Strasznie polecamy
Ojciec Benjamin
Dodane przez: mr_donut064, 24.08.2017, 19:37
Nie wiem, co byśmy zrobili, gdyby nie Ojciec Benjamin.

Siedzę teraz na jednym z moich obitych skórą foteli i spoglądam przez okno na Stolicę. Niewielkie wille z ogrodami i bogato zdobione fontanny są na każdym rogu bogatej dzielnicy i ciągną się aż do wysokiego, ceglanego muru, oddzielającego nas od rzeczywistości. Rzeczywistości brudnej i brutalnej. Za murem rozpościera się połać terenu o wiele większa, niż zajmują wille ludzi, którym się powiodło. Za murem jest reszta Stolicy, która nie prezentuje się już tak bajkowo.

Dzielnica kupiecka, w której całą dobę towary wędrują z rąk do rąk, bądź są wykradane przez wszechobecnych złodziei. Dzielnica Najwyższych, w której tworzy się prawo utrudniające życie małym społecznościom oddzielonym od Stolicy. I w końcu Dzielnica Biedy, której ulice przemierzają zastępy bezdomnych, kąsani przez wszechobecne szczury.

Kiedy wspominam stare czasy, czasy ciężkiej pracy i nieustannego wysiłku, dziwię się, że udało mi się dojść aż tutaj. Prosty dzieciak z niewielkiego miasteczka na rubieżach nagle znalazł się na szczycie. Teraz mówią mi per pan, a dżentelmeni kłaniają się na ulicach. Zawsze chodzę czysty, ze stylową laską w ręku i złotymi monetami brzęczącymi w kieszeniach.

Jednak mimo luksusów, które udało mi się osiągnąć, nie zapomniałem o Starych Bogach. Ojcze Benjaminie, jeżeli gdziekolwiek jesteś i widzisz mnie teraz, wiedz, że nie zapomniałem.

***

Zawsze miałem wrażenie, że Ojciec Benjamin utrzymywał naszą niewielką społeczność w zgodzie. Zawsze potrafił rozwiązać wszelkie spory i waśnie, znaleźć dobrą radę na każdy problem i pomóc nawet w najcięższej sytuacji. Całe miasto zwracało się do niego o pomoc, a ten nigdy jej nie odmawiał. Zawsze był, kiedy go potrzebowaliśmy. Za to go ceniliśmy.

Jeżeli ktoś zawędrowałby na północ od Stolicy, ku górom, i natrafił na nasze miasteczko, to niewątpliwie jedna z budowli przykułaby jego uwagę. Kamienny kościół, stojący na niewielkim wzniesieniu, był jednocześnie najstarszym i najładniejszym budynkiem w tamtej okolicy. Wzniesiony za pomocą mocnych, farmerskich rąk naszych prapradziadków trwał już tak niemal trzy wieki. Był stary, to prawda, ale dzięki troskliwym dłoniom Ojca Benjamina wyglądał, jakby dopiero co go wybudowano. Dbał on o ten budynek jak o dziecko, którego nigdy nie miał. A my razem z nim.

Na wzniesienie prowadziły kamienne schodki, regularnie i dokładnie zamiatane każdego ranka. Po obu stronach dwumetrowego portalu, prowadzącego do środka, stały dwie gliniane statuetki Starych Bóstw, których imiona już dawno zostały zapomniane. Wnętrze zaś, mimo, że skromne, dawało wrażenie niezwykle przytulnego. Sześć ław ułożonych w dwa rzędy, każda zdolna pomieścić sześć osób, były ustawione przy ścianach i skierowane ku ołtarzowi i mównicy. Te zaś stały równolegle od drzwi, po drugiej stronie budynku.

Ojciec Benjamin dbał o kościół, a my dbaliśmy o niego. Nie raz widziałem, jak pani Passer przynosiła Ojcu jedzenie, pan Wenfer świeże mleko, a moja mama własnoręcznie upieczony chleb. Czuliśmy, jakby wielebny był fundamentem, bez którego całe miasto się zawali. Kiedy wspominam tamte czasy, nie wykluczam, że tak było w rzeczywistości.

Takich kościołów jak ten Ojca Benjamina nie zostało już wiele. Religia zanikała, a Stolica co rusz ograniczała prawa i możliwości wierzących. Starzy Bogowie popadali w zapomnienie z każdym kolejnym dniem. Wciąż pozwalano nam wierzyć, ale każdy czuł, że w końcu nadejdzie moment, w którym Stolica przekroczy ostateczną granicę. Pozostawało nam tylko trwać i wypatrywać przybycia Świeckich.

Świeccy zawsze podróżowali w trzyosobowych grupach. Były to drużyny wyselekcjonowane i wyprawione przez Najwyższych, w celu uświadamiania małych społeczności, które mieszkały na rubieżach Stolicy, o nowych prawach i rozporządzeniach. Zazwyczaj przynosili złe wieści, więc nikogo nie dziwiło, że ubrani byli jak pochód pogrzebowy.

Wciąż pamiętam moment, kiedy pierwszy raz zobaczyłem Świeckich na własne oczy. Był koniec lata, wieczór. Po całym dniu pracy siedziałem zmęczony na ławce przed kościołem i obserwowałem gołębie, leniwie dziobiące pozostawione na ziemi okruszki chleba. Wtedy dosiadł się do mnie Ojciec Benjamin. Nasza rozmowa zaczęła się tak, jak każda normalna pogawędka - pytaniami o samopoczucie, skwitowaniem dzisiejszej pogody i tak dalej. W końcu jednak odważyłem się zadać pytanie, które męczyło mnie już od dłuższego czasu.

- Dlaczego ludzie przestają wierzyć, Ojcze?

- Ciężkie pytania zadajesz na rozpoczęcie rozmowy, drogi Toddzie.

- Wiem - powiedziałem spokojnie, miętosząc w rękach kawałek swojej lnianej koszuli. - Ale nie potrafię tego zrozumieć. Co i rusz Stolica chce nam uświadomić, że wiara jest zła.

- Ludzie przestają wierzyć, ponieważ nie widzą w tym korzyści.

- Korzyści?

- Dobrze słyszałeś, drogi Toddzie. Widziałeś kiedyś Stolicę na własne oczy?

- Nie, nigdy stąd nie wyjechałem. Ale chciałbym kiedyś tam pojechać!

- Głęboko ci tego odradzam, chłopcze. Byłem tam nie raz, a rzeczy, które widziałem, wciąż odwiedzają mnie w snach.

- Naprawdę tam byłeś?! Nigdy mi o tym nie opowiadałeś!

- Nie bez powodu. Posłuchaj mnie uważnie - nigdy nie wyjeżdżaj do Stolicy, drogi chłopcze. Nie ma tam nic, za wyjątkiem biedy, przemocy i rozczarowania. Nieliczni, którym się udało, żyją jak królowie, patrząc na nas, zwykłych ludzi, jak na robactwo. Nie daliby nam nawet złamanego miedziaka, mimo tego, że bez nas nigdy by się nie dorobili fortuny.

- W takim razie skąd mają tyle pieniędzy?

- Lewe interesy to w stolicy chleb powszedni. Trzeba wyrzec się własnego sumienia, żeby dostąpić zaszczytów jedzenia ze złotych talerzy. Niewielu jest na świecie ludzi, którzy dorobili się uczciwie. Droga do bogactwa, chłopcze, to w stolicy wyścig szczurów. Jednej osobie się uda, a reszta skończy w rynsztoku, zapełniając ulice błagalnymi szlochami o monetę lub kawałek chleba.

Milczeliśmy przez chwilę.

