oczy dziewczyny w jednej chwili się rozszerzyły. Z otwartych ust zamiast słowa płynęła smużka krwi....
Czytaj dalej
Strona Straszne-Historie.pl do poprawnego działania wykorzystuje pliki typu Cookies. Korzystając ze strony wyrażasz na to zgodę.
Jeśli lubisz takie rzeczy jak: horror, creepypasta, książki, filmy, gry komputerowe, opowiadania z gatunku horrory to Straszne-Historie.pl to strona dla Ciebie. Nasze opowiadania potrafią wciągnąć i przestraszyć lepiej niż filmy horror oraz książki grozy.