Strasznie polecamy
Grzeczna Dziewczynka
Dodane przez: mag litwor, 17.10.2014, 15:20
Stojąca pod tablicą Marta, uśmiechnęła się, spoglądając na nauczycielkę zza szkieł okularów. Wiedziała, że wszystko co napisała, jest dobrze. Zawsze tak było.
- Proszę pani? – zagadnęła lekko zniecierpliwiona.
Zofia Kosoń ucząca matematyki od dobrych dwudziestu lat, wynurzyła się zza dziennika. Po klasie przeszedł wesoły szmer.
- Skończyłaś już? – Kobieta udała zdziwienie i wstała. Po przeanalizowaniu zadania poprawiła okulary, które zjechały na czubek nosa i rzekła: - Cóż, idealnie. Usiądź, proszę.
Przestraszony wzrok klasy odprowadził prymuskę do ławki. Nikt nie czuł się na siłach, by stanąć pod tablicą i powtórzyć wyczyn Marty. Do dzwonka zostało niecałe pięć minut, a nauczycielka zdawała się być pochłonięta papierkową robotą.
- Nieźle załatwiłaś starą jędzę – stwierdziła Oliwia, która zajmowała ławkę obok Marty, a prywatnie była jej najlepszą przyjaciółką.
- Nie nazywaj jej tak!
- Dobrze już – odparła Oliwia, starając się ukryć irytację. Lubiła swoją przyjaciółkę, ale czasem… czasem jej zachowanie było po prostu nie do zniesienia. Poza tym Marta i tak postawiłaby na swoim.
Ona zawsze stawiała na swoim.
***
Minęła ostatnia lekcja. Dzieciaki wybiegły ze szkoły, ciesząc się ostatnimi słonecznymi popołudniami tego roku. Drzewa zrzucały powoli żółte barwy. Wielkimi krokami zbliżała się zima.
Obok jednej z ławek przycupnął kundel. Wiatr przeczesywał jego długą sierść. Z wywalone języka kapała ślina. Dzieci nie zwracały na niego uwagi. Był to częsty obraz, ponieważ Patron zawsze czekał na swą panią. W tym samym miejscu, o tej samej porze.
- Skąd ten cwaniaczek wie, kiedy kończysz lekcje? – Nie mogła się nadziwić Oliwia. W głębi duszy zazdrościła koleżance tak wiernego kompana.
- Patron to mądry piesek – odparła Marta, wtulając się w sierść swego pupila. – Chodź Patron, wracajmy do domu!
Dziewczynki ruszyły w dół ulicy. Po drodze wytarzały się w liściach i wystraszyły kota starej Olszewskiej, który śpiąc smacznie na parapecie, sam się o to prosił. Następnie rozmawiały o Bazie. Planowały następne spotkanie i zabawy, jakie będą mu towarzyszyć. Marta lubiła planować takie rzeczy, wyobrażać sobie, iż gdy dorośnie, kupi trzy rosnące obok siebie kasztany i zbuduje na nich dom. Będzie w nim mieszkać wraz z Oliwą, oczywiście.
Baza to była ich jedyna odskocznia; ratunek przed szkołą, rodzicami i rzeczywistością. Skryte przez gałęzie drzew, dziewczynki marzyły o lepszym życiu. Przysięgały, że nigdy się nie opuszczą, a nawet zostawiały wiadomości w wydrążonym pniu.
Zza pagórka wyłoniło się skrzyżowanie, na którym przyjaciółki musiały się rozstać. Fali smutku, która zalała Martę nie łagodził fakt, że zobaczą się jutro. Powrót do rzeczywistości, rodziców i nawału obowiązków przypominał stwora o tysiącu mackach. Gdy ów dopadł cię i pochwycił, nie było ucieczki. Pozostawało cierpienie w ciszy.
Marta przebyła kilometr w samotności i ruszyła drogą żużlową w stronę domu. Wiedziała, że w środku zastanie rodziców wpatrzonych w swe nowe dziecko. Nie ważne, jak bardzo się stara, oni widzą tylko tego śliniącego się gówniarza. Nie pomagają największe sukcesy w szkolę.
- Jak ty to wytrzymujesz Oliwio?
Przyjaciółka Marty miała sześcioro rodzeństwa i pochodziła z biednej rodziny. Marcie nie mieściło się w głowie, jak jej koleżanka może to wszystko wytrzymać.