- Tłumaczę ci to wszystko, żebyś jak najlepiej zrozumiał, dlaczego ludzie wyparli się Starych Bogów. Plotki, które słyszałeś o Stolicy, odnoszą się tylko do Dzielnicy Bogatej, która zajmuje niewielką część tej wylęgarni zła. Tych, którzy pogonili za wizją wysadzanych złotem ulic, można spotkać teraz w Dzielnicy Biedy, w której aż czuć swąd rozkładających się ciał, a ulice pełne są szczurów. Tylko patrzeć, jak rozpocznie się epidemia. Jeżeli kiedyś tam trafisz, drogi Toddzie, możesz być pewien, że osiągnąłeś już dno ludzkiego upokorzenia. Brudny, w samych łachmanach, będziesz przemierzał ulice wypełnione ludźmi, dla których już nie ma nadziei. Nie ma ratunku. Nie raz będą to ludzie, którzy kilka dni wcześniej opływali się w luksusach w swoich bogatych willach.

- Ale w takim razie - przerwałem. - Czy tacy ludzie nie powinni wierzyć bardziej? Przecież wiara w Starych Bogów to jedyne, co im w takiej sytuacji zostało. Gdzie szukać pomocy, jak nie u nich?

- Szukali pomocy, szukali. Ale po długim czasie modłów i czci bogom, których imion nawet nie znają, nie otrzymali nic w zamian. Zaprzestali modlitw i przeszli na wygrażanie pięściami ku niebiosom. Za swoją biedę i nędzę, za głód. Za wszystko, co złe. Wtedy przestali się modlić i ruszyli szukać jedzenia. Okruchy chleba znalezione na brudnej ulicy to niewiele, ale wciąż więcej, niż dali im bogowie. Wiara umiera, drogi Toddzie, ponieważ ludzie źle ją pojmują. Wydaje im się, że swoją modlitwą i uporem zawsze osiągną to, co jest z ich punktu widzenia nieosiągalne. Kluczem do sukcesu jest, żeby wierzyć, ale nie popaść w tę wiarę zanadto. Starzy Bogowie to nie służący, którzy spełnią wszystkie nasze zachcianki.

- Jednak wciąż czegoś nie rozumiem.

- Tak? Czego, drogi chłopcze?

- Tego, dlaczego Najwyżsi chcą zniszczyć wiarę w Starych Bogów. Jaki mają w tym cel?

- Wiara w Starych Bogów to jedyne, co dała nam przeszłość - uśmiechnął się gorzko. - Jedyny punkt, który świadczy o naszych przodkach. Nie mówię tu o naszych dziadkach i pradziadkach, ale o tych, którzy byli tu wcześniej. Którzy zamieszkiwali te ziemie na długo przed nami wszystkimi. Wiemy o nich tylko tyle, że oddawali cześć Starym Bogom, którzy dla nich byli po prostu Bogami. Jednak Najwyżsi ze stolicy nie lubią patrzeć wstecz. Nie chcą tego robić. Według nich nasza religia to jedyna i najgorsza rzecz, którą ofiarowali nam przodkowie. Dlatego tak usilnie próbują ją wyplenić. Słyszałeś kiedyś o "Rzezi na Rynku"?

- Tak. Tato mi niedawno o tym mówił.

- A słyszałeś też o tym, że uzbrojona grupa biedaków, którzy jakimś sposobem przedarła się na rynek ulicy kupieckiej, wykrzykiwała hasła, jakoby robili to w imieniu Starych Bogów?

- Nie. Tego nie pamiętam.

- Tak właśnie było, drogi Toddzie. Ci biedacy wykrzykiwali, że składają bogom ofiarę. Że robią to wszystko dla nich, dla bogów. Najwyżsi już wcześniej widzieli w naszej wierze problem, a "Rzeź na Rynku" była swego rodzaju punktem zapalnym. Zaczęli stopniowo ograniczać nasze prawa, przygotowywali grunt pod ostateczny cios. Cios, który, obawiam się, może niedługo nadejść.

- Ale żeby niszczyć wiarę w Starych Bogów tylko przez jeden incydent? Przecież to nie ma sensu.

- To nie był jedyny powód, chłopcze, ale powód, którym Najwyżsi mogli się bez problemu zakryć. Już wcześniej nie podobała się idea religii i coniedzielnych mszy. Idea dawania darów bogom i czczenia ich, budowania kościołów i kapliczek. Wiara nie przynosi zysku, chłopcze. A w dzisiejszych czasach zysk, to jedyne, co ma znaczenie w Stolicy. Albo trzymasz w dłoni monetę, albo leżysz pod butem, brudny i sponiewierany.

Bogaci wyrzekli się wiary, ponieważ bogowie nie są im potrzebni. Są panami świata i spoglądają na wszystko i wszystkich z góry. Biedni po prostu przestali wierzyć, bo zbyt usilnie myśleli, że bogowie wyniosą ich na szczyt ludzkich pragnień. Z perspektywy Najwyższych wiara się po prostu nie opłaca. Dlatego właśnie postanowili wyplenić ją do końca. Do samych korzeni. A tymi korzeniami, drogi chłopcze, jesteśmy my.

Siedzieliśmy w ciszy i rozmawialiśmy, kiedy na samym końcu drogi dostrzegliśmy trzy ciemne sylwetki, zmierzające w naszym kierunku. Byli to mężczyźni, ubrani w dwurzędowe płaszcze z jedwabiu, pod którymi skrywali białe jak śnieg koszule. Ich głowy chroniły czarne kapelusze z dużymi rondami, przewiązane białą chustą, która opadała na tył głowy.

Ten, który szedł na czele, wplótł swoją chustę w długi warkocz blond włosów, spływający mu po plecach. Z reszty drużyny wyróżniało go też to, że przez pas miał przewieszoną skórzaną tubę w kolorze grafitu. Zatrzymali się przed nami.

- To pan tutaj zarządza kościołem? - zapytał ten z przodu, wskazując na Ojca Benjamina chudym, bladym palcem.

- Tak, ja. Nazywam się...

- Nieistotne, jak się pan nazywa - przerwał mu mężczyzna, po czym wyciągnął z grafitowej tuby zwój i zaczął czytać.

- Na podstawie "Praw Obowiązujących" ustalonych przez Najwyższych, od teraz każde miejsce kultu oddające cześć bóstwom nazywanym "Starymi Bogami" - powiedział z pogardą. - Ma zostać niezwłocznie usunięte, rozebrane bądź zniszczone w przeciągu tygodnia od otrzymania informacji o nowym prawie. Jeżeli zarządca takiego przybytku nie dostosuje się do nowych zasad prawnych, zostanie publicznie stracony, za to miejsce kultu doszczętnie zniszczone. Podpisano: Bertold Hall.

Przybysze byli głusi na wszelkie słowa protestu, a kiedy w końcu odeszli, nad kościołem zawisły czarne chmury. Ojciec Benjamin zaszlochał, a niebiosa razem z nim.

***

Wieść rozeszła się w trybie natychmiastowym. Do bram kościoła ruszyły prywatne pielgrzymki złożone ze zmartwionych rodzin i już wkrótce prawie całe miasto stało na kamiennych schodkach prowadzących na wzniesienie. Jedynie stary Howl, mieszkający samotnie w niewielkiej, drewnianej budce przy drodze, się nie pojawił. Oczywiście próbowano go powiadomić o całym zajściu, ale jego drzwi frontowe były zamknięte, a on nie dawał znaków życia. Wszyscy sądziliśmy, że zasnął i nie usłyszał pukania i wołania. W końcu był już stary.

Próba pocieszenia Ojca Benjamina nie mogła się powieść. Pastor nie był na nas gotowy, by z nami rozmawiać. Zamknął się, a raczej zabarykadował, w środku kościoła, odmawiając otwarcia drzwi.

