panopticum
Strasznie polecamy
A ty?
Dodane przez: kier, 24.03.2016, 08:55
Panopticum
- Wierzycie w duchy? - pytanie przerwało senną ciszę, jaka od pół godziny panowała na polskim. Ja również jakby nieco się ocknąłem, zaskoczony.
Zadała je nasza nauczycielka, po czym obrzuciła uczniów uważnym spojrzeniem niebieskich oczu. Stukot obcasów przemieścił się z jednego końca sali na drugi, a my powiedliśmy wzrokiem za panią Antoniną Korczak-Tobolewską.
Nadal trwała cisza. Ta kobieta miała w sobie coś takiego – jakąś taką charyzmę i zdecydowanie, coś, czego często brak innym nauczycielom.
- No? - Ponagliła nas, zniecierpliwiona. - Nie wytrzeszczajcie tak na mnie oczu, pytam w związku z lekturą.
Ach tak, lektura...Coś tam nam się mgliście kojarzyło (była siódma lekcja), że chyba były jakieś duchy w tej książce, której nikt nie czytał. Na szczęście i streszczenia o tym wspominały.
- Nie. - Odezwała się wreszcie Maura zdecydowanie. Odwróciłem się w jej kierunku leniwie, wdzięczny, że komuś chce się gadać za mnie. Jasnowłosa, szczupła dziewczyna siedziała w drugiej ławce wyprostowana jak struna, wpatrując się uważnie w nauczycielkę. - Czy można w ogóle zakładać coś innego? W duchy wierzono w średniowieczu.
- I dzisiaj nie brakuje ludzi, którzy w nie wierzą. - odpowiedziała obojętnie Antonina Tobolewska, nadal spacerując po klasie. Szare oczy Maury emanowały wzburzeniem.
- Owszem, domy wariatów puste nie stoją. - odparła takim tonem, jakby nauczycielka przed chwilą jakoś ją osobiście dotknęła.
- Dobra, Maura, wyluzuj – odezwał się ktoś z głębi klasy. - Nikt z nas nie zamierza cię nawiedzać.
Niektórzy się roześmiali jednak reszta obserwowała uważnie to starcie, w którym pani Korczak-Tobolewska wcale nie zamierzała brać udziału.
- Mogą to być również ludzie głęboko wierzący. - odpowiedziała bardzo spokojnie. - Przekonani, że z duszą ludzką musi się coś dziać po śmierci.
- Przecież mówiła, że domy wariatów nie stoją puste! - męski głos z ostatniej ławki. Tym razem parę osób więcej się zaśmiało, ale raczej z sympatii dla właściciela głosu.
- Kornel, ten żart nie był politycznie poprawny. - zauważyła Korczak. - A ty? - dodała znienacka.
Niebieskie oczy zabłysły jakby nieco triumfalnie.
- A ja? - powtórzył Kornel dziwnie niepewnie, jakby miał dostać z tego ocenę.
- Czy wierzysz w duchy. - odparła spokojnie. Stukot obcasów rozbrzmiał w ciszy.
I to był jedyny dźwięk, jaki się rozległ. Z perspektywy czasu, gdy to wspominam, wydaje mi się dość niesamowite to, jak nauczycielce udało się wprowadzić taką dziwaczną atmosferę, właściwie nic nie mówiąc.
- No dobrze. - przerwała ją wreszcie sama Korczak, odwracając się do tablicy. - Chyba nie chcecie za bardzo ze mną rozmawiać. Zapiszmy temat.
Zgrzyt, zgrzyt, zgrzyt.
Przypomina mi się skrobanie kredy po tablicy. I tamta rozmowa. Oburzony wzrok Maury.
Dziś, na pogrzebie mojej żony.
Wieje wiatr, silny wiatr. Ludzie idą przeważnie z pochylonymi głowami i postawionymi kołnierzami, zmarznięci i znużeni. To dobre słowo, właśnie tacy się wydaja – znużeni. I właściwie to takie są pogrzeby.
Do tego na ten przypadła okropna pogoda. Jesień, niebawem święto zmarłych – cóż, Scarlett zawsze miała wyczucie czasu. Tylko raz je straciła i w złym momencie jechała wieczorem obwodnicą, albo może to tamten kierowca w złym momencie postanowił odebrać telefon? Lub po prostu ktoś w bardzo niewłaściwej chwili zadzwonił? Na tym polegają wypadki.
Dookoła, na cmentarzu płoną znicze. Mnóstwo. Zawsze uważałem, że wyglądają przepięknie, ale dziś wydają mi się trochę absurdalne. Po co okazywać pamięć komuś, kto jest martwy? Czy im więcej masz zniczy, tym lepszy pokoik w raju, a za własną kryptę dostaniesz apartament?
To wszystko właściwie jest mocno bezsensowne. Zwłaszcza to, że ona nie żyje – przecież była młoda, przecież mieliśmy zrobić remont, przecież pamięta ją większość sąsiadów – i co, mam im wszystkim tłumaczyć, że jest martwa...?
Butem rozkopuję stertę liści, wiedząc, że nikt nie zwróci uwagi facetowi, który stracił żonę. Mam świadomość, jakie to idiotyczne, o ile to mnie jakoś usprawiedliwia.
Przyjmuję kolejne kondolencje, nawet nie zwracając uwagi, kto je składa. Myślę o tym, że bardzo, naprawdę bardzo chciałbym wierzyć w duchy. Chcę mieć z nią kontakt ponad wszystko.
„Boże, jeśli istniejesz” - myślę. - „Przekaż Scarlett, że...jej numer telefonu niedługo nie będzie istniał, więc niestety muszę się modlić. Że nigdy nie lubiłem się modlić. Że zginęła w swojej najładniejszej bieliźnie, o ile to przejdzie przez boską cenzurę. Że nie umiem robić prania i żeby się ze mną skontaktowała, jeśli tylko może”.
Czuję się głupio, chociaż to była naprawdę ładna bielizna i naprawdę nie lubię się modlić.


