Strasznie polecamy
Teściowa
Dodane przez: mag litwor, 14.10.2014, 18:47
- Pieprzę to! – krzyknął. Wystrzelił tym jednym słowem niczym z karabinu i trzasnął drzwiami. Wyszedł, zniknął, przepadł. Zostawił ją z tym całym gównem na głowie. A umawiali się, że będą sobie pomagać.

Śmierć bliskiej osoby, to dla każdego człowieka wielkie przeżycie. Powstaje wtedy pustka, której nic nie jest wstanie wypełnić. Można ją zamaskować, bądź – z czasem – unikać myślenia o niej. O tej czarnej, zdradzieckiej suce, która znajduje się w każdym.
Gdy Marta przypomniała sobie, jak dobra dla niej była matka Bartka, poczuła pieczenie oczu i łzy wyciekające na policzki. Teraz, biegnąc przez tonący we mgle las, mogła wypuścić wszystkie złe emocje. Uwolnić rodzącą się tęsknotę i poczucie winy, iż nie zdołała pomóc swemu ukochanemu. Zamiast tego pokłócili się i wyszedł. Nie potrafił poradzić sobie ze stratą i wyładował się na niej.
A ja co zrobiłam? - zastanowiła się Marta. - Co najlepszego zrobiłam? Zamiast przyjąć ciosy i zamknąć jadaczkę, oddałam. Cios za cios. Zdanie za zdanie.
- Co za przeklęty dzień!
Potknęła się i omal nie upadła prosto w wielką plamę zmieszanej ziemi, która rozmokła od tygodnia ciągłych deszczy i uginała się pod stopami. To trochę ją otrzeźwiło i pozwoliło strzepnąć złe myśli, siedzące na ramionach.
Pojawiło się rozwidlenie. Prawo, czy lewo? Cóż, zawsze skręcała w lewo, a skoro ten dzień i tak był do luftu, to czy może stać się coś gorszego? Bez wahania przyśpieszyła i wbiegła w prawą ścieżkę. Jesienny las był martwy, lecz piękny. Ostatnie z liści kołysały się na gałęziach drzew, czekając aż miłosierny podmuch wiatru przetransportuje je na ziemię i pozwoli odejść. To prawie tak, jak z ludźmi – przeszło Marcie przez głowę. Najpierw dorastają, rodzą się w nich aspiracje i marzenia. Zaczynają uczyć się żyć, cierpieć i kochać. Wchodzą w dorosłość i starają się przetrwać. Wytrzymać z głową nad powierzchnią wody, by nie utonąć, lub, by nie utonąć za wcześnie. Bo w końcu i tak nadchodzi koniec. Wybija ostatnia godzina i zrywa się jesienny wiatr, strącając nas – chcemy tego czy nie – na ziemie. Byśmy odeszli i zrobili miejsce innym, którzy również będą się uczyć i walczyć. I również będą się łudzić, że są wyjątkowi, że nie spotka ich taki koniec.

***

Tylko dlaczego to musiało stać się akurat teraz? W czasie, gdy ona bała się o posadę i dodatkowo od kilku miesięcy bezskutecznie starali się o dziecko? Najwyraźniej powiedzenie, które kiedyś usłyszała od swego dziadka miało w sobie jakąś prawdę.
Gdy sprawy zaczynają się pieprzyć, to wszystkie naraz.

Marta zwolniła, ponieważ mgła zgęstniała, a drzewa wkroczyły na ścieżkę, jakby chcąc pochwycić ją w powykręcane konary. Wyglądało na to, że ludzie nie chodzili zbyt często, przez tą marną imitacje lasu. Było to dość dziwne, zważywszy na fakt, iż dwa kilometry na zachód znajdowały się ogródki działkowe.

Po następnych kilkunastu metrach drzewa rosły na tyle blisko siebie, iż biegnięcie dalej, mogłoby skończyć się wybitym okiem. Poza tym Marta opadła z sił, ponieważ nie mogła utrzymać stałego tempa. Wciąż nawiedzał ją obraz, w którym Bartek rusza do drzwi. Po jego twarzy spływają łzy, a usta zaciskają się w jedną siną kreskę. I dopiero teraz, gdy przystanęła, a serce zaczęło się uspokajać, mogła naprawdę przyjrzeć się miejscu, w które przywiódł ją los.

Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało normalnie. Jesienne drzewa, mgła i ziemia zasypana uschłymi liśćmi. Niby wszystko w porządku, gdyby nie dziwne kształty pni i wyrastające z ziemi wielkie grzyby. Ich kapelusze pulsowały lekko, jakby miały bijące serca. Poza tym po niektórych drzewach pięły się dziwne pnącza o lekko fioletowym zabarwieniu. Gdy Marta podeszła bliżej, zauważyła, iż dziwna roślina wbija się głęboko w korę, jakby żywiła się jej sokami. Wszystko to nie wyglądało zbyt zachęcająco. Czy mogło być gorzej?
- Oczywiście. Oczywiście, że może być gorzej – wyszeptała i musnęła opuszkami palców fioletowe pnącze. Poczuła ciepło i lekko się zaniepokoiła. – Pora wracać do domu.

Jakiś odległy głos siedzący w jej podświadomości, nazwał ją tchórzem. Jak można nie chcieć zobaczyć, co jest dalej? Gdy nie bacząc na jego protesty, zawróciła, stwierdził jadowicie, że to dlatego te wszystkie problemy. Dlatego matka Bartka postanowiła odejść, a ona zamiast go pocieszyć, rozpętała kłótnię. To wszystko przez to, że z ciebie taki cykor kochanieńka. Taki wielki śmierdzący cykor. Prawda?

Nawet rozbawiło ją to, jaka jest popieprzona, skoro jej własny umysł posuwa się do takich okropieństw, by postawić na swoim. Wtedy spostrzegła mężczyznę.
Stał na środku ścieżki, jakby nigdy nic. Spod czarnego płaszcza wystawały tylko dłonie o długich palcach i głowa. To ona była najgorsza. Pociągła i sina niczym nabrzmiały wrzód. Osadzone w niej oczy wyglądały na zmęczone, jakby widziały całe zło tego świata i mówiły: „To nie może się dobrze skończyć, kochanieńka. Nie, nie, nie”.
Teraz podświadomość szalała. W końcu miała rację i trzeba było to wykorzystać. Marta nie posłuchała mędrca, który siedzi w głowie każdego człowieka i teraz ma za swoje! Stanęła przed dylematem. Odezwać się i zdradzić drżenie głosu, czy ruszyć pędem przed siebie i ominąć dziwadło w płaszczu. Tylko te palce… Marta była pewna, że są zimne. Widziała oczami wyobraźni, jak zaciskają się na jej przedramieniu i zadrżała.

Gdyby mnie dotknął, oszalałabym.
- Witaj słodziutka. Mam nadzieję, że cierpisz? Prawda to, czy nie?
Przez dłuższą chwilę Marta milczała. Jej mózg, jakby się zawiesił. Nigdy nie czuła się tak odrealniona, jak teraz. W tej chwili, gdy mężczyzna przypominający uciekiniera z filmu Rodzina Adamsów, przemówił głosem jej zmarłej teściowej.
- Oj – jęknął nieznajomy i uśmiechnął się upiornie. Z jego ust wypadały czerwie. Tłuste i objedzone. – Czyżby księżniczka narobiła w gacie? Nie cieszysz się, że mamusia wróciła po ciebie? A tak poza tym, naprawdę myślałaś, że zostawię mojego synka z taką małą suką?
- Przecież to niemożliwe… - Marta zaczęła się cofać i upadła na tyłek. Błękitne spodnie napiły się błota. – Ty… ty umarłaś. Zabiłaś się! To niemożliwe!