- Oszalałabym. Tak po prostu.
Gdy Patron poczuł swój teren, ożywił się i zaczął biegać jak oszalały. Następnie ruszył w stronę domu, głośno szczekając. Przez chwilę Marta łudziła się, że ktoś wyjdzie ją przywitać. Kiedyś robiła to babcia, a po jej śmierci mama… Tylko, że ona ma teraz syna. I nie liczy się dla niej nic więcej.
Dziewczynka ostatni raz pogłaskała Patrona, wmawiając sobie, że węzeł, który pojawił się w gardle to tylko wyobraźnia. Rodzice nadal ją kochają, teraz po prostu dzielą miłość na dwoje. A tak przynajmniej powiedział tatuś.
***
Nastał wieczór. Ciemność rozlała się po okolicy, wraz z chłodem przypominającym, że zapasem zima. Marta z rodziną zajęła miejsce w kuchni i zaczęła jeść kolację. Jej ojciec spełniał się jako właściciel sporego zakładu szewskiego, który odziedziczył po ojcu i mimo coraz słabszej gospodarki, dawał radę utrzymać. Wcześniej pomagała mu Monika, lecz po zajściu w ciążę musiała zostać w domu. Teraz, gdy flora zapadała w zimowy sen, Marcie wydawało się, że każdy dzień wygląda tak samo: Ona w szkole, ojciec w pracy, matka w domu z małym Oskarem. Dziewczynka uważała, że gdyby nie Oliwia i Patron, nie dałaby rady. I chodź nie wiedziała, jak ów frapujące „nie danie rady” miałoby wyglądać, to i tak się go panicznie bała.
— Nad czym tak dumasz, kochanie? — zapytał Andrzej Śliwowski zbierając skórką chleba resztkę jajecznicy z patelni.
Dziewczynka wzdrygnęła się wynurzając z głębin umysłu.
— Niegrzecznie nie słuchać innych, zwłaszcza, przy rodzinnym stole — stwierdził mężczyzna, spoglądając spod krzaczastych brwi na córkę. Miał intensywnie niebieskie oczy. — Jak sądzisz moja droga?
— Przepraszam, ojcze.
— Jak było w szkole?
Marta słysząc pytanie, od razu się ożywiła. W końcu temat, którym zawsze imponowała ojcu. Każdy podziwiał jej inteligencję. A zwłaszcza tata, któremu pomagała robić porządki w biurze.
— Świetnie! — zaczęła dziewczynka. — Razem z Oliwią przygotowujemy…
Niestety, Andrzej Śliwowski nigdy nie dowiedział się, cóż takiego jego pierworodna szykuje z koleżanką, ponieważ wszystko zagłuszył płacz dziecka. Monika ruszyła do pokoju i pojawiła się z zawiniątkiem na rękach. Ojciec wstał od stołu i z uśmiechem przywitał małego.
Marta przez chwilę przyglądała się zaistniałej scenie, by po chwili wyjść; najpierw z kuchni, a potem z domu. Gdy usiadła na schodach i zaczęła płakać, znienawidziła się kolejny raz. Od czterech miesięcy nie może znieść myśli, że rodzice przestali ją kochać. I trudno… jakoś się z tym pogodzi, w końcu jest już duża. Tylko, co z Oskarem? To jej brat, a ona…
— Nienawidzę go! — wyszeptała i przyłożyła dłonie do ust, tłumiąc rodzący się w głębi szloch. I teraz nie wiedziała już, płacze z żalu, czy nienawiści.
Zaalarmowany Patron wybiegł z ciemności, buchając parą z pyska i wtulił się w swą panią. Otaczająca ciemność wydawała się taka kojąca. Nie przeszkadzał nawet mróz i niepokojące odgłosy, które przynosiły podmuchy wiatru z pobliskiego lasu.
Po dłuższej chwili Marta wstała. Nie wiedziała, jak długo siedziała na schodach i już miała wracać do domu, gdy spostrzegła światło padające z kuchni na zmarzniętą trawę. Wiedziała, że jeśli zdecyduje się podejść, to będzie cierpieć. Tylko, że nie mogła się powstrzymać. Przemierzyła kilka kroków i zajrzała do środka; dwoje zakochany małżonków i ich pociecha. Nie ta pulchna dziewczynka, która ze względu na wysoki iloraz inteligencji, uchodzi za dziwadło… Tylko syn! Następca rodu i przyszła chluba państwa Śliwowskich!