***

Wieczorem czeka mnie kolejne nieprzyjemne zadanie. To znaczy: jej rzeczy. Tyle tych formalności, że jest tak, jakby umierała codziennie.
Muszę je podzielić, posortować, pogrzebać we wszystkich szufladach, zadecydować, co z czym zrobię. Wypiorę i oddam? Oddam? Zachowam? Wyrzucę? Pranie raczej odpada.
W jej szufladzie, pachnącej nieznośnie jej perfumami, natrafiam na bilet na pociąg, którym codziennie jeździła do pracy. Dlaczego wtedy nie pojechała pociągiem...?
Nie, to było pytanie retoryczne. Jak w „Trenach” Kochanowskiego. Wiem, dlaczego, po prostu tam, kurwa, pociąg nie dojeżdża, to było zwykłe narzekanie.
Ale dlaczego nie dojeżdża?!
Podnoszę bilet. Na odwrocie jest mała notatka, Scarlett często tak robiła. Zapewne lista zakupów.
A jednak nie. Pismo jest drobniuteńkie, a wypowiedź dość długa, ściśnięta na niewielkim papierku.


Czy znasz ten stan między snem a jawą? Próbujesz zasnąć, z nie możesz, wszystko ci się miesza. Zasypiasz i się budzisz, albo śnisz o tym, że się budzisz, i tak ciągle. Deja vu.


Marszczę brwi, zaskoczony, nie rozumiejąc, co wówczas miała na myśli. Moja pierwsza refleksja brzmi „zapytam”, zanim nie dociera do mnie pewien oczywisty fakt.
Zaciskam usta i wracam do przeglądania rzeczy.

***

Ranek po prawie nieprzespanej nocy jest jeszcze gorszy, niż wieczór. Poranna kawa smakuje dziwnie paskudnie, jakbym był antytalentem nie tylko w dziedzinie prania. Niebo za oknem jest szare, szare jak brzydki sweter. Tak można właściwie opisać życie po śmierci żony – brzydki sweter. Nie, żeby to była jakaś super głęboka metafora. Po prostu tak mi się kojarzy – z brzydkim, niepranym swetrem.
Zniechęcony, naciągam spodnie, po czym, zaskoczony, wkładam dłoń do kieszeni, wyczuwając tam coś twardego.
Pudełko zapałek. Ale ja nie palę. Nigdy tego nie robiłem, w przeciwieństwie do Scarlett.
Ogarnia mnie niepokój. Dlaczego wszędzie leżą rzeczy z nią związane...? Brakuje tylko...
Odwracam pudełko i oczywiście (!) znajduję tam notatkę.

Kochanie, puść mnie. Możesz mi podać książkę...?

