Strasznie polecamy
SPRZEDAWCA BÓLU - część szósta
Dodane przez: timeisanillusion, 23.08.2017, 12:01
Początek serii: http://straszne-historie.pl/story/13595-SPRZEDAWCA-BOLU

Spis wszystkich części w profilu: http://straszne-historie.pl/profil/8478

Szliśmy w głuchej ciemności. Czułem bijące od niego podekscytowanie, które wyrywało mu się z ciała i niemalże oświetlało mulisty mrok.
Chwilę później zdałem sobie sprawę, że to już czas.
Potknął się o moją nogę i wpadł do głębokiego na dwa metry dołu. Prawdopodobnie na płuca, bo zaczął się krztusić.
- To fetornia. Wiesz, dlaczego?
Kaszląc odwrócił się w moją stronę. Ujrzałem błysk jego oczu. Pokręcił głową.
Poszedłem na drugą stronę dołu, gdzie znajdowała się kamienna pokrywa.
- Bo leżą w niej trupy. - Powiedziałem i zasunąłem dół.
Z wnętrza ziemi wydobył się krzyk.
___________________________________________________________

Przepraszam, że cię tak zostawiłem, ale rozwiały mi się kartki. Bo nie wiem czy cię o tym informowałem, ale nie piszę tego ani na hamaku, ani w samochodzie, ani na sedesie.
Cały ten czas siedzę na drewnianym krześle, które z kolei znajduje się na dachu wieżowca. Łapanie moich zgub było niewątpliwie prośbą o śmierć.
A i o tym dzisiaj będzie mowa.
Zapraszam cię do mojego dzieciństwa.

Gdyby ktoś zapytał mnie, co przychodzi mi do głowy, gdy odpływam myślami do czasu bycia dzieciakiem, odpowiedziałbym, że kwiaty, trawy, ludzie, światło. Wszystko to, co można zobaczyć na zwyczajnym pogrzebie.
Cała historia odbyła się na zasadzie - bo jakby inaczej - nieszczęśliwego wypadku, choć jak wiemy, nie można zostać przypadkowo przypiętym do torów kolejowych z przypadkową małżonką obok. Przeżywałem ową sytuację we własnej wyobraźni.
Pobudka z ciemnej mgły, która nagle związała ci oczy, z widokiem na świeżo cięte rany, ból głowy od ogłuszenia, dezorientacja pod wpływem budzika, którym okazuje się niedaleko pędzący pociąg. Co pierwsze będzie słyszalne?
Pisk metalowych kół, czy pisk nafaszerowanej strachem żony?
Urodziłem się w 1946 roku w niewielkim, niezbyt ludnym, a nawet nieco zapomnianym kawałku świata. Po wypadku żyłem z mamą, która przeżyła tragedię, jednak nie bez uszczerbku na zdrowiu, gdyż jej nóg w strzępach innych części zwłok nie dano rady odszukać.
Poruszała się na wózku i nie miała zbyt dużych predyspozycji do wykonywania pracy, lecz mimo wszystko znalazły się pieniądze na służącą, które okazały się ojcowskimi pozostałościami. Kochany tata.
Mieszkaliśmy w drewnianym domu zbudowanym pośród gęstych szos. Wiatr był nieodłączną częścią tej okolicy. Napędzał wiatrak nieużywanego młynu znajdującego się obok chaty.
Do szkoły chodziłem piechotą. Placówka była położona dwa kilometry dalej. Stanowiła drogę do innego wymiaru.
Do krainy niewyobrażalnego syfu, czarnego pyłu, kurzu, dymu papierosowego, szaro-czernistych budynków mieszkalnych, zbitych butelek, oceanów śmieci. Droga do czegoś bardzo martwego.
W szkole wiadomo było o mnie tylko tyle, że nic o mnie wiadome nie było. Już wtedy byłem nazywany “Iksem”, kimś, o którym nikt nic nie wie, równaniem, którego nikt nie umiał rozwiązać.
Mnie to, rzecz jasna, odpowiadało. Z nikim się nie trzymałem. Dla nauczycieli też byłem właściwie tylko rubryczką w dzienniku, w której należało wpisać pozorną obecność na lekcji.
Prawdziwe zajęcia odbywałem poza szkołą. Nigdy nie pojąłem, jak mogę dowiedzieć się czegoś o świecie nie eksplorując go.

Rok 1960, Wrzesień

Przewińmy teraz taśmę filmową do czasu, w którym mam niespełna czternaście lat, zniszczone buty, uszytą przez służącą bluzę z kapturem czarnego koloru, ciemne, krótkie włosy i moją ówczesną nie rozłąkę - plecak w odcieniu ciemnego fioletu, który traktowałem jak tarczę, do której mogłem przypinać swoje trofea.
To był początek roku szkolnego. Kawałki gorzkiej czekolady walały się na każdym korytarzu. Pierwsza myśl, która wpadła mi wtedy do głowy, to próba otrucia przypadkowych, bądź nieprzypadkowych osób. Dla dobra własnej wiedzy, wcisnąłem to po zajęciach jakiemuś przydrożnemu kotu. Nie zaobserwowałem jednak żadnych rezultatów. Zawiodłem się wtedy.
W tamtym okresie, do mojej klasy zawitało parę nowych twarzy, które moim zdaniem nie mogły nie pochodzić z piekła. Jedną z nich na pewno był Tao, łysa glanca, która wiecznie chodziła w garniturze i z aktówką w ręce. Obserwowanie jego zwisających spod ławki śpików i oczekiwanie, aż któryś z nich spadnie i przylepi mu się do grzbietu wypolerowanego buta, należało do moich zajęć, gdy mózg rozpuszczał się od nadmiaru niby-wiedzy.
Potem dwoje bliźniaków, Dud i Lud, wyglądający jak młodzi emeryci z powodu wiecznie noszonych przez nich koszul w kratę oraz zielonych beretów z łańcuchem czarnych kwadratów.
Tu jednak biologia trochę traciła dla mnie sens, bo poza podobieństwem w psychice, podobieństwo w wyglądzie stanowiło tylko ich ubranie. Usta Dud’a wyglądały, jakby zostały zszyte w momencie uśmiechu, oczy o kolorze wody, pod którymi zwisały dosyć wyraźne wory niebardzo wyspanego człowieka, jednak samo spojrzenie dawało po sobie poznać, że brak snu w trakcie nocy potrafił zastąpić czymś, co zaspokaja jego kiełkującego w środku diabła.
Lud natomiast przykuwał uwagę swoją bladą, wydłużoną facjatą, krzywym zgryzem, elfimi uszami i ciemnymi, niewyobrażalnie pobudzonymi oczami, jakby pobierały cukier z jakiejś wewnętrznej fabryki.
Ostatni okaz stanowił obrzydliwie chudy Willes, ubrany w czarną koszulę w szare pasy, zniszczone jeansy i trampki o podobnym poziomie zaniedbania. Gość w dosłownym znaczeniu słowa był zupełnie potłuczony, a siniaki można było zobaczyć wtedy jedynie na jego twarzy, gdyż lepiej jej ukryć już nie potrafił. Na niej zresztą czaiło się coś więcej niż siniaki, bo pod oczami widoczne były cienie. Okazał się osobą odpowiadającą za porozrzucaną po szkole czekoladę, którą wcinał przy każdej okazji.
Aby znów zaspokoić własną ciekawość, zwróciłem się o pomoc do najbardziej poinformowanej osoby z mojej celi - Twinx’a. Siedział za mną, rzadko się odzywał. Zwróciłem się do niego w momencie, gdy reszta osób z klasy doznała nagłego przypływu adrenaliny i rozpoczęła rozpieprz pomieszczenia. Czyli wszystko, co dzieje się, gdy belfer nie zawita do klasy na czas.
- Twinx. Kim są ci nowi?
Spojrzał na mnie spode łba, a potem odwrócił się w ich stronę. Wziął oddech i znów na mnie spojrzał:
- Mamy teraz w klasie prawdziwych biznesmenów. I co ciekawe, ten w garniturze wcale się do nich nie zalicza. - Powiedział uśmiechając się lekko.
Zmarszczyłem pytająco brwi.
- O Tao niewiele mi wiadomo. Właściwie… - Spojrzał na mnie z podniesionymi brwiami. - To nic mi o nim nie wiadomo. Prawie, jak z tobą. Natomiast z tego co wiem, Dud, Lud i Willes, to bitsele.
- A czym zajmuje się taki człowiek?
Spojrzał na mnie znacząco.
- Bitsel, to ktoś, u kogo usługa polega na kontakcie z bójką. Bitsel może być albo ofensywny, albo defensywny. Ofensywnemu płacisz za to, żeby dał komuś w mordę, niezależnie od tego, czy właśnie dłubie w nosie czy drapie się po dupie. Ma to po prostu wykonać. Defensywny natomiast pracuje tylko wtedy, gdy twój wróg właśnie w tym momencie idzie przekręcić ci główkę.
Westchnął i pogładził swoje zaczesane do tyłu czarne włosy.
- I który z nich zajmuje się jednym, bądź drugim wariantem?
- Problem w tym… że oni wszyscy są niestandardowi. Bliźniacy przyjmują propozycje tylko od kogoś, kto sam chce zostać ubity i mają od niego gwarancję, że mogą się nim “pobawić”.
Willes za to, zarabia na tym, że…
- Sam proponuje się na mięso do zatłuczenia?
Kiwnął głową.
- Jak dużo czasu minie, zanim sami się do siebie zgłoszą?
Uśmiechnął się.
- To już się stało. Myślisz, że ten psi jazgot jest jedynie wynikiem nieobecnego nauczyciela? Przysłuchaj się, Niewiadomy. Oni wszyscy debatują o tym, co wymyślą bracia na następnym...spotkaniu.
- To tylko obicie ciała. Co tu można zrobić?
- Po pierwsze, nie lekceważ ich. Ze swoich źródeł wiem, że mają już swoje za tą trupią skórą. Ich trzeci brat wie o tym najlepiej.
- Mają trzeciego?
- Właśnie o to chodzi, że mieli.
- Co się stało?
Wzruszył ramionami.
- Gość nazywał się Bud. Znaleziono go kiedyś rozerwanego.
- Uważasz, że to oni?
- Pamiętasz, jak dwa lata temu śmierdziała sprawa o chłopaku bez jelita? O niego tu chodzi. Istnieje teoria, że Bud miał jakiś kompleks wzrostu. Braciszkowie przywiązali mu ręce i nogi do dwóch samochodów w celu rozciągnięcia. To się nie mogło inaczej skończyć…
- Skąd taka teoria?
- Bud z całej trójki wyszedł ostatni przy porodzie. Z tego powodu mówili na niego “Mały”. To już słowa Lud’a. Nie wiadomo jednak, czy tylko sam wyścig porodowy świadczył o pseudonimie. Wszyscy chcielibyśmy to wiedzieć, ale nikt nie chce ich o to zapytać i w najgorszym wypadku, doznać prawdy na własnym ciele.
Myślałem chwilę. Zapytałem potem:
- Dlaczego obicie Willes’a jest takie fascynujące?
Twinx obrócił głowę w moją stronę.
- Bo podobno zamówił śmierć.
- Na kiedy?
- Jutro po lekcjach.