Przez moment Marta miała ochotę podejść i dotknąć okna, zaburzyć jego powierzchnię niczym wrzucony do jeziora kamień. Ostatecznie zapanowała nad sobą i ruszyła do domu, chowając krwawiące rany, jak najgłębiej się da.
***
Rankiem dziewczynki spotkały się w doradzę do szkoły. Mróz wnikał w ubranie i mroził do kości. Lekki wiatr przeganiał liście po drodze. Z oddali dobiegało stukanie końskich kopyt o bruk.
— Gdzie Patron? — zapytała Oliwia stawiając kołnierz płaszczyka.
— Zamknęłam go w domu. Nie chcę żeby szwendał się po mieście.
Zza pleców dziewczynek dobiegło rżenie konia, dorożka którą słyszały wcześniej, wyłoniła się z porannej mgły. Trzymający lejce starzec miał smutną, zmęczoną życiem twarz.
— Strasznie piszczał i szczekał, ale boję się, że coś może mu się stać. — Marta posmutniała i spojrzała na przyjaciółkę w poszukiwaniu ratunku.
— Bardzo dobrze zrobiłaś — stwierdziła stanowczo Oliwia i na dowód swych słów, przywołała na twarz szeroki uśmiech.
Przez następne pięć minut przyjaciółki brnęły w stronę szkoły. Na ulicach panowało zamieszanie, ludzie zwozili węgiel, a na pobliski targ ciągnęły wozy z przeróżnymi towarami. Zima wisiała w powietrzu niczym katowski topór nad głową skazańca. Niemal wyczuwało się ją w powietrzu.
Budynek szkoły obłażący z blado-żółtej farby, rozmywał się we mgle. Z daleka dobiegały krzyki i śmiechy dzieci. Marta ruszyła wzdłuż ogrodzenia, zahaczając koniuszkami palców o zielone pręty. Nagle dobiegło do niej piszczenie psa. W jednej chwili zatrzymała się, nasłuchując. Coś było nie w porządku. Zamknęła Patrona w domu, ale… ktoś nieostrożny mógł go wypuścić. Na przykład matka zajęta tylko i wyłącznie swoim nowo narodzonym dzieckiem. Tak, tylko matki, które zaślepia macierzyństwo, mogłyby być na tyle głupie, by wypuścić psa w taki mróz… wprost w ramiona porannej mgły.
— Marta, co się dzieje? — zapytała Oliwia, spostrzegłszy zdenerwowanie na twarzy przyjaciółki. — Marta…
— Cicho!
Przez dłuższą chwilę nie działo się zupełnie nic. Dziewczynki spoglądały na siebie, lekko zdezorientowane.
— Spóźnimy się na lek… — zaczęła Oliwa, lecz urwała w pół słowa, słysząc wycie.
Marta bez słowa ruszyła wzdłuż ogrodzenia, starając się zlokalizować miejsce, z którego dochodził dźwięk. Nie wiedziała, czy Oliwia podąża za nią, ponieważ słysząc śmiechy, przyśpieszyła. Skręciła za róg, wbiegła w uliczkę i spostrzegła dwóch chłopców. Z początku nie mogli jej widzieć, ponieważ stali tyłem. Jeden z nich trzymał w ręku nabijany gwoździami kij. Na ziemi leżał pies; z pyska zwierzęcia sączyła się krew, tylnie nogi wykręcone były pod dziwnymi kątami, wyglądały na złamane.
Marta z początku nie mogła przetrawić informacji, podawanej przez wzrok do mózgu. To było szalone, ponieważ inaczej nie potrafiła wytłumaczyć bestialstwa, jakie rozgrywało się tuż przed nią. Zrobiła krok do przodu z zamiarem krzyknięcia. Wiedziała, że ktoś z dorosłych na pewno ją usłyszy. Ktoś przecież musiał jej pomóc. Wtedy chłopiec bez słowa zdzielił psa prosto w głowę. Tym razem zwierze nie wydało z siebie najmniejszego dźwięku. Leżało nieruchome w kałuży krwi.