Przechodzi mnie dreszcz. O ile „kochanie, puść mnie” zupełnie nic mi nie mówi, to drugi zwrot jest bardzo znajomy. Zawsze tak mówiła, kiedy miała problemy ze snem. Zawsze kładłem się jako drugi, i gdy ona nie mogła usnąć, prosiła, bym przyniósł jej coś do czytania.
„Możesz mi podać książkę?”
Nigdy sama po nią nie wstawała, to było dość charakterystyczne. Nie mogę sobie przypomnieć tego pudełka zapałek, ani tego zdania... nabazgranego jej charakterem pisma.
Przechodzi mnie lodowaty dreszcz.
- Kochanie, jesteś tu...? - szepczę. Prawie nie czuję strachu. Tknięty nagłym impulsem, wchodzę do jej sypialni i gorączkowo przetrząsam jej rzeczy.
Jest. Bilet. Sprawdzam datę.
Pochodzi sprzed dwóch dni. Wtedy Scarlett była już martwa.
- Collin – słyszę nagle głos z salonu, wołający moje imię. Nie zgadniecie, czyj głos. Stoję jak wmurowany, kiedy wołanie powtarza się.
- Collin! - poirytowane, natarczywe.
Ruszam wreszcie do salonu, oszołomiony, niepewny, czy nie oszalałem, a zarazem w jakiś sposób zdesperowany, na miękkich kolanach.
Nikogo tam nie ma. Ani niczego...oprócz kolejnej notatki, tym razem długopisem na ścianie. Mówcie sobie, co chcecie – ale to było z pewnością JEJ pismo, i właśnie się tu pojawiło. Tekst jest długi jak nigdy dotąd.


Tutaj nic nie ma. Nic, zupełnie, leżymy. Leżymy wszyscy, cicho, ciemno, niektórzy od lat. Nie da się ruszać i mówić, ja czasem mogę na chwilę – ale wtedy jestem w dwóch miejscach – w sensie bez ciała – w sensie że nadal nie mogę mówić – ale wpadnę. Czasem śnię chaotyczne sny, czasem znów się tu budzę. Koszmary, zdarzają się też koszmary. Przeważnie. Boję się. Nie wiem, czy to sen, czy coś innego, wszystko jest takie chaotyczne. To nie jest miłe. Ile każesz mi tu spać?! A może to ty mnie trzymasz? Tutaj? Może powinnam być gdzie indziej, co? Może chcesz, żebym została...? Jeśli tak, przestań. To okropne i robię się zła.