Dopiero pod koniec dnia w szkole zorientowałem się, że kawałek mojej ławki gdzIeś umknął, a to, co obecnie żuje Willes, wcale nie jest czekoladą, którą zwykł przeżuwać. Nie wiedziałem wtedy, czy żuł to z powodu nadmiernej ekscytacji, dziś jednak sądzę, że.do czegoś się przygotowywał. Pomyślałem, że zdziwi się, jeśli w momencie śmierci zobaczy światło lampy z sali porodowej. Samobójcom raczej nie o to chodzi.
Po wrzasku szkolnego dzwonka, Donner - stara rura od historii - wybiegła gdzieś pędem, jakby za nagłą potrzebą. Dud natychmiast na tym skorzystał. Spojrzałem na Willes’a, który wyglądał, jakby chciał wstać, ale decyzja zdawała się mieć zbyt wysokie ryzyko. Dud spojrzał na niego z pierwszego rzędu i uśmiechnął się jeszcze szerzej, niż zwykł to robić.
Bracia nie słyszeli wcześniej o wynalezieniu tornistrów i wszystkie swoje rzeczy nosili w workach na śmieci.Tak zaczynał każdy Święty Mikołaj.
Dud wyjął wtedy ze swojego worka kolorową reklamówkę z nalepioną kartką. Przyjrzałem się napisowi.
“CHOMIK”.
Spojrzałem najpierw na przyszłego trupa, a zaraz potem na na Twinx’a. Z początku nie miałem zamiaru iść się temu przyglądać, jednak bliźniacy zdawali się coraz bardziej mnie intrygować.
- Gdzie jest ta cała egzekucja?
- Stary tartak.
- Stary?
- Od tygodnia nieczynny. - Powiedział i wyszedł z sali. Zaraz po nim ja też zacząłem się zbierać. Dud i Lud wyszli już z klasy, a Willes został sam na sam z widokiem na prezent od Mikołaja.
Skierowałem się w stronę wyjścia, jednak po chwili usłyszałem tupot nóg zza pleców. Willes pędził gdzieś na pierwsze piętro. Zajrzałem raz jeszcze do klasy. Reklamówki nie było.
Poszedłem powoli jego śladami. Na pierwszym piętrze walało się jeszcze dwóch nauczycieli. Ruszyłem szybszym krokiem następnymi schodami.
Korytarz był ciemny, a ja nie miałem możliwości sprawienia sobie światła. Pogoda również nie pomagała w tej sprawie. Postanowiłem po prostu ruszyć powoli do przodu, trzymać się lewej ściany i nasłuchiwać. Stawiałem ostrożnie kroki, żeby przypadkiem nie przeoczyć żadnego dźwięku. I po chwili przystanąłem.
Zza którychś drzwi coś dobiegało. To nie brzmiało całkiem jak płacz, raczej jak stęki o przyspieszeniu drgań zachodzących w trakcie padaczki. Ktoś na tym piętrze wyraźnie zmagał się z bólem. Zbliżałem się i słyszałem to coraz intensywniej. W pewnym momencie zaskoczył mnie dźwięk czegoś twardego, co uderzyło o podłoże. Stęki zmieniły się w bardzo szybki, niepohamowany oddech. I rozległ się wrzask rozdzierający bębenki.
Moja lewa ręka nagle trafiła na coś na ścianie i mimowolnie to przycisnęła. Był to włącznik żarówki w toalecie znajdującej się obok mnie. Żółte światło przechodziło przez framugę drzwi. Stałem chwilę w miejscu i odszedłem lekko na bok. Nie chciałem tego otwierać z obawy o własne zdrowie.
One jednak otwarły się same. Nikt nie wyszedł. I gdy już chciałem nachylać się do środka, ktoś obok mnie przebiegł. Zdałem sobie sprawę, że w toalecie były nie jedna, a dwie osoby. Odwróciłem się z powrotem w stronę pomieszczenia i stanąłem przed progiem. Szybko odczułem zawieszające się na moich brwiach ciężary, które ściągały je w dół, dzięki czemu było można poznać utworzone na mojej twarzy niezrozumienie.
Toaleta była jednopomieszczeniowa, zawierała jedynie sedes i umywalkę. Na całej kafelkowej powierzchni widoczne były plamy krwi, klej, nierówno wybite zęby i cegła.
- Chomik. - Powiedziałem cicho.