Gdy Marta później chciała wytłumaczyć swoje zachowanie, nie potrafiła tego zrobić. W jej pamięci został tylko obraz umierającego psa i krew... Dużo krwi. Dziewczynka nie pamiętała, jak wykręciła rękę zabójcy zwierzęcia i powaliła go na ziemię. Jak okładała go bez opamiętania, aż chłopiec skulony, stracił przytomność; jak oderwali ją od niego mężczyźni przechodzący ulicą. To wszystko opowiedział kolega i współwinny zabicia psa. Dodał tylko, iż to Marta zabiła zwierzę, a ich zaatakowała, ponieważ próbowali ją powstrzymać.
***
Wybuchła afera, a w samym jej środku znajdowała się Marta. Nikt nie chciał wierzyć jej słowom. Miała przeciw sobie chłopców i mężczyzn, którzy odciągnęli ją od nieprzytomnego. Poza tym, dyrektorka nie była w stanie uwierzyć, iż jedenastolatka odważyłaby się zaatakować dwóch o rok starszych łobuzów nękających psa. Jedynym ratunkiem wydawał się ojciec. Marta wiedziała, że jeżeli ktokolwiek ma jej uwierzyć, to tylko on – tatuś. W końcu nigdy go nie okłamała. Zawsze była szczera i rzetelna, robiła wszystko, by rodzice byli z niej dumni.
— Niestety, musimy na jakiś czas zawiesić pana córkę w prawach ucznia — rzekła chłodno kierowniczka, zerkając bokiem na siedzącą dziewczynkę. — W grę wchodzi pobicie i katowanie zwierzęcia…
Śliwowski skubiąc brodę, wpatrywał się w kierowniczkę pochmurnym wzorkiem. Marta nie wiedziała, kiedy się za nią wstawi, lecz miała nadzieję, że stanie się to lada chwila. W końcu nie wyobrażała sobie choćby jednego dnia bez szkoły. Ile wiedzy umykałoby jej, każdego dnia pobyt w domu. Nawet nie potrafiła wyobrazić sobie, jakie to byłoby straszne.
— … sam pan rozumie, nie możemy tolerować takiego zachowania. Marta jest znakomitym uczniem, dlatego wstrzymamy się z decyzją wyrzucenia jej ze szkoły.
— Rozumiem i przepraszam w imieniu naszej rodziny. Córka nigdy się w ten sposób nie zachowywała, i moja w tym głowa, by był to ostatni raz.
Marta nie potrafiła uwierzyć w to, co słyszy. Ten dzień był przecież taki normalny… Wszystko było w najlepszym porządku. Szły z Oliwką do szkoły i wtedy coś usłyszała. Ten wypalony cierpieniem skowyt.
— Oliwka… — wychlipała przez łzy Marta. Dorośli wyrwani z rozmowy, zwrócili na nią wzrok. – Oliwia, ona może powiedzieć, że też słyszała, też słyszała tego przeklętego psa!
— Kochanie… — Kierowniczka przyjęła pełen współczucia ton. Nawet jedenastoletnia dziewczynka wiedziała, jaki jest nieszczery. — Nie ma powodu, byś kłamała. Dzisiaj, zaraz po całym zajściu, udałyśmy się z panią Kosoń do waszej klasy i rozmawiałyśmy z twoją przyjaciółką… Oliwia powiedziała, że doszłyście do szkoły razem, a potem gdzieś uciekłaś.
- Nieprawda! – krzyknęła przez łzy Marta. W życiu tak nie cierpiała.
Andrzej Śliwowski spojrzał na córkę. Płacz uwiązł jej w gardle. Z niebieskich oczu mężczyzny biła wściekłość, lecz nie ona zabolała Martę najbardziej… Ostatecznym powodem, przez który kompletnie się załamała, była odraza z jaką pociągnął ją za rękę i wyprowadził z gabinetu.
***
Słońce wychynęło zza chmur i przetarło łąkę złocistym blaskiem. Marta siedziała przy oknie, co chwila kichając. Od tygodnia była zamknięta na strychu. Rodzice strasznie się wściekli przez sprawę z pobitym chłopcem i martwym psem. Nie uwierzyli w jedno jej słowo. Ojciec wytrącony z równowagi, przerzucił ją prze kolano i bił pasem do póki skóra nie spłynęła krwią. Tymczasem matka krążyła po pokoju z Oskarem na rękach. Jej usta nie zamykały się, wciąż wypuszczając bolesne strzały celujące w serce dziewczynki.