Ostatnie słowa były trzykrotnie podkreślone.
Chwilę siedziałem w tym samym miejscu, oszołomiony, czytając notatkę raz po raz. Czas upływał sobie spokojnie bez mojego udziału, godzina pod tytułem „spóźnienie do pracy” zbliżała się wielkimi krokami, a ja nie ruszałem się spod tamtej ściany. Musiałem teraz zadać sobie bardzo ważne pytanie, pytanie, które znacznie zyskało na znaczeniu od czasów tamtej lekcji polskiego.
Czy ja wierzę w duchy?
Czy mam zakładać głupie dowcipy? Przywidzenia? Omamy słuchowe? Obłęd wywołany śmiercią żony?
Scarlett wielokrotnie opowiadała mi o swoich problemach ze snem. O tym, że ciągle się budzi, gubi się w tym, co jest jawą, a co snem, ma koszmary, śni o przebudzeniu, które okazuje się złudzeniem...
Napis na poprzedniej karteczce głosił „deja vu”.
Scarlett wielokrotnie opowiadała mi o swoich problemach ze snem. O tym, że ciągle się budzi, gubi się w tym, co jest jawą, a co snem, ma koszmary, śni o przebudzeniu, które okazuje się złudzeniem...
Napis na poprzedniej karteczce głosił „deja vu”.
Czy śmierć to wieczny, niespokojny sen w trumnie, z którego nie da się obudzić? Czy tak to wygląda tylko u niektórych? Czy to wszystko właściwie jest prawdą?
Nagle przytomnieję i sprawdzam godzinę. Powinienem wychodzić do pracy. Wręcz chciałbym wyjść do pracy, opuścić ten dziwaczny dom – kiedyś nasz, potem mój, i teraz najwyraźniej znów nasz. Pomyślę nad tym z dala od tego miejsca.
Ruszam szybkim krokiem do drzwi, lecz te nie dają się otworzyć. Marszczę brwi i szarpię za nie, zdezorientowany, ponieważ wsuwka jest odsunięta.
- Dokąd to się wybierasz? - przenikliwy, złośliwy głos za mną.
Odwracam się gwałtownie, i przez chwilę wydaje mi się, że widzę umęczoną, wychudłą – a jednak znajomą twarz.
- Scarlett? - wołam.
- Puszczaj! - słyszę gwałtowny okrzyk, dobiegający dosłownie zewsząd. Głos należy do niej, bez wątpienia – lecz zarazem ma w sobie nieznaną mi, złośliwą, histeryczną nutę. Nagle w kuchni coś uderza o podłogę.
Biegnę tam bez namysłu, słysząc kolejne hałasy i odgłosy demolki.
Przy naszym (moim?) czyściutkim, nowoczesnym blacie kuchennym stoi kobieta, do złudzenia podobna do mojej żony. Ma jej sukienkę, a także wielką plamę krwi na plecach. Stoi do mnie tyłem, z włosami opadającymi na twarz, i zapamiętale rozbija wszystko w pobliżu.
- Kochanie... - rzężę przez zaciśnięte gardło, nie wiedzieć czemu modląc się, by ona się nie odwracała. - Scarlett... czego ty właściwie chcesz...?
- Zrób coś – mamrocze. Teraz głos ma mocno schrypnięty. Kolejny talerz uderza o podłogę.
- Chcę zasnąć. - dodaje, znów histerycznie. - To nie do wytrzymania.
- Ale, Scarlett... - mruczę, oszołomiony, niedowierzający, przerażony i w pewien dziwny sposób... szczęśliwy. - Nie umiem.
- Więc chodź ze mną – mówi. Odwraca się i odbiera mi mowę – jej twarz jest całkiem zmasakrowana, zmiażdżona – a jednak rozpoznawalna. To jednak ona. Uśmiecha się, tak mi się wydaje, z powodu dziwnego zmarszczenia twarzy. W dłoni trzyma nóż.
- Podetnij nadgarstki. - mówi. - I nie będę już z tym wszystkim sama.
Przyglądam się jej. Tak, wygląda teraz odrażająco, jak potwór, albo postać z horroru – ale czy to powód, by jej nie ufać? Przypomina mi się artykuł, który kiedyś czytałem w internecie, o chłopcu z całkowicie zdeformowaną twarzą – takie płody rzadko przeżywają, lecz ten akurat jakimś cudem tak.
Ogarnia mnie spokój.
- Dlaczego tłuczesz talerze? - pytam cicho, sięgając po nóż.
- Ja... - rozgląda się, jakby nieco zaskoczona. - Nie wiem. Byłam strasznie zła.
Uśmiecham się do niej, nie czując już ani odrobiny strachu. Zaciskam zęby i mocno przejeżdżam nożem po nadgarstku, ze świadomością, że to nie będzie szybka śmierć.

***

„Nie mógł sobie poradzić ze śmiercią żony” - głosi nagłówek lokalnej gazety z dnia 15 listopada. Poniżej fragment wypowiedzi znajomego Collina M., który popełnił samobójstwo niebawem po śmierci swojej partnerki.
„Nikt z nas się tego nie spodziewał. Najwyraźniej to był dla niego większy szok, niż sądziliśmy; możliwe, że nie myślał całkiem racjonalnie”.
Na pytanie, czy znajomy i współpracownik Collina, Aleksander K., sugeruje niepoczytalność umysłową nieboszczyka, mężczyzna już nie odpowiedział.

***

- Wierzycie w duchy? - pytanie przerwało senną ciszę, jaka od pół godziny panowała na polskim. Ja również jakby nieco się ocknąłem, zaskoczony.
Zadała je nasza nauczycielka, po czym obrzuciła uczniów uważnym spojrzeniem niebieskich oczu. Stukot obcasów przemieścił się z jednego końca sali na drugi, a my powiedliśmy wzrokiem za panią Antoniną Korczak-Tobolewską. Panopticum
Pytania? Sugestie? Komentarze do pracy autora?
Zobacz też:
3.10.2014

Nie wiem od czego zacząć, nigdy nie pisałem żadnego pamiętnika, czy czegoś takiego. Nie wiem czy to sen, czy nie żyję. Nie mam pojęcia. To... to takie przytłaczające. Myśl, że nie ma nikogo oprócz mnie. Moja rodzina, przyjaciele, znajomi... wszyscy zniknęli. Nie tylko oni. Nie ma nikogo innego. Jestem sam....
Czytaj dalej
Strona Straszne-Historie.pl do poprawnego działania wykorzystuje pliki typu Cookies. Korzystając ze strony wyrażasz na to zgodę.
Jeśli lubisz takie rzeczy jak: horror, creepypasta, książki, filmy, gry komputerowe, opowiadania z gatunku horrory to Straszne-Historie.pl to strona dla Ciebie. Nasze opowiadania potrafią wciągnąć i przestraszyć lepiej niż filmy horror oraz książki grozy.