Wyszedłem szybko ze szkoły. Do dziś się zastanawiam, jak Willes i jego towarzysz wydostali się ze szkoły pomimo uszczerbków na życiu tego pierwszego. Po chwili rozmyślań wydaję mi się jednak, że my wszyscy tych ludzi specjalnie nie obchodziliśmy. Oczywiście, z wzajemnością.
Poszedłem ścieżką wzdłuż chaszczy, po których miałem przejść przez ulicę i ponownie wedrzeć się w gęstwinę znajdującą się w lesie. Przez ten okres drogi plan braci naprawdę zaczął mnie ciekawić. No bo po co, do cholery, był Willes’owi ten cały klej? W razie, gdyby się rozmyślił? Bez sensu.
Po przejściu przez zadymioną ulicę, wszedłem w leśną strefę licznych drzew i krzaków.
I gdy wyszedłem z gąszcza na mniej zarośnięty kawałek ścieżki, zauważyłem, że nie podążam nią sam. Chomik szedł ze sto metrów dalej. Nie byłem do końca pewny położenia tartaku, więc wolałem za nim dyskretnie podążyć. Trzeba przyznać, że mimo osobistej prośby o odebranie sobie życia, specjalnie się tam nie śpieszył. Musiałem znacznie zwolnić, by nie zostać zauważonym.
Wyszliśmy z lasu, skręciliśmy od niego w lewo i dalej szliśmy prosto przez pustą ulicę. Po jej drugiej stronie również znajdował się zapas drzew. Pomyślałem, że miejsce docelowe powinno być niedaleko. Szliśmy przez jakieś dziesięć minut tylko tą jedną drogą. Zaczynałem się trochę niepokoić, że zamiast w stronę braci, idziemy w stronę jego domu, a to nie wchodziło w grę.
Spuściłem na chwilę głowę i szedłem patrząc tylko na drogę, co było oczywiście błędnym posunięciem. Willes zniknął mi nagle. Stanąłem i zacząłem się rozglądać. Serce mi zabiło.
Zdołałem po chwili dojrzeć postać przechodzącą przez las po drugiej stronie ulicy. Ruszyłem szybko w tamtą stronę.
Po chwili las się kończył, i zza drzew zacząłem dostrzegać pusty plac, po którym walał się piach. Sam budynek tartaku był nieco wysunięty na ubocze. Zabrano z zewnątrz wszelkie większe sprzęty. Nie posprzątano jednak po pozostałościach. Zaczynałem coraz bardziej rozumieć kwestię “Chomika”.
Atmosfera zrobiła się gęsta. Willes wychodził powoli na plac, trzymając się przy tym jednego z drzew. Szedł dość niezgrabnie. Gdy byłem w stanie podejść bliżej, zobaczyłem znajdujący się gdzieś na krańcu placu czerwony samochód. Willes przystanął nagle. Ja również zrobiłem to mimowolnie. Stanął w rozkroku, nachylił się na lewą stronę i wypluł łyk krwi na powierzchnię.
Spojrzałem w stronę auta. Willes dalej stał, a kawałek przed nim, z samochodu wyszły dwie postacie w beretach. Nie miały na sobie góry ubrania. Nie uśmiechały się. Obaj bliźniacy trzymali coś w rękach, coś zbyt małego, bym mógł to dojrzeć z miejsca, w którym stałem. Postanowiłem okrążyć plac i w jakiś sposób dostać się do drewnianego budynku, z którego oglądałbym sytuację przez okno.
Poszedłem okrężnie, nie opuszczając lasu i starając się nie spuszczać ich z oka. Nie słyszałem żadnego słowa. Bałem się, że wszystko minie, zanim zdążę wejść do środka niezauważony. Na moje szczęście okazało się, że budynek ma jeszcze parę drzwi na tyłach. Szybko wkradłem się do wnętrza i ledwo powstrzymałem kichnięcie. W środku było duszno, potwornie gorąco i latały tam smoki pyłu. W dodatku, przez ciążący w pomieszczeniu zaduch, dało się wyczuć coś, co bardzo nieprzyjemnie pachniało.
Na wprost mnie sterczały drzwi wejściowe, po obu ich stronach znajdowały się okna. Po cichu otworzyłem lewe, z lepszą widocznością. Poważny wyraz twarzy Dud’a zaczął zmieniać się w jego standardowy rodzaj uśmiechu, gdy tylko uniósł dłoń, w której trzymał żyletkę. Mina Lud’a pozostała bez zmian.
Nie umiałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy atmosfera gęstnieje wraz z ich czynnościami, czy jest to wciąż wina tego pomieszczenia. Po chwili jednak zrozumiałem, że za wszystkim stoi ten pierwszy wariant.
Dud przycisnął sobie żyletkę do piersi i powoli zaczął wycinać sobie na niej litery “T”;”H”;”E”; które nabrały koloru czernistej krwi.Jego uśmiech nie znikał. Nie widziałem, żeby choćby drgnął z bólu. Zaraz potem do rytuału wkroczył jego brat. Również podniósł rękę z żyletką do poziomu klatki piersiowej. Mimo faktu, że pisał po swoim ciele z większą agresją, jego wyraz twarzy pozostał skalisty, jednak sposób wykonania niewątpliwie dodawał estetyki słowu “E”;”N”;”D”.
Willes nawet nie myślał o tym, żeby choćby drgnąć źrenicą. Ostatnie marne rusztowania wewnątrz jego umysłu powoli upadały, on zaś nie miał zamiaru ich podtrzymywać. Narzędzia do ich naprawy już dawno mu skradziono. Bliźniacy podeszli do niego bliżej. Ich wygląd bez koszulek był dramatyczny. Tamtego dnia miałem zobaczyć trupa, a jeszcze przed wszystkim zobaczyłem dwa. I to żywe.
- Chomik. Co cię tu sprowadza? - Zaczął Lud.
- Herbatka u Hadesa, taka dłuższa. - Uświadomił Lud’a brat.
- A, tak…Przez Styks kraulem nie przepłyniesz. Albo płacisz, albo żyjesz. - Każde słowo Lud’a było zachrypnięte.
- Uśmiechnij się. - Powiedział Dud szczerząc się obrzydliwie.
Wargi Willes’a zaczęły się lekko poruszać. Wyglądało jednak na to, że nie umiały się całkiem otworzyć. Zniecierpliwiony Lud podszedł do klienta i samoczynnie mu je rozdziawił. Zaczął wpatrywać się we wnętrze.
- Yhh...Yhh…
- Ależ uszczerbki. Co za kretyn wciska chomikowi czekoladę w szczękę?
Dud również się przybliżył i zaczął się wpatrywać. Uśmiech zniknął jednak z jego twarzy.
- Żaden z niego chomik, braciszku. - Odezwał się niewyraźnie. - Widziałeś kiedyś chomika z sześcioma zębami?
- Spokojnie, my jesteśmy perfekcjonistami… - Powiedział, po czym strzelił Willes’a w twarz i kopnął go na warstwę trocin i piachu. - Witam w domu.
Przez chwilę obserwowałem, jak Lud wyżywa się skrajnie na jego szczęce, próbując zwyczajnie wybić pozostałe zęby. I po chwili rzeczywiście, jego ofiara zaczęła coś wypluwać.
Miało to jednak zbyt okrągły kształt na zęby.
- Co do kur… - Urwałem cicho.
- Ach, jest i nasza zapłata. - Powiedział Dud przyglądając się sytuacji z pozycji stojącej. - Ale wiedz na przyszłość, że Obole wstawia się pomiędzy zęby i nie trzeba ich od razu wybijać…
- Chyba, że ktoś ci tak wcześniej kazał. - Zasugerował Lud.
- Dość mordobicia, brachu. Czytałem niedawno w jakiejś gazecie, że zwierzęta potrzebują zabawy. A chyba nie chcemy, by nasz pupil odszedł tak prędko i nieszczęśliwie?
Lud po tych słowach wypowiedzianych przez brata, po raz pierwszy w tamtej chwili się uśmiechnął.
- Mamy dla ciebie kołowrotek z prawdziwego...zderzenia. - Ciągnął Dud. - Nie otwieraj więcej gęby, chłopaku, dotrzymałeś słowa. Do roboty, Lud.
Lud wstał i zaczął ciągnąć Willes’a za fraki. Dud natomiast poszedł w stronę samochodu.
Pierwszy z nich odstawił w pewnym momencie obiekt pracy.
- Siad, Chomik. - Zwrócił się do niego, po czym ruszył w stronę lasu. Zaraz potem jednak odwrócił się na pięcie i zaczął iść w stronę przeciwną. W stronę drewnianej chaty.
- Cholera. - Syknąłem.
Wyszedłem szybko na tył. Stanąłem obok drzwi i przysłuchiwałem się. Przednie wrota otwarły się, do moich uszu zaczęły dobiegać dźwięki powoli stawianych kroków. Chwilę czekałem. Następnie znów usłyszałem skrzypnięcie przedniego wejścia, a zaraz potem krzyk Lud’a.
- DUD! MÓWIŁEM, ŻEBYŚ NIE OTWIERAŁ OKIEN!
Zaraz po jego słowach usłyszałem charczenie silnika. Pozostałem z tyłu i przysłuchiwałem się.
- Nic nie otwierałem…
- Przecież wiesz, że lubię, jak jest duszno!
- Przestań na mnie srać. Nie ja to zrobiłem.
Zaległa chwilowa cisza.
- Chcesz powiedzieć, że ktoś to ZROBIŁ MIMO KATEGORYCZNEGO ZAKAZU?
Zmarszczyłem brwi. Zdążyłem zapomnieć, do kogo kierował te słowa.
Po kolejnej partii ciszy usłyszałem drapanie po gruncie. Wróciłem cicho do środka. Okno zostało otwarte. Ujrzałem Lud’a, który zataczał koło żelaznymi grabiami, począwszy od swojego klienta. Dud siedział w samochodzie i oczekiwał.
- Dobra. - Charknął Lud i rzucił grabie na bok. - Bez pracy to i Salomon nie naleje.
Zaraz potem krzyknął imię brata i pokazał znak mówiący, że można zaczynać. Przez zakurzoną szybę samochodu zdołałem zobaczyć wyszczerzone zęby bliźniaka.
- Ale my ci wlejemy. - Dokończył myśl Lud, odpowiadając bratu tym samym wyrazem twarzy.
Samochód ruszył do przodu, zostawiając za sobą tornada pyłu i piachu. Chomik szybko zrozumiał zasadę gry, a upodlenie tylko dodało mu pewności co do faktu, że bliźniacy dobrze wykonują swoją robotę.
Samochód zataczał kolejne koła za ledwo zipiącym chłopakiem. Z całą pewnością brakowało mu sił. Z całą pewnością nie miał prawa poradzić sobie z wyjącą maszyną na kółkach. Musiał więc przełknąć dużą ilość pomyj w przeszłości, by tamtego dnia móc zapłacić za to, by ktoś się go pozbył jak należy i nie dał przypadkiem powodu do życia, który był mu już tak samo zbędny, jak ono samo.
Przerwano dźwiękową monotonię. Ciało zawirowało w powietrzu i wylądowało na następnej kupie trocin. Samochód zatrzymał się. Lud nie mógł powstrzymać śmiechu. Dud najwyraźniej również miał z tym problem, bo chwilę mu zajęło, zanim wyszedł z pojazdu.
Willes próbował się podnieść. Wyglądał, jakby próbował mocować się z losem, na który sam wyłożył pieniądze. A tak zachowują się ludzie, którzy nie czytają umów.
Bracia po chwili przestali się śmiać. Dud wyszedł z samochodu i obaj zaczęli iść w stronę człowieka, który wciąż walczył.
- Zanim odejdziesz…
- Bez wstępów, Lud, po prostu edukujmy. - Powiedział i wyjął nóż z kieszeni. Klęknął przy drżącym kawale chudego mięsa. Wbił szpic narzędzia w środek torsu. - Pamiętaj, Słodki, że nam wciąż zależy na twoim szczęściu.
Ręka trzymająca ostrze zaczęła sunąć w dół. Z mojej perspektywy zdecydowanie nie wyglądało to miło i można było uwierzyć, że człowiek, który kucnął przy tej życiowej biedzie (czy też bogaczu śmierci) niewątpliwie ma kwalifikacje na bycie Mojżeszem wykonując tak dosadny rozstęp między morzem cienkiej skóry.Tak się jednak nie stało.
Dud zerwał resztę ubrania z Willes’a.
- Lud. - Zaczął. - Ktoś inny miał już wkład w naszą robotę.
- Paskudnie to wygląda! Kto mógł to zrobić?
- Zapewne ta sama osoba. - Powiedział wskazując nożem na człowieka przed własną twarzą.
- A...No tak…
- Niemniej jednak…
- Zlecenie to zlecenie. - Powiedział Lud, po czym wyrwał nóż bratu, wytarzał ciało ofiary w trocinach, by potem wyrzucić je znów na twardy grunt zroszony pyłem. Z tej perspektywy widziałem już wszystko. Ciało Willes’a było zbiorowiskiem bardziej i mniej świeżych ran oraz blizn. Bracia szanowali sobie jednak swoją pracę.
Lud siadł na chudzielcu przyciskając go do gruntu, po czym znajdującym się w lewej ręce narzędziem zaczął otwierać zamknięte obrażenia. Gdybym w tamtym momencie był gdzieś w pobliżu i nie widział zdarzenia, lecz jedynie słyszał, a ktoś powiedział mi, że niedaleko stąd zarzynają psa młotem pneumatycznym, to sarkastycznie bym zapytał, jak do tego doszedł.
Bo Willes niemalże wył do księżyca.
- Zaraz wrócę, braciszku. - Powiedział Dud i ruszył w stronę samochodu.
W tym czasie jego brat dalej wykonywał robotę, tonąc we wrzaskach i piskach jego klienta.
Rozdzierał każdą bliznę, każde najmniejsze draśnięcie, przy czym te najmniejsze dwukrotnie powiększał. Niewątpliwie był w transie. Niewątpliwie był z siebie zadowolony.
- AAAA! AAAA!
- Chcemy...tylko…
- YYYYY! AAAA!
- Chcemy...tylko…
Nie potrafił dokończyć. Rozrywane na strzępy dźwięki były balsamem dla jego brudnych małżowin. Nie wiem, czy rozdarł wszystkie rany, z pewnością jednak wykonał paręnaście własnych rozerwanych dzieł. Nóż wydawał się tępić od ilości cięć. Chwilę potem wrócił jego brat. Z taką samą reklamówką, jak w przypadku cegły. Nie ona jednak znajdowała się w środku.
Uśmiechnięty bliźniak podszedł do leżącego na kliencie współpracownika i wyciągnął z reklamówki dwie butelki wódki. W tym momencie Lud wstał z Willes’a i cały zdyszany sięgnął po butelkę.
- Chcemy tylko… - Wycharczał znowu, ale brat zdążył go wyręczyć.
- Chcemy tylko ci przypomnieć, że… - Zaczął otwierając ciecz. - ...rany się goją, Słodki.
I kończąc zdanie, zaczął wylewać zawartość na świeżo porozcinany blady tors biedaka.
Wszystko wydawało się syczeć jak na patelni. Po chwili do działania dołączył Lud. Śmierć, którą chcieli mu zafundować, niewątpliwie mijała się z taką, o jakiej marzył mały, cienki Willes. Jego ciało opływało w pijackich chichotach bliźniaków, którzy wylewali z butelek ostatnie krople ostrej substancji, która niewątpliwie żarła chłopaka, że jasna cholera.
Z pewnością miło było mu zdać sobie sprawę, że tak szybko nie skrócą jego cierpień.
Lud odwrócił się w stronę lasu i gwizdnął palcami. Po chwili z leśnych gęstwin wyskoczyli oni. Reszta klasowych członków biegła przez plac wydzierając z siebie okrzyk buntu, choć nie wiadomo, przeciwko czemu i komu.
Wiadomo jednak było, że oni wszyscy trzymają w rękach dokładnie takie same butelki jak bliźniacy. Rozpoczęła się prawdziwa alkoholowa powódź, która zalewała stację Willes i nie dawała chwili wytchnienia. Kropla po kropli, wszystko się wylewało.
- TOPIĆ!
- TOPIĆ GO, KURNA!
- HAHA!
Cała sytuacja ukazała mi wtedy, jak bardzo brudnym zwierzęcym organizmem potrafi być człowiek. Jak bardzo bez żadnych skrupułów potrafi podejść do pewnych spraw, sytuacji.
Czy w taki sam sposób podeszli by do sprawy, w której ich własny rodzic ginie zeżarty przez pożar i zamiast jego ciała wrzucają do grobu jego pieprzony zegarek, lub gdy nie ma odwrotu i musi poddać się rozerwaniu ciała spowodowanego przez nadjeżdżający pociąg?
Być może.
Zapewniam cię jednak, że Willes tamtego dnia nie należał do najszczęśliwszych. A jedyną osobą, która chciała jego szczęścia, byłem ja. Jeszcze jednak zanim opuściłem egzekucję, zwierzęta nie oszczędzały własnych sił i pomysłów. Po ostatniej kropli wylanej na autostrady rozcięć, bydlaki chciały mieć jeszcze raz, jeszcze ten jeden wkład w produkt pracy. Czy bliźniacy widzieli jakiekolwiek przeszkody?
Być może wątpliwości zawitały dopiero w momencie, gdy Grupa Rebeliantów Ukrócanego Bólu (GRUB) zaczęła okładać ciało ofiary pustymi butelkami rozbijającymi się o każdą napotkaną część ciała, poza głową, bo chcieli, by to właśnie bliźniacy wykonali ten ostatni, okrutny ruch.
Z każdą rozbitą butelką tworzyły się nowe rany. Z każdą rozbitą butelką wzrastało szczęście obu stron. Willes z pewnością w pewnym momencie już odpłynął. Szczęśliwy, pewny, że oto bracia wykonali swoje zadanie jak należy i jest im za to...pozgonnie wdzięczny.
Przez chwilę trwał jedynie chaos.
Drzwi chaty otworzyły się skrzypiąc. Spojrzeli na niego. Jego wyraz twarzy był nieobecny. Szedł w stronę zdarzenia. Trochę zbyt pewnie. Co on tu właściwie robił? Zaczęli się niepokoić, nikt jednak nie był w stanie wykrztusić jego imienia, czy chociaż pseudonimu, jakby ktoś położył im cegły na jęzory. Po prostu szedł. Przepuścili go, choć żaden nie wiedział, dlaczego. Czuli tylko ciekawość i poczucie strachu. Chcieli to wreszcie zobaczyć. Chcieli, by im to pokazał. Wierzyli, że to zakończy.
Uklęknął przy nieprzytomnym ciele i ściągnął z pleców ten dziwny fioletowy plecak. Otworzył go i zaczął w środku czegoś szukać. Każdy chciał ujrzeć całą zawartość tego przedmiotu. Nikt jednak nie podszedł. Każdy zareagował równie zawiedzionym tonem, gdy w ręce tego nikomu nieznanego człowieka ukazało się szklane naczynie z nalepioną kartką.
- Cukie…?
- Cukier…?
- Cukr…?
To nie była kwestia tego, że nikt nie umiał się rozczytać. Nikt po prostu nie dowierzał. Co on sobie wbił do łba?
Bliźniakom jednak ulżyło. Ten widok zupełnie im wystarczył. Wszyscy wiedzieli, że oni sami chcą skończyć robotę i mają na to plan. Swój plan i nie chcą go odrzucać z powodu jakiegoś społecznego wyrzutka. Zaintrygował ich jednak. Od minuty miał położoną rękę na pokrywce naczynia. Wyraźnie czekał. Być może, aż wszystko ucichnie, być może chodziło o coś innego.
Z szybkością uciekającego przed niekontrolowanym tirem przechodnia przekręcił pokrywkę i wysypał większość zawartości na obie przednie części przedramion. Następnie wyrzucił resztę gdzieś w przód. W momencie, gdy rozległ się dźwięk tłuczonego szkła, wszyscy spojrzeli na ręce ofiary. Smażyły się. A on wstał i stanął na jego dłoniach.
- Ług sodowy skutecznie przeżre się przez skórę…
- AAAA! - Usłyszeli wrzask cierpiącego chłopaka.
- ...i przejdzie aż do tętnic. Dojdzie do wykrwawienia.
Tylko stał. A reszta nie miała pojęcia, co z siebie wyrzucić. Wszyscy pobledli. Cały czas patrzył na ręce. Po chwili jednak spojrzał w przód. Miał przed sobą dwie zupełnie niepodobne twarze. Patrzyli na niego bardzo znacząco. Dostrzegł jednak, że oboje drżą.
- Aaa… - Pokiwał głową. - Bo on wcale nie miał umierać?