Straszne było to, że nie wiedzieliśmy, jak mamy pomóc. Ze wszystkimi problemami zwracaliśmy się do Ojca Benjamina, ale co mieliśmy zrobić, kiedy jego zabrakło? Kiedy to jego dotyczył problem? Nie potrafiliśmy znaleźć sensownego rozwiązania, ale chcieliśmy przynajmniej spróbować go pocieszyć. Niestety, zamknięty na trzy spusty kościół wcale nie ułatwiał tego zadania, a na jego otwarcie się nie zanosiło. Zanim zaszło słońce, ostatnie osoby odeszły od bram wciąż zamkniętego budynku.

Następnego ranka, dzień przed mszą, wrota wciąż były zamknięte. Na najwyższym schodku, tuż przed wejściem, dało się zauważyć butelkę mleka i talerz z chlebem ze smalcem, czekającym na Ojca Benjamina. Tego dnia jednak nie czekaliśmy już na wyjście wielebnego, bowiem okazało się, że stary Howl zmarł poprzedniej nocy.

Skoro kościół miał zostać niedługo zniszczony, nie mogliśmy marnować czasu. Wszystkie przygotowania dotyczące ostatniego pełnego pogrzebu musiały nastąpić jak najszybciej. Howl był ostatnim ze swojej rodziny, nie miał żony ani dzieci, a jego rodzice dawno już spoczywali pod ziemią, tym samym wybrano trzy osoby, które miały zająć się przygotowaniem jego pochówku. Do tego zadania wyznaczono mnie, pana Darta i pana Wenfera. Wzięliśmy ze sobą łopaty i ruszyliśmy do lasu, gdzie znajdował się miejski cmentarz. Był to cmentarz bardzo skromny, wśród natury, nieogrodzony nawet zwykłym płotem. Kopce ziemi, skrywające pod sobą naszych przodków, rozrzucone były nieregularnie, w pewnych odstępach od siebie. Każdy z nich posypany był świeżymi gałązkami Sowiecznika, którego wymienialiśmy raz w tygodniu. Dzięki temu mogliśmy mieć pewność, że żadne dzikie zwierzę nie rozkopie grobu, a i również była to część tradycji. Wierzyliśmy bowiem, że świeże gałązki Sowiecznika pomagają duszy zmarłego wstąpić do miejsca, gdzie mieszkali Starzy Bogowie. Do Ogrodu.

Znaleźliśmy dogodne miejsce na nową mogiłę, a kiedy wykopaliśmy wystarczająco głęboką dziurę, słońce było w zenicie. Teraz pozostawało nam tylko przygotować nieboszczyka na ceremonię kościelną oraz zabrać z jego domu rzeczy, które spoczną razem z nim.

Ruszyliśmy do drewnianej budki, którą stary Howl zamieszkiwał. Jego dom składał się z dwóch niewielkich izb, z których jedna służyła za sypialnię, druga zaś za kuchnię. Zmarły wciąż leżał na swoim łóżku. Na razie nie dało się zauważyć następującego rozkładu, ale była to kwestia dni. Jego siwa, długo niegolona broda była zmierzwiona, a włosy sterczały w chaosie. Oczy, wciąż otwarte, wpatrywały się tępo w sufit, a prawa ręka przyciśnięta była do piersi, prosto w miejscu serca. Tak właśnie skonał stary Howl.

***

Kiedy niedzielnego poranka wyszedłem na ganek i spojrzałem w stronę kościoła, dostrzegłem tam już zbiegowisko ludzi, a wśród nich Ojca Benjamina, który po raz pierwszy od trzech dni opuścił świątynię. Jego oczy były lekko opuchnięte, ale sprawiał wrażenie szczęśliwego. Uśmiechał się szeroko, wędrując wzrokiem pomiędzy pocieszającymi go ludźmi.

Równo o dwunastej zaprosił wszystkich do środka, żeby odprawić ostatnią mszę.

Jego przemówienie było pokrzepiające i niosło niesamowity bagaż emocjonalny. Co wrażliwsi uronili kilka łez, a Ojciec Benjamin uśmiechał się do nas wspominając stare czasy, odnosząc się do Starych Bogów i pocieszając nas, mimo, że sam potrzebował pocieszenia. Kiedy właściwe zgromadzenie się zakończyło, poprosił, żebyśmy jeszcze nie wstawali. Otarł z policzka samotną łzę, poprawił szatę i spojrzał na wszystkich zebranych. Wziął głęboki wdech, po czym przemówił:

- Jak dobrze wiecie, kochani, ta msza jest naszą ostatnią. Stolica za wszelką cenę chce stłumić wszelkie religijne zgromadzenia i zniszczyć wszystkie świątynie poświęcone Starym Bogom. Wiem, że to może być ciężkie do zrozumienia, sam też w pełni tego nie pojmuję. Ale mówię to wszystko, ponieważ chcę was o coś poprosić - Zrobił długą pauzę. - Kiedy w następny piątek do miasta przyjdzie oddział Świeckich, nie stawajcie za mną w obronie. Jak możecie się domyślić, nie jestem w stanie zniszczyć mojego... Naszego kościoła. Łączy mnie z tym miejscem zbyt wiele. Dlatego kiedy przyjdą i będą chcieli ze mną skończyć... Nie ingerujcie w to. Pozostańcie bierni, tylko o to was proszę.

Wyciągnął rękę, próbując stłumić odgłosy sprzeciwu. Kiedy nastąpiła cisza, kontynuował:

- Wiem, że jesteście w stanie wiele poświęcić, żeby dać mi dach nad głową i udzielić wszelkiej pomocy, ale musicie zrozumieć, że to nie jest rozwiązanie. Kiedy kościół upadnie, nasza wiara również zacznie. Każdy będzie czcił Starych Bogów na swój sposób, budował im w lesie skromne kapliczki, ale jak myślicie, ile czasu minie, zanim Stolica wyda kolejne rozporządzenia? Przekroczyli granice raz, zrobią to i drugi. Co nastąpi potem? Rzeź wielebnych? A później? Przyjdzie w końcu czas na wierzących. Każdy przejaw czci Starych Bogów będzie karany. Jestem bardziej niż pewien, że to nastąpi, moi drodzy. Stolica nie ugnie się przed niczym, żeby wyplenić z nas wiarę. Starzy Bogowie i tak już popadają w zapomnienie, niedługo nikt o nich nie będzie pamiętał. Dlatego też muszę odejść razem z kościołem. Proszę was raz jeszcze. Kiedy przyjdą Świeccy, nie próbujcie mnie bronić. Zrobię, co w mojej mocy, żeby kościół przetrwał, ale nie chcę nikogo w to wciągać. Czy spełnicie moją prośbę?

- Oni cię zabiją, Ojcze! - krzyknął ktoś stojący w rogu sali.

- Nie możemy cię zostawić! Pomożemy ci, stawimy czoła Świeckim!

- To nic nie da, kochani, dobrze o tym wiecie - Ojciec Benjamin rozłożył bezradnie ręce. - Kiedy Stolica dowie się o tym, że mieszkańcy naszego miasta zrobili rzeź Świeckich, wyślą na nas cały zbrojny oddział! Rozniosą to miasto w pył, a was czeka brutalna i pełna cierpienia śmierć!

Spór trwał, a Ojciec Benjamin na każdy głos sprzeciwu miał odpowiedni argument. Zdawał sobie sprawę z tego, że niełatwo będzie nas przekonać, bowiem wciąż żywiliśmy się pięknymi kłamstwami o tym, że wszystko będzie dobrze. On jedyny myślał na tyle trzeźwo, żeby wiedzieć, że nic takie nie będzie.