— Co ludzie powiedzą!? Jak ja wyjdę z domu!? Coś ty sobie myślała, głupia smarkulo!?
I mimo tego, że słów tych Marta nie zapomni to końca życia, były one lepsze, niż milczenie ojca. Andrzej Śliwowski spoglądał tylko na córkę i gasł w oczach. A wszystkiemu wtórował Oskar. Niemowlak nic nie robiąc sobie z całej sprawy, gaworzył wesoło błądząc wzrokiem dookoła.
Tak właśnie Marta spędziła ponad tydzień – siedząc na krześle przy oknie i wypatrując biegającego po podwórku Patrona. Czasem nawet – gdy nikt nie widział – wołała pieska i rzucała mu smakołyki, do których sama nie miała jakoś apetytu. Nigdy jeszcze nie była tak bezczynna. Zabrano jej nawet książki, by sprawić karę surowszą.
Ósmego dnia usłyszała jęk zawiasów i wchodzącego po schodach ojca. Nie musiała spoglądać w stronę drzwi, by wiedzieć, że to on.
Matka w ogóle nie wchodziła na strych.
- Marta?
- Tak, ojcze?
- Możesz… iść się przejść.
Zdumienie i wdzięczność zalały dziewczynkę jednocześnie, mieszając się w miłość. Z początku nie potrafiła wykrztusić słowa. Gdy w końcu odwróciła się do ojca, by podziękować, spostrzegła, że wyszedł.
- Lepiej się pośpiesz. Za dwie godziny widzę cię z powrotem. – Padło z korytarza.
Nie tracąc czasu, dziewczynka wybiegła na dwór. Gwałtowny wiatr wpadł między jej włosy przeczesując je niczym źdźbła trawy. Obiegła dom kilka razy wołając Patrona, lecz najwyraźniej pies gdzieś zniknął. I nie wiedzieć kiedy, radość z dwóch godzin wolności opadła. Marta wyciągnęła siekierę z pniaka i usiadła nań lekko zasmucona. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo jej życie wypełniała nauka i obowiązki. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że jest milion spraw, które chciałaby zrobić… pierwszą z nich na pewno było spotkanie z Oliwią. W końcu nie widziały się tak dawno. Tylko, że ona mieszka za daleko, by iść piechotą, istnieje ryzyko, iż nie zdążyłaby na wyznaczony przez ojca czas.
Nagle wpadł jej do głowy genialny pomysł. Pędząc przez łąkę w stronę leśnej drogi, zastanawiała się, jakim cudem nie pomyślała o tym wcześniej.
Gdy przeskoczyła rów i weszła między trzy rozłożyste kasztany, poczuła się jak w baśni. Baza była miejscem magicznym, obie dziewczynki to wiedziały. Powietrze było tu inne i nigdy nie rosła trawa. Ziemia wyglądała, jakby dziennie przechodziły tędy setki osób. Powietrze nawet teraz pachniało zatopionym w letnim słońcu lasem.
Marta podeszła do wydrążonej w pniu dziury i sięgnęła do niej ręką. Błądząc palcami, miała nadzieję znaleźć jakąś wiadomość od Oliwi. Niestety, czuła tylko wilgotne wnętrze drzewa. Postanowiła się jednak nie poddawać i przygryzając język, wsunęła rękę dalej, aż po same ramie. Wyobraziła sobie, jak wielki pająk otwiera czerwone ślepia i zbliża się do jej dłoni. Nagle poczuła pod palcami gładką powierzchnię koperty. To wystarczyło, by wszystko inne zeszło na drugi plan.
Drżącymi z podniecenia dłońmi otworzyła kopertę i wyciągnęła kartkę, na której znajdował się starannie wykaligrafowany tekst:

Mam nadzieję, że znajdziesz wiadomość przed powrotem do szkoły, ponieważ nie chcę byśmy się przyjaźniły. Nie wiem, co z ciebie za człowiek, ale już od dawna wszyscy mówili mi, że jesteś dziwna… Nie słuchałam, ale teraz już wiem i nie chcę cię znać. Zapomnij o mnie,
Oliwia

Jeśli psychika Marty przypominałaby szklaną szybę, to właśnie w tym momencie, pojawiło się na niej drugie pęknięcie. Pierwsze spowodowało pobicie chłopca, teraz doszła do tego samotność. Oliwia była ostatnią podporą, jaką posiadała dziewczynka. Była kotwicą przytrzymującą statek świadomości, który znajdował się na skraju wodospadu szaleństwa.