Minęły dwa dni.
Po tym, jak do mnie dotarło, szybko zneutralizowałem działanie ługu i chłopak przestał cierpieć. Choć w pewnym sensie wcale mu nie ulżyło. W każdym razie, bliźniacy nie domagali się zapłaty. Odeszli bez słowa. Jak wszyscy. Nikt nie szarpał się do tego, by zanieść Willes’a do jego własnego domu. Wszyscy go tam zostawili.
Bo być może, tak jak i ja, wiedzieli, że jest ktoś, kto go uratuje. Ktoś, kto nie ujawnił się wtedy na placu, jednak wciąż był w pobliżu. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak bardzo Tao trzyma się z Willes’em, nigdy tego publicznie nie okazywali. On jednak musiał być tym, który pomógł mu wtedy stracić większość zębów.
Plaża.
Najbrudniejsza na świecie plaża znajdowała się całkiem niedaleko mojego domu. Dla społeczeństwa okazała się dobrym miejscem na wysypisko śmieci. Było tam wszystko. Od puszek konserwowych, przez wraki samochodów, po worki ze zwłokami. Po tych kilku dniach przeszedłem się na nią. Fale atakowały syfiasty piach.
Wiatr być może próbował odświeżyć to miejsce, zamiast tego jednak wrzucał w moje nozdrza więcej swądu, na którym ani mi nie zależało, ani mi też bardziej nie przeszkadzał. Stanąłem i spojrzałem w dal morza. Czułem tu spokój. Plaża wyceniała moją samotność na coraz większe sumy, za każdym razem, gdy się tam pojawiałem. Coraz dobitniej rozumiałem, jak bardzo ważne jest, by dbać o własne towarzystwo. Nie po to jednak przyszedłem tam tamtego dnia.
Wyjąłem z plecaka małą łopatę, schowałem się gdzieś za stertami śmieci i wykopałem mały dół. Zaraz potem znów sięgnąłem do plecaka, by wyciągnąć z niego bardzo ciekawy przedmiot. Spojrzałem na niego i uśmiechnąłem się.
Po chwili wsadziłem cegłę do dołu i zakopałem ją. Włożyłem narzędzie do plecaka i ponownie poszedłem spojrzeć na morze i wschodzące w oddali słońce. Zimno biegało po mojej twarzy. Nie przeszkadzało mi. Wziąłem głęboki oddech otwierając drzwi dla wszechobecnego fetoru.
- Wszystko w swoim czasie. - Powiedziałem cicho.

Temat szkoły szybko się dla mnie zamknął.
Tego dnia, na plażowym wysypisku powiedziałem sobie, że nie chcę tam wracać. Oglądać stare, starte życiem gderające rury, choć w życiu osiągnęły absolutne minimum lub mieć przed twarzą obraz tych wszystkich potłuczonych facjat niby znawców, którzy myślą, że wiedzą coś na temat fachu, jakim jest ból. Otóż nie. Otóż gówno wiedzą.
Przerażała mnie myśl, że potrafili wychodzić w dyskusjach z tą swoją wyuczoną, niemalże akademicką sraką i próbować to sobie nawzajem wcisnąć do gardeł, a gdy dochodziło co do czego, to dobrym trunkiem okazywała się być woda z kibla.
Oszczędź mi tego dramatu i nie każ do niego myślami powracać.
Jak już pewnie wiesz, ciężko mi usiedzieć w jednym miejscu dłużej, niż pięć minut, dlatego zacząłem zwiedzać świat. Wyruszyłem w mniej znane mi tereny, paręnaście kilometrów od domu. Wybrałem się na południe, gdzie zaraza brudu, którą opisywałem ci na początku, kumulowała się.
- W stronę piekła. - Mówiłem sobie ćwierć żartem, trzy czwarte serio.
Nie będę opisywać ci tych wszystkich “niesamowitych” podróży, chcę ci jednak przekazać pewien moment. Bo widzisz, wędrówki zaprowadziły mnie pod bramy cmentarza. Po przejściu przez próg od razu robiło się zimno, po ciele biegały niewidzialne mrówki, a niewidoczna ściana próbowała odepchnąć cię w stronę miejsca, w którym ówcześnie stałeś. Rzecz jasna, dzieje się tak, gdy odczuwasz przed czymś lęk.
Większość nagrobków była już zniszczona, a daty ich położenia dotyczyły jakichś absurdalnie dalekich czasów. Mimo dosyć morderczej okolicy, ludzie zdawali się rzadko umierać. Lub po prostu nikomu nie chciało się pochować trupa.
Przenikałem przez chłodną trawę w celu znalezienia grobu, czując się przy tym jak zwykły masochista. Wcale nie chciałem tam iść i powtarzałem to sobie. Wcale nie chciałem tego znów zobaczyć, ale lasso chęci omdlenia ze strachu miało już mnie w garści, więc mogłem sobie gadać. Po chwili zorientowałem się, że nawet nie szukam tego miejsca, bo coś w środku mnie wiedziało, gdzie się znajduje.
I zobaczyłem to. Niedrogi nagrobek z kamienia, mokry od deszczu. Powinien mieć wykutą datę urodzenia, śmierci, imię i nazwisko. Ta druga para gdzieś się straciła. Od razu mówię, że za tym nie stałem. Ktoś inny czynił ową powinność. Poczułem go wtedy.
Mgła zgęstniała na chwilę w otoczeniu i z bieli wyłonił się blady odcień. Dość smętnie wpatrywał się w grób. Nie był bardzo kulturalny, a na pewno nie zamierzał się przywitać.
Stukot kropel deszczu rozbijających się o grunt i nagrobki stał się dla mnie ciszą, która mi się dłużyła. Pierwszy wykonałem ruch.
- Juzitz. Witaj.
- Yhm.
Spojrzałem na niego. Nie bardzo się zmienił, chyba tylko urósł. Zgarbione, łyse, nagie stworzenie. Niezmienny wyraz twarzy, niezmiennie spuchnięte oczy i niezmienny nos z jednym wylotem. Uszy w normie, usta popękane.
Nie chciało mi się drugi raz zaczynać. Wróciłem do umownej ciszy, wpatrywałem się chwilę w kamień i z powodu nadchodzącej senności chwilowo zamknąłem oczy, wciąż wsłuchując się w równomierne rozbicia kropel.
Do czasu.
Coś zaczęło mi przeszkadzać. Strumień wody przestał być równomierny, a na pewno w jednej z jego części. Otworzyłem oczy i spojrzałem na nagrobek. Z przodu zalewała go fala, a jej źródłem okazał się odczuwający wyraźną ulgę Juzitz. Żółty mocz rozwalał się o kamień i opadał na trawę.
Czułem zakłopotanie, dopóki do moich uszu nie dostał się dźwięk dzwonka rowerowego. Odwróciłem głowę w lewo, by spojrzeć za ogrodzenie. We mgle udało mi się dojrzeć garnitur i łysą głowę, które poruszały się na rowerze po chodniku. I dość szybko im to szło.
- Nie mocz mordy. - Powiedział Juzitz zakładając mi kaptur. - Biegnij za nim.
Przeskoczyłem ogrodzenie i ruszyłem przez zimno.