Stwór ruszył powoli w stronę przerażonej kobiety.
- Odebrałam sobie życie, ponieważ miałam nadzieję, że Bartek cię zostawi. Wiedział, że nienawidzę cię z całej duszy i jaka jestem nieszczęśliwa, bo takie ścierwo wkradło się do naszej rodziny! Ukradło mi jedyną miłość. Mojego syncia!
Marta wpiła się dłońmi w błoto i zaczęła odsuwać. Nie zdawała sobie sprawy z tego, co robi. Przerażenie paraliżowało ją i zaczynało odbierać możliwość trzeźwej oceny sytuacji.
- Myślałam, że mnie aprobujesz… że się lubimy!
Mężczyzna zawarczał jak dzikie zwierze. Jego górna warga podniosła się, ukazując sine dziąsła i czarne zęby wijące się w dziąsłach niczym żywe istoty.
- Stamtąd gdzie cię zabiorę, już nie wrócisz. Będziesz gnić żywcem przez wieczność i modlić się o litość do wszystkich bóstw… Nikt cię jednak nie usłyszy. Twój lament nie dotrze do żadnego boga, a ja będę szczęśliwa. W końcu mój ukochany syn będzie szczęśliwy!
Wszystko stało się w jednej chwili. Mężczyzna skoczył do przodu, Marta obserwując ze zdziwieniem to, co robi, przeturlała się w lewo i ruszyła biegiem prze las. O włos uniknęła szarych dłoni i losu, który zgotowała jej teściowa. Niestety, nie było się z czego cieszyć. Stwór sapał i dyszał pędzać slalomem między drzewami. Co jakiś czas wypuszczał z siebie przekleństwa i groźby. Wzbierającą wściekłość prawie można było wyczuć w powietrzu.

Las zmieniał się i coraz bardziej odbiegał od normalności. Drzewa były tu karłowate i miały przeróżne kształty. Liście, które powinny leżeć na ziemi, spoczywały na powykręcanych gałęziach. Ich kolory również budziły niepokój. Od fioletowych i zielonych po czerwone i czarne. Gdzieś odezwało się jakieś zwierze, a przynajmniej tak wydawało się Marcie. Dźwięk ten przypominał pohukiwanie sowy, połączone z płaczem dziecka; głośny i stabilny, lecz również smutny i dołujący. Na początku był tylko jeden, lecz po chwili odezwało się ich więcej. Jakby nagle las ożył i zaczął koncert.
Koncert do odbywającego się tańca śmierci.

Nagle, kilkanaście metrów przed Martą, przebiegła wataha jakiś stworzeń. Wszystkie były pokryte czarną sierścią i poruszały się na dwóch nogach. W mgnieniu oka zniknęły z pola widzenia, wyglądały jednak tak obco i nienaturalnie, iż Marta znowu poczuła się, jakby traciła zmysły. Tymczasem mężczyzna w czerni był coraz bliżej. Jakby karmił się jej strachem.
- Nie uciekniesz mi mała suko! – krzyczał głosem zmarłej teściowej.
Między drzewami zamajaczył jakiś kształt. Z początku wyglądał, jak porozrzucane bez ładu kamienie. Dopiero, gdy nad drzewami pojawiła się potężna kopuła, Marta zrozumiała, że w środku ma szansę zgubić potwora. Czuła, że długo już nie wytrzyma takiego tempa i wiedziała, że ona nie odpuści. Jakimś cudem wróciła z zaświatów i ma zamiar zawlec do piekła jej tyłek. Ten budynek to jedna szansa na milion… jedyna szansa, jaka jej pozostała.
- To nie jest twój świat! Będę żywiła się tobą przez wieczność!
Pierdol się – pomyślała dziewczyna i ostatkiem sił przyśpieszyła. Wiedziała, że musi walczyć. Może nic to nie da, ale musi spróbować.

***

Potknęła się i upadła, uderzając kolanem o jeden z kamieni. Błyskawica bólu wstrząsnęła jej ciałem. Wszystko stało się tak szybko, że w pierwszej chwili nie wiedziała, co w ogóle się dzieje. Usłyszała śmiech. Niski i szorstki. Taki dźwięk nie mógł wydobyć się z ludzkiego gardła.

I pomogło.
Poderwała się na nogi, by chwilę później znowu mknąć slalomem między bezlikiem przeszkód. Adrenalina pozwała ignorować ból, który zagnieździł się w krwawiącym kolanie. Najgorsze było, iż w końcu ono odmówi posłuszeństwa. Marta miała do czynienia z niejedną kontuzją w swojej karierze biegaczki. W ciągu piętnastu lat treningów upadała dziesiątki razy. Czasem było lepiej, a w najgorszych przypadkach potrzebna była wizyta w szpitalu. Ten zbiór niezbyt przyjemnych doświadczeń pozwalał jej, w przybliżeniu, ocenić ile jeszcze może przebiec.
Nie wyglądało to dobrze.

Schyliła się, by ominąć kolejne dziwaczne drzewo i wtedy ujrzała wejście. Nie było w nim nic nadzwyczajnego. Zwykły kamienny portal uderzająco podobny do kościelnego. Drzwi najwyraźniej nie oparły się upływowi czasu, ponieważ został po nich tylko wbite w kamień zawiasy.