Kiedy głos rozsądku Ojca Benjamina przemówił do każdego z nas, zrozumieliśmy, że znaleźliśmy się w drodze bez wyjścia. Za namową wielebnego złożyliśmy śluby, że podczas przybycia Świeckich będziemy bierni. Nie było to łatwe, ale w końcu ulegliśmy.

Taka była ostatnia wola Ojca Benjamina.

Po ostatniej mszy nadszedł czas na ostatni pochówek. Nasza trójka wraz z pomocą syna Tiltona, lokalnego cieśli, wniosła do kościoła łóżko Howla razem ze zmarłym. Stary Howl był przykryty czystą, białą pościelą i wyglądał, jak gdyby dopiero co położył się spać. Postawiliśmy łóżko przed Ojcem Benjaminem, który stanął naprzeciwko, zamknął oczy i uniósł ręce ku górze.

- O, drogi George'u z rodziny Howlów! - krzyknął. - Twój czas na ziemi dobiegł końca, bowiem taka była wola Starych Bogów! Nie powinniśmy ich obwiniać, ale być im wdzięczni, bowiem zabrali cię do lepszego miejsca, do Ogrodu, w którym już nigdy nie zaznasz goryczy ni smutku! Twoja dusza niedługo uleci ku górze, a twoje ciało spocznie w ziemi, tak jak ciała twoich przodków i tak jak ciała twoich potomków! Droga ku Ogrodowi jest samotna, ale nie obawiaj się, drogi George'u z rodziny Howlów, bowiem nadejdzie czas, kiedy wszyscy spotkamy się ponownie, by razem ucztować po wsze czasy!

Wszyscy zebrani wykonali ukłon w stronę łóżka, a później drugi, skierowany ku ołtarzowi. Podnieśliśmy mebel i powędrowaliśmy ku przygotowanemu grobowi, z Ojcem Benjaminem na czele, który cały czas wygłaszał modlitwy za zmarłego.

Kiedy ciało okryte pierzyną zostało złożone do grobu, ułożyliśmy obok niego przedmioty, które niegdyś do niego należały. Lipowa fujarka, na której stary Howl grał wieczorami, siedząc przed domem na bujanym fotelu. Stary, zardzewiały pierścień, który zawsze nosił na palcu, a którego historii nikt już nie pamięta. Drewniana łyżka, niezastąpiona przy każdym posiłku. I gałązka Sowiecznika. Pomoc dla ciała i dla duszy.

Kiedy przedmioty znalazły się przy zmarłym, zaczęliśmy zakopywać ciało, a pochód pogrzebowy ustawił się wokół nas. Ojciec Benjamin cały czas wspominał zmarłego, a robił to tak pięknie, że nawet najzimniejsze serce zaczynało topnieć. Kiedy na miejscu dołu znalazł się wypukły kopiec, nastąpił czas ostatecznego pożegnania i otwarcia zmarłemu drogi do Ogrodu.

Odsunęliśmy się, a wielebny uklęknął przed grobem i uniósł ku niebiosom swoje ręce, w lewej dzierżąc nóż. Przyłożył go do swojej prawicy, dokładnie na linii serca i przeciął skórę jednym, zamaszystym ruchem. Bez wahania. Ścisnął dłoń w pięść, powstrzymując krew i wygłosił ostatnie słowa, kończące pochówek:

- Niechaj ta krew spłynie ku korzeniom i da zmarłemu siłę, żeby dostąpił zaszczytu zasiadania w Ogrodzie. Taką składamy ofiarę, o Starzy Bogowie, aby członek naszej rodziny, przyjaciel, druh, George Howl znalazł drogę wśród chmur. Żeby jego dusza już zawsze była bezpieczna.

Wypowiadając te słowa przycisnął prawą rękę do świeżej ziemi. Trwał tak przez chwilę, czekając, aż ziemia nasiąknie jego krwią, po czym wstał i obwiązał dłoń zwojem bandażu. Na szkarłatnej ziemi położono drugą gałązkę Sowiecznika. Wykonaliśmy ostatni z ukłonów, najpierw do zmarłego, później do nieba. Pochówek został zakończony.

***

Kiedy byłem młodszy i nie mieszkałem w Stolicy, zwykłem wybierać się na krótkie, nocne spacery. Czasami, kiedy spoglądam przez okno mojego salonu i widzę świat za ceglanym murem Bogatej Dzielnicy, tęsknię za tymi czasami. Kiedyś mogłem spacerować wśród bladych ulic oświetlanych księżycem i nie martwić się o życie ani zawartość portfela. Oddychać chłodnym, nocnym powietrzem, nie czując na plecach wzroku opryszków i złodziei, tylko czekających na odpowiedni moment do ataku. W rzeczy samej, tęsknię za tamtymi czasami.

Wszechobecna cisza, przerywana grą koników polnych i pohukiwaniem sów, była nader uspokajająca. Mogłem się wtedy w pełni oddać własnym myślom i rozważyć dręczące mnie problemy. Nie wyobrażałem sobie zakończenia dnia bez jednego z takich spacerów. Były one pewną formą oczyszczenia po ciężkim dniu pracy.

Jednak w niedzielę, dniu ostatniej mszy i ostatniego pochówku, byłem świadkiem niecodziennego zdarzenia. Jeden z moich conocnych spacerów zbliżał się do końca. Spacerowałem wtedy środkiem głównej ulicy, obserwując domy sąsiadów, w oknach których gdzieniegdzie wciąż paliły się lampy. Minąłem dom państwa Passerów i niewielki sklepik Toma, kiedy usłyszałem szczęk otwieranych drzwi.

Odwróciłem się i ujrzałem, jak Ojciec Benjamin opuszcza kościół, zamykając za sobą drzwi portalu. Na jego plecach dostrzegłem jakiś podłużny przedmiot, z wyglądu przypominający... Strzelbę? Nie miałem pojęcia, czy to, co widzę, jest prawdziwe. Podłużny przedmiot na plecach wielebnego mógł być tylko majakiem, zwykłym przywidzeniem. Jaki Ojciec Benjamin miałby cel w posiadaniu takiej broni?

Stanąłem jak wryty i wstrzymałem oddech, kiedy mężczyzna zamknął drzwi i spojrzał w moją stronę. Przez chwilę myślałem, że mnie zauważył, ale byłem zbyt pogrążony w cieniu. Nie mógł wiedzieć, że tam jestem. Po chwili wielebny odwrócił się i ruszył w stronę lasu. Stałem tak jeszcze chwilę, obserwując pustą ulicę, po czym wróciłem do domu, nie mówiąc nikomu o tym, co widziałem. Po mojej głowie wciąż jednak obijało się pytanie: "Czy to istotnie była strzelba?"

Moje wątpliwości zostały rozwiane, kiedy w środku nocy zbudziłem się oblany potem, a w moich uszach wciąż huczał dźwięk wystrzału.

***

Przez cały poniedziałek Ojciec Benjamin siedział w kościele, zamknięty na trzy spusty. Kiedy ktoś przynosił mu jedzenie, ten dziękował za podarunek i prosił, żeby położyć go na schodach. Talerze z jedzeniem wkrótce znikały we wnętrzu świątyni, ale nikogo nie było przy tym, kiedy wielebny je zabierał. Puste naczynia zostawiał później na schodach, odkładając je równie niepostrzeżenie.

Po głowie wciąż krążyły mi myśli dotyczące tego, co wydarzyło się ostatniej nocy. Do czego Ojciec Benjamin strzelał w lesie? Tej nocy postanowiłem przyczaić się w pobliżu kościoła i sprawdzić czy sytuacja się powtórzy. O tej samej godzinie, co dnia poprzedniego, wyszedłem na zewnątrz i skryłem się w cieniu, mając przed sobą dokładny widok na świątynię. Usiadłem na ziemi i oparłem się plecami o ścianę budynku, po czym zacząłem obserwować.