Wkroczyliśmy w jakiś dziwny teren.
Pomyślałem, że to już piekło. Deszcz wciąż padał, jednak mgła ulotniła się i ustąpiła miejsca dla pyłu. Brudny grunt, czerń, depresyjna okolica. Podobało mi się.
Nie wiedziałem, gdzie jestem. Biegłem przed siebie z ręką przy twarzy z powodu burzy piaskowej spowodowanej nasileniem się wiatru, próbując przy tym nie stracić roweru z oczu.
To było jak portal. Opuściłem świat podstawowy i wszedłem w jakąś inną nieżyjącą strefę. Stanąłem.
Wiatr ustał, ale deszcz nigdzie się nie wybierał. Miałem przed sobą zniszczoną bramę wjazdową z napisem u góry, jakbym znajdował się w Auschwitz. Z plątaniny metalu doczytałem nazwę miejsca.
- Wooga.
Za bramą mgła zalewała okolicę. Ostrożnie ruszyłem do przodu. Im bardziej się zagłębiałem, tym więcej widziałem szczegółów. Na prawo od wejścia znajdowała się zardzewiała karuzela, pod jednym z czarnych, spalonych wręcz, chudych bloków mieszkalnych sterczał szary trzepak, z którego farba odpadała jak starcza skóra.
Poszedłem kawałek dalej. Rower leżał gdzieś po lewej stronie. Tylne koło jeszcze się kręciło. Tao przy kimś klęczał. Z każdym krokiem widziałem ich wyraźniej. Przysłuchiwałem się. Nikt nie płakał, jednak słyszałem niewyraźne szepty.
- Am...Am…
- Tak, Willes?
- To były...To były te skur...Te skur...
- Tak, w porządku.
Nie rozumiałem sytuacji, dopóki nie podszedłem pod samego leżącego. Później przełknąłem ślinę jakieś sześć tysięcy razy.
- Co to… - Zacząłem. Ale dalej nie rozumiałem.
- Zgnietli mu nogi. - Odparł spokojnie Tao.
- Dud…
- Uhm.
- Kiedy? - Coraz bardziej marszczyłem brwi. Nie ze złości. Po prostu nie rozumiałem.
- Dorwali go ponownie. To mogło stać się już wcześniej, zostawiliście go tam samego.
- Byłeś tam?
- Gdy było już po wszystkim.
- Jak to się...Samochód?
Kiwnął głową.
Milczałem. Zdałem sobie sprawę, że igrając z bliźniakami, mogę dorobić się własnego, oszczanego nagrobku.
Tao wstał i spojrzał na mnie.
- Co teraz zrobisz?
Wzruszyłem ramionami.
- Mogę się tu rozejrzeć?
Kiwnął ponownie głową i odszedł z Willes’em na rękach.
Stałem chwilę w miejscu. Spojrzałem raz jeszcze na karuzelę, która zaskrzypiała pod wpływem wiatru. Pociągnąłem nosem i ruszyłem w lewo od bramy między dwoma blokami.
Wkroczyłem na piaszczystą ścieżkę. Bloków było mnóstwo, jednak kwestia mieszkańców była zupełnie inna. Miasto wyglądało na zupełnie opustoszałe. Na końcu ścieżki znajdował się wylot jakiegoś tunelu. Stwierdziłem, że za nim mogą być lepsze rzeczy do oglądania. Ruszyłem do przodu i po chwili wszedłem w nicość. W środku było wilgotno, idąc po gruncie, czułem, jak zaczynają przemakać mi czymś buty, zaczynałem mieć jednak coraz mniej pewności co do tego, że przesiąknęły wodą, to coś było zbyt gęste. Ostrożnie stawiałem kroki, robiłem je coraz większe, aż w końcu, mniej więcej w połowie trafiłem na coś o stałym stanie skupienia.
Zbadałem to najpierw nogą. Zaczęło jęczeć.
- Yyy...Yhh…
Tunel szybko się kończył. Chciałem przyjrzeć się znalezisku i chwyciłem je za fraki. Pociągnąłem ciało w stronę światła. A na świetle, po obu stronach znajdowały się mury. Stały pod nimi żelazne kubły i kontenery na śmieci dysponujące niewyobrażalnym zabójcą węchu. Podsunąłem człowieka pod jednego z nich.
Zaraz potem zdałem sobie sprawę, że utopiłem własne buty i nogawki w rzygach. W dodatku pociągnąłem faceta w taki sposób, że szorował po tym wszystkim własną twarzą.
Kucnąłem i spojrzałem na niego, odgarniając przy tym zwrócone jedzenie kawałkiem znalezionej w śmieciach gazety. Włosy ciemne, widoczny zarost, ziemista cera zmęczonej skóry. Gość w każdym razie był niedawno w konfrontacjach z butelką. Deszcz powoli go obmywał.
Na wprost znajdowało się pomieszczenie, którego wygląd z miejsca mnie załatwił. Wiedziałem, że nie będę sobie w stanie przypomnieć, co to takiego było, a jedyny sposób dowiedzenia się łączy się z koszmarnymi wyrzeczeniami.
Prowadzące do środka drzwi były ciężkie, drewniane i przesiąknięte wodą, przez co zdawały się rozpuszczać. Ich otwarcie zostawiło na mojej ręce garść wiórków. Na wejściu o mało nie wyrżnąłem na prowadzących w dół schodach. Obecną w środku wilgoć oświetlały małe promienie świec porozstawianych na kamiennych szczeblach.
Na początku byłem pewny, że mi się zdaje, jednak po zamknięciu drzwi byłem pewny, że kogoś słyszę.
- ...i żelazo wetrę w skórę…
Schodziłem powoli w dół trzymając się ściany.
- ...i otulę szyję sznurem…
Bałem się.
- ...życie chciało, bym był szczurem…
Bałem się, że nie zdążę na moment samobójstwa.
- Zakrwawioną mam koszulę.
- Gniją w gardle moje jęki.
- Mamę, tatę, też otrułem.
- W myślach moich, będą tęsknić.
Mówiły to na przemian dwie osoby, raz męski, raz żeński głos.
- W głowie wykopałem dziurę.
- Spust, przyjaciel, pomógł mi.
- Wiarę wszelką mieszam z mułem.
- Bóg by nie chciał, żebym żył.
Gdy zszedłem na dół, czekał na mnie ciemny pokój. Drzwi były otwarte. Na ścianie po prawej widoczne były słabe cienie postaci. Coś zwisało z sufitu. Z tamtej perspektywy nie miałem widoku na zdarzenie, lewa ściana była zbyt daleko.
Zaufałem sobie. Wszedłem do środka.
Zobaczyłem dziewczynę z opadającymi na ramiona i plecy tłustymi, ciemnymi włosami. Miała na sobie białą koszulę i spódniczkę. Trzymała dwie świece, jedną w górze.
Dzięki temu mogłem się przyjrzeć wiszącemu na górze stryczkowi, zawieszonemu na wbity w sufit hak, który sprawiał wrażenie jakby to miejsce stworzono specjalnie do odbierania sobie życia.
Świeca oświetlała dodatkowo obłą postać, której tłuszcz wykraczał poza górę ubrania. Człowiek z trudem postawił nogę na chwiejące krzesło. Zaraz potem spróbował dać i drugą. Powtórzył czynność jeszcze dwa razy, aż w końcu udało mu się utrzymać na meblu.
Podszedłem bliżej. Grubas zaczął zakładać sobie sznur na szyję.
- Pope… - Zaczęła dziewczyna próbując coś z siebie wydusić, nie wiedząc jednak za bardzo, czy powiedzieć “żegnaj”, czy “do zobaczenia”. Ale ja wiedziałem, co powiedzieć.
- Zły wiąz.
Chłopak zachwiał się, krzesło nie wytrzymało i poleciał do tyłu na twardy grunt.
- Tao!? - Wrzasnęła dziewczyna machając świecami w miejscu.
- Nie żałujcie tego krzesła. Sznur i tak by nie wytrzymał. - Powiedziałem podchodząc bliżej. - Węzeł był za słaby, zwłaszcza na twoją wagę.
- Kim ty…
- Pomocą społeczną. W tym świecie, nawet żeby się porządnie zabić, trzeba mieć wykształcenie.
Milczeli. W promieniach świecy widziałem mdły wyraz twarzy dziewczyny. Jeden z płomieni nagle się ulotnił. Zmarszczyłem brwi. Zdjąłem szybko plecak i zamachnąłem się.
- AUU! - Wrzasnął lądując na podłodze.
- Myślę, że wolelibyście wykonać akty agresji przeciwko sobie, więc nie marnujcie sił.
- Co mu zrobiłeś? - Zapytała obojętnym tonem.
- Uderzyłem go w kolano.
- Czym?
- Tajemną bronią.
- Użyjesz jej na mnie? - Muszę przyznać, że słodko prosiła. Ale byłem twardy.
- Pomożesz mi go podnieść?
Kiwnęła głową.