Dziewczynka przycisnęła do piersi kartkę i osunęła się na ziemię. Łzy spływały jej po policzkach. Świat dwoił się i troił. Serce krwawiło z rozpaczy. Oparłszy głowę na korzeniu, przypomniała sobie, jak poznała Oliwię. Nie chodziły jeszcze wtedy do szkoły. Ojciec dziewczynki przyszedł zapytać o pracę w zakładzie szewskim Andrzeja Śliwowskiego. Marta dobrze pamiętała, jak obie siedziały na werandzie domu i zagłaskiwały Patrona – który był jeszcze wtedy szczeniakiem – na śmierć. Świat był taki prosty i piękny. Nie istniały takie rzeczy, jak pobite psy, źli chłopcy, fałszywi przyjaciele… i Oskar.
Nie było Oskara.
— Dlaczego płaczesz moja droga? — zapytał głos. Był głęboki i szorstki.
Marta poderwała się zdezorientowana. Momentalnie zalała ją fala wstydu i złości.
— Nie bój się – ciągnął głos – jestem tylko starym, schorowanym drzewem.
Dziewczynka odwróciła się i spostrzegła swoje odbicie w czarnych oczach. Jeden z kasztanów spoglądał na nią czujnie.
— Pan… pan jest drzewem — rzekła w końcu i zaśmiała się nerwowo.
— Dziękuję, że mnie oświeciłaś — rzekło oschle drzewo. — Odpowiedz, dlaczego jesteś taka smutna?
— Nie mogę rozmawiać z drzewem! — Marta odsunęła się nieufnie, wiąż przyciskając do piersi kartkę papieru niczym groteskową tarczę. — To nie możliwe!
Drzewo westchnęło i potrząsnęło gałęziami. Żółte liście posypały się na ziemię, a ptaki zerwały do lotu.
— Budzisz mnie swym płaczem, panoszysz się w mym domu, obrażasz mnie i do tego nie chcesz wyjawić spraw, które cię trapią… Skoro tak, idź sobie i zostaw mnie w spokoju.
Martę zamurowało. Nie wiedziała, co ma o tym myśleć. Spotkało ją tyle przykrości i jeszcze teraz to gadające drzewo… tylko, czy pozostał jej ktokolwiek inny? Rodzice mają Oskara, Oliwia na pewno znalazła sobie nową przyjaciółkę, więc, co szkodzi spróbować? Wszystko jest lepsze, niż samotność.
— Prze… przepraszam — bąknęła i spuściła głowę.
— Co tam mówisz? Głośniej dziewucho!
— Przepraszam… pana.
Czarne ślepia wpatrywały się w Martę przez dłuższą chwilę. Było w nich coś bardzo niepokojącego.
— Usiądź i opowiedz, dlaczego taka piękna dziewczynka marze się jak ostatnia beksa.
Marta podeszła ostrożnie do Kasztana, jeszcze nikt nie nazwał jej piękną! No może oprócz babci, lecz jej już nie było…
Dziewczynka powoli zaczęła swoją opowieść.
***
Słońce schowało się między wierzchołkami drzew. Temperatura spadła i zaczął wiać mroźny wiatr. Marta otworzyła oczy i usiadła. Zdezorientowana spojrzała na trzymaną w ręku kartkę. Z początku nie wiedziała gdzie jest, aż wszystkie myśli wróciły na swoje miejsce. Ojciec wypuścił ją z domu na dwie godziny…
Jęknęła, przykładając dłonie do ust. Wyszła rano, a teraz słońce zachodziło zwiastując noc. Ile mogło jej nie być? Czy ojciec jej szukał?
Nie myśląc o niczym innym, ruszyła do domu. Przerażał ją fakt, iż znowu zostanie zamknięta na strychu. I tym razem może spędzić tam znacznie więcej czasu. Ojciec był wściekły… czy mógłby zamknąć ją tam na zawsze?
Wpadła na podwórko niczym huragan, z daleka słyszała krzyki dochodzące z domu. Podejrzewała, że znowu ściągnęła na siebie gniew rodziców, co powodowało, że trzęsła się z przerażenia. Tak bardzo chciała, żeby złe czasy minęły i wszystko wróciło do normy. Niestety, gdy spostrzegła, jak ojciec wychodzi niosąc Patrona za szyję, poczuła, że mdleje.