Mam wrażenie, że czekanie zajęło więcej czasu, niż trwał mój zwyczajny spacer, ale w końcu drzwi kościoła otworzyły się i znów ujrzałem w nich Ojca Benjamina. Był ubrany tak jak zwykle - w czarną szatę sięgającą do ziemi, zakrywając przy tym nogi, ciężką kurtę chroniącą przed wiatrem, na głowie zaś stylowy cylinder, który zawsze zabierał ze sobą, kiedy opuszczał świątynię.

Na jego plecach ponownie wisiała strzelba.

Kiedy upewnił się, że nikogo nie ma, zamknął drzwi portalu i ruszył w tę samą stronę, co minionej nocy. Bardzo ostrożnie podążyłem za nim. Ojciec Benjamin szedł przez chwilę główną drogą, po czym nagle skręcił w jedną z niewielkich uliczek pomiędzy budynkami. Szedł szybko, ale kroki stawiał na tyle cicho, że gdyby zniknął mi z zasięgu wzroku, nie byłbym w stanie podążać za ich dźwiękiem.

Kiedy wyrosła przed nami ściana lasu, zawahałem się. Wielebny zniknął pomiędzy drzewami, a ja momentalnie straciłem go z oczu. "Może to i lepiej", pomyślałem. Zapuszczanie się do lasu w nocy było niebezpieczne, a Ojciec Benjamin był ubrany prawie całkowicie na czarno, więc podążanie za nim wśród leśnych ciemności graniczyło z niemożliwością. Wycofałem się i wróciłem do domu.

Ponownie zbudził mnie odgłos wystrzału.

***

Wkrótce okazało się, że tylko ja i młody Tilton słyszeliśmy wystrzał tej i poprzedniej nocy. Reszta mieszkańców nie została wytrącona ze snu, nie dobiegł ich potworny huk zwiastujący czyjąś śmierć. Z racji tego, że byliśmy młodsi, dorośli zdawali się głusi na nasze zapewnienia, że takie coś miało miejsce.

- Sny bywają bardzo realistyczne, drogie dzieci - stwierdziła babka Heta, kiedy usłyszała naszą wersję zdarzeń. - Wydaje wam się, że już się zbudziliście, a tak naprawdę wciąż śnicie, stąd te dziwne odgłosy.

- Ale babko, naprawdę to słyszeliśmy! Powiedz jej, Todd! - kłócił się sfrustrowany Tilton.

- To prawda, babko. Tilton ma rację - odparłem. Nie odważyłem się nikomu powiedzieć o tym, że dziwne wystrzały były prawdziwe, a stał za nimi najpewniej Ojciec Benjamin. Widocznie miał w tym jakiś cel, a ja miałem zamiar to uszanować. Nie chciałem, żeby w tych ostatnich dniach ktoś zepsuł jego reputację.

- Oj dzieci, dzieci. Skąd tu u nas takie dźwięki? Nikt w wiosce nie ma strzelby, z której taki huk by dojść mógł! A może to w lesie kto mieszka, co postanowił sobie, że co noc będzie was budzić wystrzałami? - zaśmiała się, rozwierając usta w bezzębnym uśmiechu.

Tilton wciąż próbował udowodnić swoje racje, ale ja nie widziałem w tym sensu. Dobrze wiedziałem, że wystrzały były prawdziwe i wcale nie zależało mi na tym, by ktokolwiek mi wierzył. Wróciłem do domu, słysząc za plecami głos zdenerwowanego Tiltona.

Ledwo zamknąłem za sobą drzwi, a do rąk został mi wepchnięty wiklinowy kosz z jedzeniem dla Ojca Benjamina. Zobaczyłem w tym swoją szansę, żeby z nim porozmawiać - może uda mi się go namówić do otwarcia drzwi kościoła. Chciałem się upewnić, czy wszystko z nim w porządku, ale i zapytać o jego nocne wędrówki. Nie obchodziły mnie konsekwencje, byłem ciekawy i martwiłem się o wielebnego. Coś było na rzeczy, a ja chciałem wiedzieć co.

Kiedy upewniłem się, że wokół świątyni nikogo nie ma, wspiąłem się po kamiennych schodkach i zapukałem do drzwi portalu.

- Ojcze Benjaminie! Przyniosłem jedzenie! - krzyknąłem na tyle głośno, aby mnie usłyszał.

- Postaw je proszę na schodach, chłopcze. Dziękuję. - Jego głos był jakby inny. Zachrypnięty.

- Chciałbym z Ojcem porozmawiać. - powiedziałem już nieco ciszej, ale na tyle głośno, by dźwięk przebił się przez świątynne drzwi.

- Przykro mi, ale czas na rozmowy się skończył. Proszę, zostaw mnie w spokoju.

- To naprawdę ważne.

- Uwierz mi, drogi Toddzie, że mam ważniejsze sprawy na głowie.

- Nie, to jest ważne. Widziałem Ojca wczorajszej... - Przerwał mi dźwięk odryglowywanych drzwi. Kiedy te się otworzyły, silna dłoń wielebnego złapała mnie za ramię i wciągnęła do środka. Drzwi ponownie się zamknęły a ja stanąłem twarzą twarz z Ojcem Benjaminem. Zanim zdążyłem coś powiedzieć, ten przemówił:

- Posłuchaj mnie, chłopcze. Czasami widzimy rzeczy, których widzieć nie powinniśmy i najlepiej jest wtedy jak najszybciej o nich zapomnieć. To, co widziałeś, jest jedną z nich - Jego głos w rzeczy samej był inny. Nie była to tylko wina chrypy, ale czegoś jeszcze. Sprawiał wrażenie bardziej... Ostrego? Wielebny zawsze mówił spokojnie, jego głos był czysty i melodyjny, a teraz...

- Rozumiesz, co do ciebie mówię?!

- Tak. Tak, Ojcze. Rozumiem.

- W takim razie przyrzeknij mi, że zapomnisz o tym, co widziałeś i że już nigdy więcej nie będziesz mnie śledził.

- Ale...

- Żadnych ale! - Niemal krzyknął, spoglądając mi prosto w oczy. Dopiero teraz zauważyłem, że jego prawa źrenica była szara, jak gdyby skrywała się za mgłą. Zanim zdążyłem coś z siebie wykrztusić, Ojciec Benjamin powtórzył rozkaz.

- Przyrzeknij, że zapomnisz o wszystkim, co widziałeś w nocy i że już nigdy, ale to nigdy więcej nie będziesz próbował mnie śledzić. Zrozumiano?

- Tak. Przyrzekam.

- Dobrze. Bardzo dobrze - Uśmiechnął się, a jego uśmiech był przerażający. Cięte wargi rozszerzyły się aż do policzków, ukazując gamę brudnych, pożółkłych zębów. Poczułem nieprzyjemny fetor, ale powstrzymałem się, żeby nie zatkać dłonią nosa. To już nie był ten sam Ojciec Benjamin, który prowadził mszę dwa dni wcześniej. Tamten miał złoty, perlisty uśmiech. Był dobry. Nigdy nie podnosił głosu. Nie rozkazywał.

Zanim wyszedłem, wielebny wyrwał z moich rąk koszyk z jedzeniem i odłożył go na najbliższej ławie.

- Dziękuję - powiedział swoim innym, złym głosem, po czym wyprosił mnie na zewnątrz.

Kiedy drzwi trzasnęły za moimi plecami, zorientowałem się, że po policzkach spływają mi łzy. Łzy przerażenia i rozpaczy.

***

Otarłem twarz i prędko ruszyłem w stronę lasu. Tego dnia był wtorek, czyli dzień, w którym należało zebrać gałązki Sowiecznika i położyć je na grobach zmarłych. W tym tygodniu do tego zadania wyznaczono mnie. W tamtym momencie byłem z tego powodu względnie zadowolony - mogłem się w spokoju wypłakać, nie musząc się nikomu tłumaczyć.