- To Ditrich. - Powiedziała wskazując palcem na półmartwego pijaka. - Pewnie znalazłeś go w tunelu?
- Uhm.
- Głąb.
- Świnia! - Wydarł się Pope, po czym z trudem podniósł nogę i przygniótł Ditricha do kontenera. Po chwili jednak odezwało się kolano i Grubas sam upadł. - Żebyś się tymi rzygami udławił, sukinkocie…
- To prawda, mogłeś go już tam zostawić.
- Dlaczego?
- Bo tak pewnie stwierdziłaby reszta. Mnie to obojętne.
- Kim on właściwie jest?
Spojrzała na Pope’a. Jego twarz nie wskazywała za bardzo, jakby wiedział, co robić.
- Wiemy, że znasz Tao i Willes’a…
- Opowiadał wam o mnie?
- My znamy ciebie, ty nie znasz nas.
- Mnie nikt nie zna. - Odpowiedziałem spuszczając z niej wzrok.
- W każdym razie, to jest właśnie ojciec tego drugiego.
- Nie wygląda na takiego, co by się za bardzo przejmował jego istnieniem.
- Twierdzi, że tylko dlatego daje sobie w gębę.
- Co on wam o mnie opowiadał? W życiu nie zamieniliśmy słowa.
- Raz coś napomknął, że gdy z bólu już odpłynął, znalazł się w piekle i cię tam zobaczył. Twierdził, że czuł już, jak się smaży. Trochę nas to przeraziło, a na pewno nie dało już takiej motywacji do urzeczywistnienia planów. Choć mi szybko przeszło.
Nastała cisza. Zawył wiatr.
- To ja się wami zajmę. - Powiedziałem i stanąłem przed nimi. - Jeśli tylko dacie mi czas na przekazanie wam paru informacji, to wtedy to, o czym wszyscy marzycie, nie będzie takim problemem i na pewno nie będziecie musieli bać się o skuteczność.
W sikającym deszczu wyglądali jak para, która na łożu śmierci chciałaby uściskać papiery rozwodowe.
- A jaki ty masz w tym interes, co? - Powiedział Grubas wychodząc na przód.
- Nie pomagam ci zyskać, tylko stracić. Jeśli ty nic nie zyskasz, to co twoim zdaniem mogę ci odebrać? To, czego masz w nadmiarze, nie jest mi potrzebne.
- To, może i nie. - Powiedział łapiąc się za wychodzące spod koszuli fałdy. - Ale nasz szm...Długi jęzor.
- Szmal. - Dopowiedziała spokojnie.
- Idiotka!
- Cicho już bądź. Co zrobisz z tą kasą, gdy już się wygodnie ułożysz pod ziemią?
- Ale ja...Ja jeszcze wcale nie wiem, czy się temu wszystkiemu poddam!
- Tak? No to spójrzmy. - Powiedziała patrząc na niego szyderczo, następnie wyciągnęła ze stanika mały dzienniczek. - Jedenasty września. Dziś była twoja osiemnasta próba samobójcza, w tym rocznica pierwszej wykonanej.
Uśmiechnąłem się.
- Dobrze jest potrenować przed poważnym podejściem. - Powiedział naburmuszony.
- Jedz więcej, żaden sznur cię nie utrzyma, ani nikt nie wyprodukuje wystarczająco dużo żyletek, żebyś mógł dokopać się do żył przez warstwę tłuszczu. - Rzuciła.
Zmarszczył brwi. Spojrzał najpierw na nią, a później na mnie.
- Fakt, że wiesz o kasie nie daje ci uprawnień do tego, byś wiedział, gdzie jest położona! - Zaryczał, wskazując przy tym na mnie tłustym palcem.
- Myślisz, że sam jej nie znajdzie?
- To duże miasto, masa bloków, od cholery kryjówek. Wszędzie to może być! Zresztą on i tak nie ma klucza i może nas w dupę po…
- Nie bądź taki wulgarny. - Powiedziała spokojnie. - Myślę, że jeśli rzeczywiście nam pomożesz, poznasz pewne fakty.
- Tak, i właśnie teraz jeden sobie pozna - ja się na to, kurna, kategorycznie nie-zga-dzam!
Ględzenie zaczynało mnie z wolna irytować.
- Szczam na wasz szmelc, w ogóle mnie nie interesuje. Zresztą, skąd wy to niby macie? Ilu rencistów wyrżnęliście z plonu?
- NIE WAŻ…
- Dwóch, moich dziadków. Ale to dawno, z rok temu.
- I co z nimi?
- To, co z wszystkimi. - Powiedziała wzruszając ramionami. - Zadyndali na suficie jak lampka na Roraty.
- W tym miejscu? - Zapytałem wskazując na budynek.
- Ono zawsze było wybawieniem dla mieszkańców.
- Całe miasto wymarło w ten sposób?
- Nie tylko. - Powiedziała spoglądając na swoje długo nie obcinane paznokcie. - Mieli różne pomysły. Jeden z nich jest bezpośrednio związany z kontenerem na śmieci, o który oparłeś Ditricha.
- To znaczy?
Wsadziła Pope’owi rękę do kieszeni (o mało jej za to nie zdzielił łokciem wielkości opony samochodowej) i wyciągnęła z niej mały scyzoryk. Zaczęła nim wyskubywać brud spod pazurów.
- Co ty… - Zaczął łapiąc się za głowę.
- Ktoś kiedyś wpadł na pomysł, żeby tam wejść. No i wlazł. Zakrył się czymś, żeby w razie czego nikt go tam nie przyuważył, ale w Woodze generalnie jest tak, że nawet jak ktoś zniknie, to raczej się go nie szuka, bo i tak wiadomo, po co się ulotnił. Przypuszczalnie chciał doczekać momentu, kiedy w kontenerze będzie już tyle śmieci, że nie będzie miał czym oddychać. Albo mu się udało, albo zdechł z głodu i został z niego ogryzek dla much...Tylko jak on się nazywał...
Kiwnąłem głową.
Przestało padać. Ściągnąłem kaptur. Spojrzała na mnie i próbowała powstrzymać uśmiech. Zaraz potem zszedł jej z twarzy, bo znów rzuciła wzrokiem na swoje paznokcie, którym manicure wykonany tępym ostrzem niewiele pomógł. Westchnęła.
- Chodźmy pod bydlaczkę.
Przeszliśmy przez tunel i wróciliśmy na plac przed zniszczoną bramą. Ruszyliśmy drogą, którą wcześniej wybrał się Tao. Była wąska. Pełna dymu. Nie miałem pojęcia, w jak dziwne przestrzenie mamy się dostać, dlatego wolałem trzymać się z tyłu. Przez chwilę droga zupełnie się nie zmieniała. Od dymu zaczynały łzawić mi oczy. Niedługo potem, wyłoniła się zawieszona na wbitym w ziemię kiju tabliczka.
- Plac Śmierdzieli!? - Wrzasnął Pope. - Po co nas tu zaciągasz? Po co z NIM nas tu zaciągasz?
- Powiedziałam już. - Odparła.
- Co powiedziałaś? - Dopytywał próbując ją dogonić. - Dee…
Przy tabliczce znajdowały się zbudowane z patyków prowizoryczne bramki z otwartym przejściem. Na placu pojawił się powiew. Niósł ze sobą strzępy popiołu i nieżyjące liście gołych drzew, których nie było można uświadczyć zbyt wiele. Zaraz potem, na środku placu zobaczyłem obiekt, który do dziś wprawia mnie w intrygę i dosyć miło go wspominam.
- Ciekawe, co? - Powiedziała.
Owym obiektem był drewniany krzyż o przekrzywionej w prawą stronę górnej części. Posiadał niezbyt chrześcijańską wersję Jezusa, którego jedna z gałek ocznych wyskoczyła z oczodołu i uroczo zwisała. Przez jego brzuch przechodziła brudna, żelazna rura, której koniec skierowany był na szeroki na półtora metra głęboki dół. Sama rura wychodziła z tyłu, spod ziemi.
- Mówi samo za siebie. - Odparłem. - Było używane w praktyce?
- W przeszłości, oczywiście.
- Nie macie tu wody?
Pokręciła głową.
- Widać to po nas. Co nie zmienia faktu, że ten rodzaj kanalizacji często był używany w samych celach sprawienia sobie zabawy. Ale jeśli tak bardzo cię interesuje, gdzie przeprowadziły się nasze potrzeby, to jest to punkt tuż za tym krzyżem. - Powiedziała i wskazała mi duże drewniane wrota, do których nie chciałem za blisko podchodzić. - Często wystarczy usiąść na górze drzwi i…
- Skąd ten popiół? - Zapytałem, ucinając temat.
- Zaraz się dowiesz. Chodź.
Skręciliśmy od wejścia na plac w lewo i zeszliśmy po kamiennych schodach. Ponownie musiałem zasłonić sobie twarz. Temat dymu się wyjaśnił. Wszystko pochodziło ze źródła, którym było wielkie ognisko zajadające papier. Po obu stronach znajdowały się kolejne dwa osmolone bloki połączone sznurami, na których wieszano pranie. Za ogniskiem znajdował się następny mur z rysunkiem papierosa i napisem “NAKAZ PALENIA”.
- To jest Popielnica. - Powiedziała.
- Po co my tu właściwie p-przyszliśmy? - Zapytał Pope, wyglądał na przestraszonego i nieco spoconego.
- Mówiłam. Idziemy pod bydlaczkę…
- CO? - Grubas cały się wzdrygnął. Gapił się na nią wzrokiem, jakby właśnie bez żadnych skrupułów zagłosowała na Busha. - JA…
- O co tobie chodzi? - Zapytałem. - Czym jest ta cała bydlaczka?
- To jest…
- NIE MÓW MU! NIC NIE MÓW!
- Chryste, Pope…
- NIE! NIE! - Wrzasnął i usiadł wpatrzony w ognisko.
Spojrzałem na nią pytająco.
- Dzieciństwo. - Wyjaśniła. - Wygląda na to, że on mi nie pomoże. Może ty mi się przydasz...Bo...Jak ty się właściwie nazywa…
Nie dokończyła.
Stała pod blokiem. Na jej włosach i ubraniu pojawiła się ciemna krew. I wyglądało na to, że ma zamiar dalej ściekać z góry. Spojrzałem w tamtą stronę. Prawie dostałem kawałem zbladłej nogi, która poturlała się po brudnym podłożu. Dokonano rozdarcia moich bębenków. Jeszcze raz popatrzyłem w górę. Było tam otwarte okno. Zobaczyłem go. W jednej ręce trzymał nóż. Drugą podtrzymywał wrzeszczącego z bólu Willes’a.
Tao miał do ucięcia jeszcze jedną nogę.