— Do środka – rzekł Andrzej Śliwowski tonem, od którego krew ścinała się w żyłach. — Tobą zajmę się później.
— Co chcesz z nim zrobić!? — Nie mogła zapanować nad ogarniającą umysł histerią.
Ojciec dziewczynki stanął i odwrócił się powoli.
— Co chcę z nim zrobić? Pytasz, co chcę kurwa zrobić, z tym pieprzonym kundlem!? — Śliwowski wyszczerzył zęby w drapieżnym uśmiechu. — Rozwalę mu łeb na kawałki!
Przed oczami Marty pojawiła się sylwetka ojca, trzymająca zakrwawiony dziesięciokilowy młot. Bez namysłu skoczyła do przodu i zaczęła szarpać dłoń zaciśniętą na gardle zwierzęcia. Za wszelką cenę pragnęła uratować skomlącego Patrona. Śliwowski zawył z bólu, gdy ugryzła go w przedramię i upuścił psa.
— Ty suko! — wysyczał i uderzył córkę z całej siły w twarz. Jedenastoletnie ciało poszybowało w powietrzu i wylądowało z hukiem w trawie. Marta tylko cudem nie straciła przytomności. Dławiąc się krwią z rozbitego nosa i ust, wstała i obserwowała ojca, który wziąwszy młot ze stodoły, ruszył w pogoń za Patronem.
Nagle zalał ją spokój. Przestała być dzieckiem. Musiała bronić siebie i przestać przyjmować każdy cios. Uświadomił jej to stary kasztan, gdy opowiedziała mu swą historię. Jak mogła zapomnieć o wszystkim, co usłyszała. Było tam tyle… prawdy.
Nie śpiesznie ruszyła przez podwórko i weszła do domu. W salonie siedziała Monika, trzymając Oskara na rękach. Połowa twarzy chłopca była owinięta bandażem, na białym materiale wykwitły szkarłatne kwiaty krwi. Czy Patron zaatakował niemowlę? Pewnie tak.
— Spójrz, co zrobił twój przeklęty pies! — rzekła przez łzy matka dziewczynki. — To wszystko twoja wina, mały potworze.
Marta nie spodziewała się, że jej krwawiąca twarz zrobi wrażenie na matce. Cieszyła się, że sprawy przybrały taki obrót, ponieważ to tylko ułatwiało sprawę.
Nie mogąc dalej słuchać Moniki, dziewczynka weszła do kuchni i wyciągnęła największy nóż z szuflady. Na jej twarzy pojawił się uśmiech, okrągłe oczy lśniły w słabym blasku księżyca, wpadającym przez okno. Następnie, chowając ostrze za plecami, dziewczynka weszła do pokoju i zbliżyła się do matki.
— Wyjdź stąd! – krzyknęła kobieta przez łzy. — Patrz, co zrobił twój przeklęty…
Jednym precyzyjnym ruchem, Marta wbiła nóż w gardło swej matki. Ciemna krew trysnęła na śpiące niemowlę. Dziewczyna obróciła ostrze i wyciągnęła je, by zadać kolejny cios, który trafił w otwarte usta kobiety. Metal zazgrzytał o zęby, kawałek języka wypadł na podłogę. Ciało Moniki dostało drgawek i zrzuciło niemowlę, ranna próbowała krzyczeć, jednak uniemożliwiała jej to zalewająca płuca krew. Marta ominęła rzucającą się w konwulsjach kobietę i podniosła Oskara. Na pulchnej twarzy pojawiło się obrzydzenie, jakby dziewczynka musiała dotykać czegoś obrzydliwego.
— Teraz poczekamy na twojego tatusia… - rzekła, cicho się śmiejąc.
***
Przez ponad godzinę Śliwowski uganiał się za Patronem. Wściekłość i żal dodawały mu nadludzkich sił. Traktował kundla, jak członka rodziny, a ten w podzięce rzucił się na jego syna. Na jego następcę! Połowa twarzy Oskara została mocno oszpecona, a oko przebite i najprawdopodobniej trwale uszkodzone. I jak teraz miał zostać szewcem!? Jak oszpecony mężczyzna znajdzie kobietę godną Śliwowskich? Te i wiele innych pytań napędzały paliwo nienawiści, na którym funkcjonował teraz Andrzej. Dopiero, gdy stracił ostatnie siły, zaś Patron zniknął na dobre, postanowił wrócić do domu. Dopadnie go jutro. Przyciśnie smarkulę i dowie się, gdzie lubi przesiadywać jej przeklęty pupilek. O tak, dowie się i rozprawi z sukinsynem.