Zapuściłem się w głąb lasu, do miejsca, gdzie rosły Sowieczniki. Rośliny te charakteryzowały się niezwykle szybkim wzrostem, ale warunkiem był odpowiedni teren. Nie wiedzieliśmy, od czego to zależało - czy to od nasłonecznienia, dostępności wody, czy jakości gleby. Jako niewielka, miejska społeczność nie mieliśmy też możliwości, żeby to sprawdzić.

Wiedzieliśmy za to, że Sowieczniki występują w konkretnej części lasu i to tam odrastają w niesamowitym tempie, dzięki czemu zawsze na grobach leżały świeże pędy. Osoba, która zajmowała się ich zbieraniem była wyznaczana co tydzień. Praca nie należała do najcięższych, ale trzeba było poświęcić przy tym sporo uwagi. Bowiem w miejscu, gdzie rosły Sowieczniki, rodziły się również inne rośliny o bardzo podobnym wyglądzie.

Mowa tu o Królewskich Owocach, zwanych tak przez swoje trujące właściwości. Do dziś nie wiem, czy otruto za ich pomocą jakiegoś króla, bowiem te czasy dawno już minęły, a w dzisiejszych statut władcy nie ma prawa bytu. Drzewa te jednak były o tyle zdradzieckie, że różniły się od Sowieczników jedynie korzeniami. Na powierzchni obie wyglądały tak samo - niczym młoda wierzba, obrastająca niewielkimi, zielonymi kulkami, przypominającymi malutkie melony. Pod ziemią jednak Królewskie Korzenie przedstawiały kompletnie inne ułożenie pędów. W przeciwieństwie do Sowieczników bowiem, zwijały się w spirale, przeplatając pomiędzy sobą i wystając ponad ziemię.

Dla nieuważnego zbieracza różnica mogła być na tyle niewidoczna, by pomylił obie rośliny, kładąc na grobie gałązki Królewskiego Owocu. Nie miało to żadnego odniesienia w naszej religii, ale toksyna nie raz pozostawała na skórze nieświadomego zbieracza, co później najczęściej kończyło się śmiercią. Dlatego też każdy w wiosce potrafił odróżnić drzewko Sowiecznika od Królewskiego Owocu, którego zdradzały pędy wybijające się ponad ziemię.

Zebrałem odpowiednią ilość gałązek i oderwałem z nich niewielkie owoce, w których lubowały się zwierzęta, a później dokładnie obmyłem ręce w pobliskim strumyku, tak na wszelki wypadek. Jednak kiedy wracałem na cmentarz wydeptaną ścieżką, dostrzegłem coś dziwnego. W pewnym miejscu trawa jak gdyby zmieniała kolor. Nie byłem pewien, czy był to tylko cień, czy może coś innego, więc poszedłem to sprawdzić.

Trawa była pokryta szkarłatem. Okoliczne drzewo również nosiło na sobie krwawe znamiona, mniej więcej na wysokości mojego pasa. Kwiaty, które tam rosły, były prawie w całości połamane, jak gdyby upadło na nie coś ciężkiego. Podejrzenia padły na Ojca Benjamina. Wyglądało na to, że poprzedniej nocy coś tutaj zastrzelił. Najpewniej jakieś zwierzę. Ale po co? Wiedziałem, że próżno było go o to pytać, a ja, szczerze mówiąc, obawiałem się kolejnego spotkania.

Wróciłem na cmentarz i zamieniłem stare, zeschnięte gałązki na świeżo zerwane. Nie wyrzuciłem jednak poprzednich, tylko zabrałem do domu i, kiedy nadeszła noc, rozpaliłem nimi w piecu. Nie godziło się wyrzucać Sowiecznika, który przysłużył się duszy zmarłego. Tak nakazywała religia.

***

Czwartkowej nocy, dzień przed przybyciem Świeckich, usłyszałem huk wystrzału. Nie byłem w stanie zasnąć, więc tym razem dźwięk mnie nie obudził. Prędko ubrałem się i poszedłem do kościoła. Chciałem zobaczyć Ojca Benjamina po raz ostatni i przekonać się, czy wciąż był... inny. Bałem się, to prawda, ale wiedziałem też, że to może być nasze ostatnie spotkanie.

Usiadłem w cieniu, tam, gdzie poprzednio i czekałem na przybycie wielebnego. Nie czekałem długo - po kilkunastu minutach wyszedł z ciemnej uliczki, taszcząc na plecach martwą sarnę. Przeraził mnie ten widok, ale nie miałem zamiaru się wycofać. Ojciec Benjamin podszedł do kamiennych schodków, po czym rzucił na nie sarnę i odwrócił się w moją stronę. Jego oczy, pokryte bielmem, wyłowiły mnie z ciemności. Zanim zdążyłem zareagować, wielebny przemówił:

- Nikt ci nie mówił, Toddzie Brenniganie, że nie powinno się wychodzić w nocy? - Jego głos był ostry i zachrypnięty, tak jak poprzednio. Zrobił krok w moją stronę. - Może to być bardzo, bardzo niebezpieczne. Nigdy nie wiesz... - Kolejny krok. - Kto może czekać na ciebie w ciemności.

Przyskoczył do mnie i przygwoździł do ściany, zanim zdążyłem się podnieść. Zrobił to z taką siłą, że niemal straciłem przytomność, kiedy moja głowa rąbnęła o mur. Przysunął do mnie swoją złą twarz, wyszczerzył przegniłe zęby, otworzył zamglone oczy. Widziałem, jak spod jego cylindra wychodzą srebrne, tłuste włosy, porozrzucane chaotycznie po głowie, przypominające rój pająków. Prawdziwy Ojciec Benjamin był zawsze zadbany. I miał ładną twarz.

- Ślubów się dotrzymuje, Toddzie Brenniganie - powiedział. - Dlatego mam nadzieję, że zrobisz jutro to, co do ciebie należy. Czyli nic - wycedził, opluwając mnie gęstą śliną.

Nic nie mówiłem, oddychałem tylko ciężko. Wpatrywałem się w jego brzydką, złą twarz. W końcu powiedziałem:

- Dotrzymam ślubów, które złożyłem Ojcu Benjaminowi. Nie tobie.

- Oba śluby składałeś tej samej osobie, Toddzie Brenniganie.

- Nie. To nieprawda.

- Nieprawda?! Ha!

Jego oczy na chwilę odzyskały swój dawny kolor, bielmo jak gdyby rozpłynęło się, rozwiane wiatrem. Uścisk na moim ramieniu zelżał, a brzydka twarz wielebnego stała się łagodniejsza.

- Posłuchaj mnie, drogi chłopcze - powiedział swoim dawnym, dobrym głosem. Mówił powoli, ostrożnie, przykładając uwagę to każdego wypowiadanego słowa - Posłuchaj mnie, bo to, co teraz usłyszysz, jest bardzo, bardzo ważne. Starzy Bogowie odchodzą w zapomnienie, to prawda, ale oni nie zapomnieli o nas. Mimo, że nie znamy ich imion, są jeszcze w Ogrodzie tacy, którzy wysłuchają naszych próśb. Nawet tych najbardziej desperackich. Decyzję o tym, co robię, podjąłem sam. Nikt mnie do tego nie zmusił. Dlatego proszę cię, drogi Toddzie, żebyś trzymał się ode mnie z daleka. Nie chciałbym, żebyś coś ci się stało. Nie mógłbym sobie tego wybaczyć. Jutro, kiedy przyjdą Świeccy, proszę cię, abyś trzymał się z daleka. Jak najdalej ode mnie - Zrobił pauzę. - Żegnaj, chłopcze. I nie zapomnij.