Zimno. Najchłodniejsza wrześniowa noc.
Chłonąłem powietrze nosem i wypuszczałem je. Księżyc oświetlał ścieżkę, którą oglądałem z perspektywy wysokich traw. Kucnąłem w ich gąszczu. Przypomniały mi się momenty z ojcem. Nie umiałbym ich określić jako fantastyczne, skrajnie tragiczne, piękne, słodkie, gówniane. Wszystko z winy tego, że jako dziecko zupełnie nie rozumiałem tego, po co on to wszystko robi.
Bycie dorosłym, życie na terenie wolnego świata, w który można uciec. Wyjść pewnego dnia z domu, bez pożegnania, by nie marnować ust na mówienie, rąk na przytulanie i po prostu gdzieś tam sobie pójść. Nie rozumiałem, jak można być człowiekiem i tego nie wykorzystywać. Nie uciec. A zwłaszcza myśleć, że przewijanie jakiegoś posmarkanego, rozbeczanego bachora może być lepszą rozrywką, że zapachy podczas tej czynności są subtelniejsze, niż letni, kojący wiatr.
Gdy jednak zobaczyłem, jak mama cierpi z powodu tego, że ojca nie ma, w miarę upływu czasu zaczynałem rozumieć, że to ktoś, za kim warto tęsknić mimo pewnych błędów.
W tamtym momencie stwierdziłem również, że powinienem pomóc mamie z tym wszystkim. Pomóc jej się pozbierać, bo gdy człowiek się czołga, nikomu nie chce się schylać, za to zawsze fajniej jest kogoś podeptać. Jednakże mogłem wtedy tylko być.
Musiałem zostawić to wszystko, co wpadło mi do uszu, zamknąć temu drzwi na milion spustów. Omijać myśli mówiące o tym, że przecież to twoja własna matka…
- Przykro mi, mamo. - Powiedziałem cicho. - Są inne priorytety.
Wyszedłem z traw i odszedłem zostawiając ją czołgającą się o własnych siłach po ziemistym gruncie, dyszącą i wyjącą ze strachu, by służąca wybiegła z domu jej pomóc. Jej płacz nie dostał się do mojej głowy. Nie było dla niego dostępu.
Odwróciłem się tylko raz, by spojrzeć na stojącego w oddali Juzitza. Pomachałem mu.

Wyznaczyłem warunki.
Oczekiwałem ich wszystkich w umówionym miejscu. Szedłem ścieżką z widokiem na plaże i morze, czując się przy tym jak trzeci brat bliźniaków z powodu ciążącego mi na plecach worka na śmieci. Dochodziłem do umówionego miejsca.
Niedługo miało się już ściemniać. Czekali na mnie, usłyszałem kawałek żarliwej dyskusji.
- A co mnie to, kurna, obchodzi!? - Wrzasnął Grubas zażerając się suchą bułką. - Nie ma opcji, żeby nie był w zmowie z tymi pieprzonymi bliźniakami! Przyznacie mi rację, jak już będziemy opływać w soli na grillu, a ty Willes, będziesz jego przystawką…
- To byłby niewątpliwie mój szczęśliwy dzień. - Odrzekł spokojnie trzymając się na rękach Tao.
- Do reszty was porąbało? To nie jest normalny człowiek! Jeśli już chce nam pomóc, to zaproponujmy mu uprzejmie, żeby się pierwszy powiesił! No? Co wy na to?
- Jeśli dalej myślisz o wieszaniu, załatw sobie ciągnik. - Napomknęła Dee. - To zwykły człowiek Pope, taki sam jak my…
- BZDURA! Co za brednie, takich jak on idzie tylko dupą urodzić!
- Pewnie i tak byłoby łatwiej, niż z tobą.
- Czym on cię tak do siebie przekonał? Przecież nic dla nas nie zrobił, nic nam nie dał, nic…
- Fakt. - Powiedziałem przerywając argumentację Pop’a. - Ale może to cię przekona. Willes?
Spojrzał na mnie nieco zaniepokojony. Odstawiłem worek na ziemię. Później wyciągnąłem z niego i rozłożyłem dobrej jakości wózek inwalidzki. Nie bardzo wiedział, gdzie utrzymać wzrok.
- Tao przy amputacji wyciął ci również zdolność mowy, czy po prostu go nie chcesz? - Zapytałem.
- Ja...Ja… - Próbował coś z siebie wykrztusić, ale Tao przeszedł już do czynów i usadził go na siedzeniu. - Dziękuję.
Pokiwałem łbem.
Grubas trzymał się z tyłu. A ja się cieszyłem, że się nie odzywa.
- Przechodząc do meritum. Przynieśliście to, co należało?
- Znaleźliśmy już miejsce, w którym chciałeś się tym zająć. Zostawiliśmy to tam. - Powiedział Tao.
- Nie za mądrze, ale w tym wypadku różnicy to nie zrobi. Chodźmy.
Dotarliśmy do głównego celu, którym była położona wysoko nad plażą skała, wychodząca z terenu, na którym się znajdowaliśmy. Wszystkie rzeczy już tam czekały. Spojrzałem na nie, po czym podszedłem do końca skały i rzuciłem okiem na morze.
- Więc? - Zapytała Dee. - Powiesz nam, co mamy robić?
- Jak on się właściwie naz… - Zaczął Pope.
- Samobójstwo jest metodą zostawienia wszystkiego, co kiedykolwiek się nabyło lub dostało. Dziś będziecie żegnać się ze swoimi pasjami, bądź tym, co dla was najważniejsze. Zdaję sobie sprawę, że niekoniecznie dziś to wszystko tutaj mamy. Jednak, gdy wrócicie do domu, musicie się pozbyć reszty rzeczy tego typu. Wszelkich przedmiotów przypominających wam o tym, że sprawiały wam radość, gdy z nich korzystaliście. Mówiące o waszych talentach.
Wszystko po to, byście poczuli pełną pustkę, pełny ból i pełną motywację. Nie możecie w momencie samobójstwa niczego żałować. Musicie się odciąć.
- A czy jeśli… - Zaczął Willes. - Czy jeśli mamy pozbyć się swoich jedynych radości, musimy się pozbyć i naszych zwierząt?
- Tak. Musicie je od siebie uwolnić.
- Ale…
- Wypuśćcie je gdzieś po prostu.
- A co z rodziną? - Zapytał Tao.
Zaległa cisza. Wpatrywali się we mnie, niektórzy ze strachem, niektórzy ze wstrętem, inni znów z obojętnością.
- To trudny temat. - Powiedziałem. - Nie mogę od was wymagać “kompletnego samobójstwa”, nie mogę wymagać, żebyście porzucili bądź unicestwili wszystko, co z wami związane, pewne rzeczy nie powinny podlegać naszym wyborom.
- Więc co mamy robić? - Zapytała Dee.
- Jest coś, co jest swego rodzaju zamiennikiem. To taka...zasada. - Powiedziałem i znów odwróciłem się w stronę morza. - Nigdy nie popełniaj samobójstwa sam, postaraj się zabrać przynajmniej jedno inne istnienie ze świata.
Nie odzywali się. Przez chwilę słyszalny był wyłącznie szum fal.
- Chodzi w tym o to, że jeśli byłeś w stanie zwerbować kogoś do tak nieetycznego wydarzenia, jakim jest samobójstwo, okazać się na tyle zwierzęcym i egoistycznym organizmem, to nie musisz się obawiać o żałość i tęsknotę w momencie uśmiercania swojej osoby, bo twoja zdolność miłości już dawno umarła. Same biologiczne połączenia bez uczuć są gówno warte. Najważniejsze, to uświadomić sobie, że pewne rzeczy nie były dla ciebie. I musisz opuścić ten wielki pokój.
Spojrzałem ponownie na nich.
- Rzeczy, które tu przynieśliście nie są po to, żebyście mi je pokazali. Działacie dla własnych celów. Chcecie stąd odejść i chcecie, by inni zrobili to samo. Bierzecie własny dobytek, podpalacie i zrzucacie na dół w piach. W ten sposób zabijacie już część siebie. Zrozumieliście?
Kiwnęli głowami.
- Kto pierwszy? - Zapytałem.
Tao popchnął wózek inwalidzki do sterty rzeczy. Willes wyciągnął z niej wielkie płótno i pomocnik pomógł mu zajechać pod krawędź skały. Podałem Willes’owi mały kanister benzyny i zapałki. Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Skąd masz benzynę?
- Później. - Odpowiedziałem.
Na płótnie widoczna była dużych rozmiarów głęboka rana, a obok niej igła i kąsek nici.
- Zawsze było za mało. - Powiedział oblewając obraz paliwem. Następnie Tao pomógł mu odpalić zapałkę, płótno poszło z dymem i wyleciało w powietrze.
Hitman odszedł od wózka i sam ruszył do sterty. Wyjął z niej worek z jakimś proszkiem. Później podszedł, rozwiązał go i rozwiał zawartość po okolicy. Wszyscy na niego spojrzeli. Nikt nie ukrywał, że chciałby wiedzieć, co właśnie zrobił.
- Prochy rodziców. - Odpowiedział spokojnie. - Niczym w życiu bardziej nie żyłem, niż ich śmiercią. To wszystko, co mogło mi o nich przypominać.
Dee sięgnęła po duży plik kartek. Po chwili wyrzuciła górę popiołu.
- Lubiłam pisać testamenty. W naszym gronie jestem rekordzistką prób samobójczych, na dzień dzisiejszy - sześćdziesiąt trzy. - Oznajmiła i wróciła na tył podskakując.
Uśmiechnąłem się w duchu i spojrzałem na Pop’a. Musiałem zapytać.
- Czy jeśli porzucisz swoją pasję, będziesz w stanie w ogóle przeżyć do dnia wspólnej śmierci?
Spojrzał na mnie jak na idiotę.
- Nie rozumiem…
- Raczej o to nie pytam, ale co jest…
- Jestem…Byłem...poetą. - Powiedział smutny.
Podszedłem do niego i spojrzałem mu w jego smutną, mopsowatą twarz.
- Teraz jest ostatni moment, kiedy możesz się zdecydować na to, czy idziesz z nimi, czy zostajesz tu sam. Wiesz, że nasze stosunki są zbyt napięte, by utrzymywać kontakt. Więc zastanów się jak należy i…
Zalał się płaczem.
- NIE MAM TU NIKOGO! - Musiałem się odsunąć od siły wrzasku. - NIKOGO! NIKOGO!
- To prawda. - Powiedziała Dee podchodząc do mnie. - Pope do tej pory był wyłącznie złodziejem.
- Z wyglądu wynika, że musiał być całkiem niezły. - Powiedziałem jej szeptem, gdy ten rozryczał się na dobre.
Dla mnie trwało to miesiąc. Tylko stałem i wpatrywałem się w beczącego grubasa.
- YYYYCH! YYYYCH!
Nic, tylko to samo.
- AAAACH!
Wszystko to samo. Jakby płyta się zacięła.
- YYYYYYYCH!
Dość.
Ruszyłem w jego stronę zdejmując plecak. Zamachnąłem się prawą ręką i uderzyłem go nim w plecy. Płacz zmienił się w świński ryk i stęki. Rzuciłem plecak na podłoże i złapałem go za szyję w taki sposób, by miał głowę zwróconą ku dołowi. Zacząłem ciągnąć go w stronę reszty rzeczy ze sterty.
- Pokazuj mi to! Pokazuj mi to swoje ścierwo! - Darłem się na niego. Był kompletnie rozmontowany. - Chcesz żyć? Co? Jak ten pasożyt? Przyjdzie czas, że dopadną cię inne i wyrżną ci flaki z tego zapchanego cielska, rozumiesz? Zostaniesz wypchany jak mastkotka i zawieszą cię sobie w samochodzie, będziesz robił, kuźwa, za breloczek! Ty żyjesz, rozumiesz to, durniu? Żyjesz! A dopóki żyjesz, to to, gdzie jesteś, to nie poezja, choćbyś nie wiem, ile wersów na ten temat wysrał i piosenek wyrzygał, ty..Ty...TY DALEJ BĘDZIESZ ŻYŁ JAK WYCIERACZKA! NIE PO TO CIĘ PORZUCONO, ŻEBYŚ MIAŁ PRZETRWAĆ! NIC STĄD NIE JEST DLA CIEBIE! ALBO SIĘ RACJONALNIE PODDASZ, ALBO STOPISZ SIĘ W MĘCZARNIACH I ZOSTANIE NIC NIE WARTA KAŁUŻA BRUDU Z NIC WCZEŚNIEJ NIE WARTEGO OPASŁEGO ROBAKA…
Siła narosła i Pope odrzucił mnie do tyłu. Chwycił gruby zeszyt ze sterty i podpalił.
- AAAAAAARH! - Wydarł się wyrzucając go w przestrzeń. Później opadł ciężko oddychając. Ja również siedziałem i chłonąłem po wszystkim. Słyszeliśmy tylko nasze oddechy. Reszta się w nas wpatrywała. Odwrócił się nagle w moją stronę.
- Dzięki. - Powiedział.