Jakiś głos w głowie Marty – może nawet ten sam, który wcześniej tak z niej drwił – rozkazał jej tam nie wchodzić. To pułapka! – mówił. – Naprawdę jesteś aż tak ślepia i głupia, żeby tego nie dostrzec? Jak możesz być tak naiwna i…
- Zamknij się! Wiem, co robię!
Wiesz, co robisz… Tak samo, jak wiedziałaś, że matka Bartka lubi i aprobuje wasz związek! Hahaha! Wtedy byłaś tak samo pewna, głupia mała suko. Może faktycznie zasługujesz na śmierć…
O dziwo pomogło. Marta zacisnęła zęby, poczuła smak krwi na języku i wykrzesała z siebie ostatki sił. Wbiegła do świątyni i ruszyła schodami w górę. Liczyła na to, że gdzieś się schowa. Ku górze pięły się chóry, aż do drewnianego sklepienia. W miejscach, gdzie deski były względnie zdrowe, można było jeszcze spostrzec malunki dziwnych stworzeń. Ich oczy lśnił zielony blaskiem, a macki dzierżył złote naczynia.

To chyba jacyś bogowie… - przeszło Marcie przez głowę. Nagle usłyszała, jak do świątyni wpada mężczyzna w czerni i padła na zakurzoną podłogę. Nie musiała wstrzymywać oddechu. Sparaliżowana strachem, czekała, co się dalej wydarzy.
- Gdzie jesteś króliczku? – zacharczał potwór z szerokim uśmiechem na twarzy. Stojąc na środku wielkiego pomieszczenia, rozglądał się dookoła. Jego nienaturalnie długie palce poruszały się niczym maleńkie wiosła. Ze spuszczonymi rękami, przypominał rewolwerowca, który za chwilę zacznie pojedynek na śmierć i życie.

- Nie chowaj się przede mną kupo mięcha. Czuje twój smród i tonę perfum, które na siebie wylałaś. To on ci je kupił, prawda?
Potwór schylił się, następnie dźwignął z podłogi wielki kamień i rzucił w stronę Marty. Dziewczyna obserwowała wszystko przez szparę między deskami, dlatego w ostatniej chwili rzuciła się do przodu. Tuż za nią drewniane zabudowanie zamieniło się w drzazgi i wypełniło powietrze. Potwór zaczął się śmiać i podniósł kawał przegniłej belki.
- Teraz cię trafię!
I kolejny raz pocisk poleciał w stronę Marty, która tym razem nie zdążyła uciec. Belka przebiła zdobiony kawał drewna i zawisła tuż nad jej głową. Uratowało ją jakieś pięć centymetrów. Korzystając z okazji, zajrzała przez powstałą dziurę i spostrzegła, że potwór/teściowa, spogląda na ogromny kamień, który najprawdopodobniej był częścią ołtarzu.
Jeśli nim rzuci i cię trafi – odezwał się głos – to koniec zabawy.

Mężczyzna w czerni bez wysiłku podniósł kamień, który wyglądał, jakby warzył pół tony i znowu zaczął się rozglądać. Tym razem coś się zmieniło. Na sinej gębie pojawiło się zafrasowanie. Świdrujący wzrok krążył z prawa na lewo, jednak nie dostrzegał nic. Jakby w jednej chwili oślepł.
Niestety Marta nie mogła tego zobaczyć. W momencie, gdy jej prześladowca zajmował się głazem, ona przeczołgała się w kąt pomieszczenia, gdzie znajdowała się klatka schodowa i zamknęła oczy. Wiedziała, że mężczyzna w czerni nie będzie zachowywał się cicho, a stąd gdzie się znajdowała i tak, by nic nie zobaczyła.
- Wyłaź suko!
Gniew. Najprawdziwszy gniew. Serce Marty zabiło mocniej. Może jednak nie wszystko stracone! Coś z hukiem upadło na ziemię. To musiał być ten pieprzony kamień – pomyślała i zaczęła się modlić. Gorąco i szczerze, jak nigdy w życiu.
Słyszała, jak krząta się na dole i wyczekuje. Wystarczył jeden błąd, żeby wszystko zaczęło się od początku. A tym razem może nie mieć tyle szczęścia. Tym razem wszystko może skończyć się inaczej.
Kroki na klatce schodowej. Szybkie i zdecydowane.
Marta spróbowała wstać. Kolano zaprotestowało wysyłając do mózgu ogłuszającą falę bólu. Nie było jednak czasu na drobiazgi. Ze łzami spływającymi po policzkach wstała i ruszyła wzdłuż nawy głównej. W stronę drugiej klatki schodowej.
Gdyby udało mi się zbiec na dół i schronić w lesie, mam szanse przeżyć, pomyślała i usłyszała ryk. Spojrzała za siebie i spostrzegła prześladowcę. Jego głowę pokrywała siatka nabrzmiałych żył, zaś z ust wypływała czarna maź. Więc tak wygląda wściekłość w piekle – przeszło Marcie przez głowę i opanował ją spokój. Wiedziała, że nie ucieknie. Zdawała sobie sprawę z tego od początku. Jednak wbrew jej naturze było poddanie się. Musiała zrobić wszystko, by przetrwać i tak też postąpiła.
Niestety to nie wystarczyło.