Idąc przed podwórze, Andrzej spostrzegł, że w całym domu panuje ciemność. Najwyraźniej Monika położyła się z małym Oskarem, a Marta siedzi na strychu drżąc ze strachu. Nigdy jeszcze nie uderzył jej w twarz i czuł z tego powodu wyrzuty sumienia, jednak starannie maskował je krążącą w żyłach wściekłością.
Wszedł po schodach i przekroczył próg, następnie ruszył do kuchni… i stanął jak wryty.
— Witaj, ojcze — rzekła Marta, skąpana w blasku księżyca. Zaschnięta na jej twarzy krew w słabym świetle przypominała smołę. Dziewczyna trzymała na rękach Oskara.
— Co ty tu robisz? Gdzie jest mama?
— Nie martw się o Monikę, niebawem do niej dołączysz.
Z początku Andrzej myślał, że smarkula stroi sobie żarty. Jednak coś w jej zachowaniu budziło niepokój.
Nagle Marta upuściła Oskara na podłogę.
— Oszalałaś!? — krzyknął Śliwowski i rzucił się do przodu. W tej samej chwili dziewczynka sięgnęła po leżący na szafce nóż i zaczęła ciąć na oślep.
Gdy Śliwowski zdał sobie sprawę, co się dzieje, był już mocno ranny. Jego nos i policzki znaczyły liczne cięcia. Mężczyzna złapał swą córkę za ręce, starając się wyrwać jej broń. Nigdy nie podejrzewał, że jedenastolatka może mieć tyle siły. Następnie odepchnął ją i wziąwszy niemowlę na ręce, ruszył w stronę drzwi. Obejrzał się tylko raz i przeszedł go dreszcz; Marta podniosła się i wzięła do ręki nóż. Padający na kuchenny blat cień, przypominał drzewo; niematerialne gałęzie wystrzeliły w stronę mężczyzny. Marta również ruszyła, najpierw powoli, następnie zaś biegiem.
Ojciec wyskoczył z domu i przeskakując po dwa stopnie ruszył przez podwórko. Krew z ran przemoczyła ubranko płaczącego Oskara, z ciemności wciąż dochodził chichot ścigającej ich Marty; czasem jej głos przechodził w głębszy, szorstki ton. Tupot małych stóp zbliżał się z każdą chwilą. Nagle Śliwowski runął na ziemię - gdyby nie Oskar zapewne utrzymałby równowagę – i upadł na bok. Z całych sił chronił dziecko. Nawet, gdy ostrze z morderczą szybkością przebijało jego płuca i szyję, najważniejsze było, by uratować Oskara.
W końcu ataki ustały, a Andrzej leżał martwy. Trzymane w rękach niemowlę, wciąż płakało… Marta nie zwróciła na nie uwagi. Wytarła ostrze o spodnie zmarłego ojca i ruszyła w stronę Perun, złożyć wizytę dawnej przyjaciółce.

Koniec
Pytania? Sugestie? Komentarze do pracy autora?
Zobacz też:
Po zadaniu komuś pytania "czego najbardziej się boisz?" słyszymy różne odpowiedzi. Czasami są to duchy, demony, śmierć, a nawet pająki. Zdecydowana większość ludzi odczuwa największy strach myśląc o śmierci bliskich i samotności.

Życie samemu wydaje się być najgorszą możliwością. Rozmawiasz jedynie ze swoim odbiciem, nie ma obok Ciebie osoby, która...
Czytaj dalej
Strona Straszne-Historie.pl do poprawnego działania wykorzystuje pliki typu Cookies. Korzystając ze strony wyrażasz na to zgodę.
Jeśli lubisz takie rzeczy jak: horror, creepypasta, książki, filmy, gry komputerowe, opowiadania z gatunku horrory to Straszne-Historie.pl to strona dla Ciebie. Nasze opowiadania potrafią wciągnąć i przestraszyć lepiej niż filmy horror oraz książki grozy.