- Nie zapomnę, Ojcze - odpowiedziałem łamiącym się głosem.

Ojciec Benjamin wstał, a jego oczy znów zasnuły się mgłą. Zdjął swoje długie, kościste palce z mojego ramienia i ruszył ku kościołowi. Podniósł z ziemi sarnę, zarzucił ją na plecy i zaczął wchodzić po schodkach. I wtedy to zauważyłem. Był wyższy.

Kiedyś jego szata sięgała ziemi, teraz zaś jego nogi wystawały spoza niej. Blade, kościste nogi, bardziej przypominające nogi szkieletu niż człowieka. Jego ręce również były dłuższe niż kiedyś. Miał trudności z otwarciem drzwi, trzymał klucz niczym olbrzym, nieumiejętnie, niesprawnie. Kiedy w końcu wszedł do kościoła, musiał się zgarbić, podczas przechodzenia przez niemal dwumetrowy portal.

Przerażony wróciłem do domu. Jeszcze przez długi czas nie byłem w stanie zasnąć.

***

Patrzyłem tępo, kiedy na końcu drogi ujrzałem pięć czarnych sylwetek, a nad nimi piętrzące się chmury, czarne jak węgiel. Zdawało się, jak gdyby zbliżający się oddział zostawiał za sobą mrok, jak gdyby każdy krok plugawił ziemię i zatruwał ją na zawsze. Postacie zbliżyły się i stanęły przed kościołem, a chmury leciały tuż za nimi.

Był to ten sam oddział Świeckich co poprzednio, tym razem jednak w kompanii dwóch rosłych mężów, którzy ściskali w swoich wielkich rękach żelazne młoty. Przewodnik grupy, ten z warkoczem wplecionym w chustę, wspiął się po schodkach i ostrożnie zapukał do drzwi świątyni.

- Proszę otworzyć, kiedy prawo puka! - krzyknął, a głos mu się załamał, kiedy drzwi niespodziewanie ustąpiły. Z wnętrza kościoła biła ciemność. Mężczyzna przywołał do siebie resztę kompanii, po czym zniknęli za wysokimi drzwiami portalu.

Wszystko trwało zaledwie minutę. Najpierw po mieście poniósł się krzyk, dochodzący z wnętrza świątyni. Jeden, później drugi, oba donośne, straszne, przepełnione bólem. Słychać było donośny trzask łamanych desek, młoty uderzające o kamienną posadzkę, kolejne rozdzierające okrzyki rozpaczy. Później drzwi otworzyły się z łoskotem i wybiegł z nich jeden ze Świeckich, którego dwurzędowy płaszcz był opryskany krwią. Zbiegł po schodkach, niemal się nie przewracając i zaczął biec ile sił w nogach, wracając tam, skąd przyszedł. Zostawiał za sobą niezbyt obfity, ale widoczny krwawy ślad.

I właśnie wtedy lunął deszcz. Nigdy nie widzieliśmy takiej burzy. Pioruny strzelały raz za razem, ciężkie i ostre krople deszczu sypały z nieba niczym strzały wprawnych łuczników. Ten deszcz, oprócz swojej gwałtowności, różnił się jednak od każdego innego na tym świecie. Padało bowiem krwią. Przerażeni mieszkańcy skryli się w swoich domach, uznając krwawą ulewę za zły omen.

Ignorując protesty rodziców, zarzuciłem na siebie kurtkę i wyszedłem na zewnątrz. Ciepłe, gęste krople zmoczyły mnie w oka mgnieniu, ale twardo parłem przed siebie, w stronę kościoła. "Już jest po wszystkim", powtarzałem sobie, "Świeccy nie żyją, kościół stoi. Już jest po wszystkim".

Drzwi portalu były niemal wyłamane, ktoś musiał wpaść na nie z ogromnym impetem. Ostrożnie przestąpiłem przez próg i spojrzałem na miejsce masakry. Wszystkie ławy były połamane, a drzazgi i kawałki drewna zostały porozrzucane po całym pomieszczeniu. Wśród nich leżały cztery ciała. Dwa z nich miały na sobie dwurzędowe płaszcze, a w pobliżu ich zmasakrowanych głów leżały kapelusze z czerwonymi już chustami. Zobaczyłem także ciała dwóch osiłków. Obuch młota był wbity we wgniecioną czaszkę jednego z nich. Drugi siedział oparty o ścianę, ale za wyjątkiem kilku zadrapań wyglądał w porządku. Jedynie na jego zastygłej twarzy dało się dostrzec wyraz przerażenia. Oboma rękami kurczowo trzymał się za serce. Jego młot leżał obok, czysty, nieskalany nawet kropelką krwi. Wszystkie ciała miały na sobie ślady czyichś długich, ostrych paznokci, smagających skórę niczym baty, zostawiając za sobą krwawe, głębokie pręgi.

A Ojciec Benjamin? Dostrzegłem go dopiero po chwili. Dały o nim znać kropelki krwi, obficie kapiące na kamienną posadzkę i zakrwawiony nóż, leżący w kałuży szkarłatu. Długie, dyndające nogi wisiały nad tą masakrą, kiwając się miarowo, nieczułe już na nic. Uniosłem głowę i zobaczyłem w wiszącym ciele wielebnego, którego wszyscy kochaliśmy. Tego, który wygłaszał piękne msze, zawsze chętnego do pomocy, miłego. I dobrego. Jednak kiedy błyskawica uderzyła, rozświetlając ciemne wnętrze, dostrzegłem, jak bardzo się myliłem. Dawny Ojciec Benjamin miał już nigdy nie powrócić, a nad sufitem wisiało tylko monstrum go przypominające. Jego brzydka twarz nie wyrażała niczego. A krew, wypływająca spomiędzy rozciętej skóry na linii serca, wciąż kapała na kamienną podłogę.

Do moich nozdrzy dotarł zapach zgnilizny. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że w pobliżu ołtarza jest coś, czego nie było tam nigdy wcześniej. Podszedłem bliżej, zatykając ręką nos, a kiedy błyskawica rozbiła mrok, zobaczyłem ołtarz ofiarny. Czaszki i kości zwierząt, ułożone w kręgu, a wokół nich jedzenie. Mnóstwo jedzenia. Pośród stosu przegniłego mięsa, kawałków chleba i starej kaszy, dostrzegłem wiklinowy koszyk, który jeszcze niedawno tu przyniosłem. Latały nad nim muchy, zakrywając zawartość, ale dobrze wiedziałem, że była nietknięta przez wielebnego. Ojciec Benjamin wszystko ofiarował Starych Bogom.

I wtedy go zobaczyłem. Widziałem, jak klęczy przed ołtarzem, błagając bóstwa o siłę i upór, oraz o to, żeby nie pozwolili zniszczyć świątyni. Odejmował sobie od ust, prosząc ich o pomoc. Modlił się do nich, desperacko szukając wsparcia. Nie potrafię stwierdzić, czy dostał to, czego oczekiwał. Ale Starzy Bogowie na pewno spełnili jego prośby.

***

Kilka dni później do naszego miasteczka zawitał zbrojny oddział prosto ze Stolicy. Jeden ze Świeckich, który uszedł z życiem, powiedział Najwyższym o masakrze w kościele, o monstrum, z jakim się spotkali, oraz o krwawym deszczu, który spadł chwilę później. Kiedy oddział wkroczył do środka świątyni i ujrzał pobojowisko, które tam zostało, nikt więcej nie zwątpił w przerażające opowieści Świeckiego. Jedynie ciała wielebnego nigdzie nie mogli znaleźć.