Deski pod stopami potwora jęknęły, gdy rzucił się do przodu, by pochwycić w rozwarte szczęki swą ofiarę.
Będę cię pożerać przez wieczność!
Marta zaczęła cofać się tyłem, zapomniawszy, iż ma za sobą dziurę wyrytą przez kamień. Gdy nie poczuła pod stopami oparcia, poddała się sile grawitacji i runęła w dół. Wysokość nie była duża, jednak spadła na kamienie, zdarła skórę z obu łokci i stłukła plecy. Chwilę później stwór stał tuż nad nią. Uśmiechał się i śmierdział tryumfem. Sine dłonie wciąż poruszały długimi palcami, jakby nie mogły się doczekać, by zerwać swej ofierze skórę i obgryźć kości.
- Mówiłem, że cię złapie. Przed wiecznością nie ma ucieczki. Po dniu zawsze nadchodzi ciemność, a pośród niej czają się strachy. Czaję się ja!

Usta teściowej rozwarły się niczym piekielne wrota, coś poruszało się w środku. Coś bardzo złego.
Ostatnimi rozpaczliwymi ruchami Marta starała się odsunąć od siebie nadchodzącą śmierć. Poczuła pod palcami metalowy przedmiot. Gdy stwór zbliżył się wystarczająco blisko, uderzyła go z całej siły w twarz. Nie spodziewała się, by wywarło to na nim jakiś efekt. I ledwo uwierzyła własnym oczom, gdy twarz mężczyzny rozpadła się w zetknięciu z dziwnym przedmiotem. Marta dopiero teraz spostrzegła, iż trzyma w ręku złote naczynie. Bardzo podobne do tego, które widziała na sufitowym rysunku. Jego powierzchnię zdobiły dziwne znaki, z których jakby wydobywała się moc. To było zdumiewające, ale teraz mogła nawet wstać. I gdy spojrzała na swą teściową, wiedziała, że wygrała. Szarą twarz oszpeciło przerażenie. Mężczyzna w czerni zaczął się cofać i w końcu uciekać. Marta zaśmiała się, czując w sobie obcą, nieposkromioną moc i ruszyła w pogoń.
Role się odwróciły.

Koniec
Pytania? Sugestie? Komentarze do pracy autora?
Zobacz też:
-Kto liczy? - zapytała mała Ania swoich urodzinowych gości.
-Córciu, może ty? Urodzinowy ma pierwszeństwo - odpowiedział tata.
-Och tak! Dziękuję! To ja zaczynam liczyć. Jeden, dwa, trzy...
Wszyscy goście, czyli mama, tata, ciocia z wujkiem i dziadkowie zaczęli się chować. Gdy Ania doliczyła do dwudziestu zawołała:
-Szukam! Ale najpierw zgaszę światło, żeby...
Czytaj dalej
Strona Straszne-Historie.pl do poprawnego działania wykorzystuje pliki typu Cookies. Korzystając ze strony wyrażasz na to zgodę.
Jeśli lubisz takie rzeczy jak: horror, creepypasta, książki, filmy, gry komputerowe, opowiadania z gatunku horrory to Straszne-Historie.pl to strona dla Ciebie. Nasze opowiadania potrafią wciągnąć i przestraszyć lepiej niż filmy horror oraz książki grozy.