Nakazano zniszczyć kościół. Kilku mężczyzn z młotami poczyniło próby zburzenia kamiennych ścian, ale ich narzędzia, zamiast kruszyć kamień, kruszyły same siebie. Po chwili mieli w dłoniach tylko ciężkie patyki, a stalowe obuchy leżały na ziemi, tuż pod nienaruszonymi ścianami świątyni.

Przybyli raz, drugi i trzeci, a kiedy efekt był taki sam, posądzono nas o nieczyste sztuczki. Przybył kolejny oddział zbrojny, tym razem z rozkazem nauczenia nas pokory. Pan Dart, pani Nero i ja, mimo wszelakich protestów, zostaliśmy wzięci na publiczne stracenie przed całą naszą społecznością. Ustawiono nas pod ścianą kościoła, przodem do oprawców, stojących z wycelowanymi w nas, naładowanymi muszkietami. Ręce mieliśmy związane na plecach.

Jednak kiedy nastąpił sygnał do strzału, a nasi kaci nacisnęli spusty, nic się nie stało. Jedynie czarne jak sadza chmury zatrzymały się nad naszymi głowami, jakby tylko czekały, aby lunąć deszczem. Dowódca oddziału krzyczał i klął, ale muszkieterzy byli bezsilni. Wszelkie przeładowania, naciskania spustów i przeglądy broni nie dawały rezultatów. Nic nie działało, mimo, że powinno.

Jeden z oprawców, rozsierdzony przez niedziałającą broń, wyjął zza pasa nóż i podszedł do pani Nero, by własnoręcznie wykonać rozkaz egzekucji. I wtedy to się stało. Z kruczoczarnej chmury, która wciąż wisiała nad nami, wystrzelił piorun, trafiając prosto w mężczyznę. Osmalone zwłoki zostały zabrane, a oddział odszedł w przerażeniu. I wtedy z nieba spadł krwawy deszcz.

Nie minęło dużo czasu, a oddziały wysyłane ze Stolicy przestały przychodzić. Nasze miasto zostało uznane za przeklęte, a my w końcu mieliśmy upragniony spokój. Oczyściliśmy wnętrze kościoła, zabierając zmasakrowane ciała i zakopując je w lesie, z dala od naszego cmentarza. Naprawiliśmy ławy, oczyściliśmy ołtarz, posprzątaliśmy wszystkie zniszczenia i już wkrótce świątynia była tak piękna, jak kiedyś. Brakowało tylko jednego. Wielebnego.

Początki były trudne. Postanowiliśmy, że skoro nikt nie nadaje się na profesjonalne prowadzenie mszy, będziemy się zamieniać, dając każdemu szansę. Niektórzy robili to ładnie, inni trochę mniej, ale nikt nie dorównywał przemowom Ojca Benjamina. W końcu, po długich miesiącach zamian i prób przed kościelną mównicą, mieszkańcy wspólnie postanowili, żebym to ja został nowym wielebnym.

Zabawne, prawda? Kiedyś bardzo dużo czasu poświęcałem na rozmowy z Ojcem Benjaminem, bywałem na każdej mszy, czerpałem każde słowo, jakie wyszło z jego ust. Starałem się przemawiać jak najlepiej, myśląc, jakby to zrobił wielebny. Chociaż wiedziałem, że nigdy mu nie dorównam, mieszkańcy miasta przyjmowali mnie, jakbym był jego godnym zastępcą.

Dla sprostowania, nigdy nie byłem tak naprawdę wielebnym. Wciąż mieszkałem w swoim domu, nie ubierałem się w czarne szaty i nie prawiłem morałów na każdym kroku. Wciąż byłem Toddem Branniganem, nie Ojcem Toddem.

Miasto powoli wracało do życia, a wiara w Starych Bogów trwała w naszych sercach.

Niemal codziennie odwiedzałem grób Ojca Benjamina, którego pochowaliśmy na naszym cmentarzu niedługo po tym, jak pierwszy krwawy deszcz skończył broczyć na ulice. Jego pogrzeb nie wyglądał tak bardzo tradycyjnie, jak byśmy tego chcieli. Zdjęliśmy jego ciało, w którym, mimo potwornych zmian, każdy widział starego dobrego Ojca Benjamina. Tego, którego wszyscy kochaliśmy. Przygotowaliśmy dół, w którym złożyliśmy wielebnego, po czym każdy z nas wygłosił krótką przemowę, prosto z serca. Zgłosiłem się na to, by poświęcić ziemię własną krwią. Wytłumaczyłem protestującym rodzicom, jak ważne jest to dla mnie i, chcąc nie chcąc, zgodzili się. W końcu świeża gałązka Sowiecznika spoczęła na ziemi umoczonej krwią i pochówek był zakończony. Pochowaliśmy go wspólnie. Tak, jak na rodzinę przystało.

Ojciec Benjamin poświęcił się dla nas. Dzięki niemu świątynia przetrwała, a my otrzymaliśmy opiekę Starych Bogów. Byliśmy mu za to dozgonnie wdzięczni, o czym nie zapominaliśmy wspominać przy coniedzielnych mszach, które odprawialiśmy regularnie przez kilkanaście kolejnych lat.

Jednak nawet wielebny nie znał przyszłości. Nie mógł wiedzieć, że niebawem nastąpi zaraza, która zmiecie naszą małą społeczność z powierzchni ziemi. Nawet Starzy Bogowie nie byli w stanie nam pomóc, a każdy krwawy deszcz zwiastował kolejną śmierć. Musieliśmy opuścić wioskę, a nieliczni z nas, którzy przeżyli, chowają się wśród ruin katedry Dzielnicy Biedy i czczą Starych Bogów tak, jak potrafią najlepiej.

Kościół Ojca Benjamina wciąż stoi wśród ruin opuszczonego miasta, pokryty mchem, nienaruszony przez siły natury. Poświęcenie wielebnego nie poszło jednak na marne. Dał nam opiekę, byśmy mogli kultywować wiarę przez kilkanaście następnych lat, a kiedy nadeszła zaraza, opuściliśmy swój dom i ruszyliśmy gdzieś indziej, niosąc ze sobą niemal zapomnianą już religię.

Dopóki my żyjemy, będziemy przekazywać wiarę w Starych Bogów i czcić ich tak, jak niegdyś ty nas uczyłeś. Jeżeli możesz nas zobaczyć, Ojcze Benjaminie, wiedz, że nie zapomnieliśmy. Wciąż pamiętamy o twoim poświęceniu i o wierze, o którą musimy dbać.

Nie obawiaj się, drogi Ojcze Benjaminie, bowiem nadejdzie czas, kiedy wszyscy spotkamy się w Ogrodzie, by móc ucztować po wsze czasy.



_________________________________________________________________
Jeżeli jesteś zainteresowany moją dalszą twórczością, bądź chcesz być na bieżąco ze wszystkimi nowymi materiałami odwiedź mój Fanpage:
https://www.facebook.com/mrdonut064?fref=ts
______________________________________________________________
Pytania? Sugestie? Komentarze do pracy autora?
Zobacz też:
Uciekasz w nocy
Nie znajdziesz pomocy

On już Cię ma
Dosięgniesz dna

leżysz już
Szatan idzie po nóż

Twój smutek wróci
Belial zanuci

kończyny tracisz
u...
Czytaj dalej
Strona Straszne-Historie.pl do poprawnego działania wykorzystuje pliki typu Cookies. Korzystając ze strony wyrażasz na to zgodę.
Jeśli lubisz takie rzeczy jak: horror, creepypasta, książki, filmy, gry komputerowe, opowiadania z gatunku horrory to Straszne-Historie.pl to strona dla Ciebie. Nasze opowiadania potrafią wciągnąć i przestraszyć lepiej niż filmy horror oraz książki grozy.