Wszyscy chcieli zejść na plażę.
Nie widzieli we mnie choćby cienia chęci, ale w końcu westchnąłem ciężko i poszedłem razem z nimi. Na dole znaleźliśmy miejsce między wyżynami śmieci. Odszedłem gdzieś na tyły i usiadłem na piachu. Przymknąłem oczy. Do uszu dostawały mi się ich rozmowy.
- No dalej, chodźcie! Rozpalmy ognisko! - Krzyczała Dee. - Gdzie on jest? Niech ktoś go zawoła!
Czekałem tylko na moment, aż się do mnie przylepią. Ale nie otwierałem oczu, nie chciałem tego zobaczyć. Po chwili oczekiwania gwałtownego wrzasku pół centymetra od moich uszu, doczekałem się wrażenia, jakby coś sunęło w moją stronę.
Tao pchał wózek z Willes’em jadący tuż na mnie. Następnie obrócił go tak, by miał on ten sam widok na okolicę, co ja.
- Hm? - Zacząłem.
- Chciałem ci jeszcze raz podziękować.
- Hm.
- Mógłbym się dowiedzieć, skąd go miałeś?
- Jasne, pod warunkiem, że wyjawisz mi tajemnicę pochodzenia twojej sztucznej szczęki z drewna.
Zaśmiał się.
- Zasługa Pope’a.
- Zwędził dentyście?
- Nie, znalazł w jednym z opuszczonych mieszkań w Woodze.
Nie odpowiedziałem.
- Więc? Skąd…
- Nieważne, skąd. Ważne, że w dniu twojej wymarzonej śmierci zwrócę go właścicielowi.
- Czyli...jest wypożyczony?
- Tak.
- Rozumiem.
Fale rozbijały się o plażę w tle fioletowego nieba i ciemnych chmur widniejących na horyzoncie. Słyszalne były krzyki i śmiechy Dee oraz jej tłustego towarzysza. Biegali dookoła ogniska, którym okazała się rozpalona wielka kulka papieru.
- Ha, ha!
- Dee, przestań, proszę…
- Jeśli tego nie zrobisz, wszyscy dowiedzą się, że nosisz pieluchę!
- Dee, nie!
Spojrzałem na chmury. Coś z nich powstało i taranowało odległą część morza.
- Hej, widzieliście!? - Wrzasnęła Dee.
- Masakra, co to jest?
- Nie wiem!
Trąby wodne bywały dość często w tych rejonach, ale mimo to wciąż były ciekawym do obserwowania zjawiskiem atmosferycznym.
- Zabawne, prawda? - Zaczął Willes.
- Opowiadałeś żart? Wybacz, za pewne celowo go nie słuchałem.
- Zabawne jest to, jak mają się twoje nauki do tego, że oni wciąż potrafią tańczyć przy ognisku i spędzać miło czas.
- Ta i pewnie właśnie umierałbym ze śmiechu, gdyby nie fakt, że ostatnio sporo się śmiałem i zdrętwiały mi usta.
- To jest jednak ten fakt dosyć bolesnej przewagi negatywnych cech świata nad pozytywnymi. Ta największa, najdotkliwsza wada, która wyjaśnia całą jego strukturę. Pokazuje, że każda pozytywna iskra zostanie w końcu przeżuta i połknięta przez cyklon niefortunnych wydarzeń. - Zatrzymał monolog gryząc chwilę paznokieć. - Dlaczego nam pomagasz?
- Bo nie mogę już na was patrzeć.
- A poza tym?
Wzruszyłem ramionami.
- Może to zalążek mojego przyszłego zawodu.
- Nie czujesz bezsensu istnienia?
- Gdybym nie czuł, nic bym wam nie przekazał. Na razie istnieje ktoś, dla kogo wolę żyć.
- A później?
- Może zabiorę stąd jedną istotę.
Włosy powoli zaczęły mi się rozwiewać. Trąba była coraz bliżej.
- Nie myślałeś nigdy o wyższej sprawiedliwości?
- Masz na myśli dwumetrowego sędziego?
- Życie wieczne.
- Chcesz o tym dyskutować? Chcesz znaleźć sobie powody do życia?
Zaczął się poważnie zastanawiać.
- Nie. - Stwierdził. - Wolę skończyć to, co już zacząłem.
- W świecie chwali się wytrwałość.
Tao stał z rękami w kieszeniach. Wpatrywał się w towarzyszącą nam pogodę.
- Chyba podziwiasz go za to, co dla ciebie robi?
- Jednym z moich powodów do śmierci jest fakt, że nigdy nie będę w stanie mu się za to wszystko odpłacić.
- Rzeczywiście. - Powiedziałem wzdychając. - Ale przynajmniej dla bliźniaków miałeś pieniądze.
Zbladł.
- W sumie, to całkiem zabawni goście. Choć mogli cię jednak lepiej uświadomić, że nie musisz wybijać tych zębów.
Źrenice mu urosły i powoli zaczął odwracać głowę w moją stronę. Tao również przestał na chwilę interesować się tłem.
- J-jak to...O czym ty mówisz?
- Jak przebiegł wasz dialog, zanim dostarczyli ci cegłę?
Na jego twarzy pojawił się grymas.
- Nie ważne.
- Na czym ci zależy? Umrzesz lada chwila.
- Nie znoszę uświadamiać sobie swoich błędów. Ani się nimi specjalnie chwalić.
- Zależy ci na ojcu?
Nie odpowiedział od razu.
- Gdybym powiedział, że tak, byłoby to bez sensu.
- Nie wątpię.
- Powiem ci za to od razu, że wbrew temu, co inni myślą, te wszystkie rany na moim ciele nie powstały z mojej inicjatywy, tylko jego. Nie kazał mi się okaleczać, sam to wszystko zrobił. Właściwie, dlaczego pytasz?
- A co z rodzinami reszty?
- To znaczy?
- Dee ma kogoś?
- Mamę.
- Też się zalewa?
- Przeciwnie. Przemiła kobieta. Ale cierpi na agorafobię. Wiesz, nie ma bata, żeby wyszła z domu.
- Mógłbym ją wspomóc finansowo.
- Po co, w jaki sposób?
- W ramach odwetu za nieskończoną pracę bliźniaków. Pieniądze, które by ją wspomagały, biegły by prosto z ich portfela.
- Dlaczego? Jak?
- Póki co ważne, że to ja wiem, dlaczego. Za parę dni pewnie się wszystkiego dowiesz.
- W jakim celu robisz to wszystko?
Westchnąłem.
- W tym co robimy, potrzebuję zaufania was wszystkich. Może przyjść moment, w którym wszyscy będziecie chcieli urwać mi łeb. Chodzi mi tu zwłaszcza o Pope’a. Pomysł ze sfinansowaniem matki Dee ma dać mu dobitnie do zrozumienia, że nie chodzi mi w tym wszystkim o żadną kasę.
- Ach. - Pokiwał głową. - Pieniądze.
Śmieci zaczynały wirować od wiatru.
- Woohoo! - Wrzeszczała Dee.
Podrapałem się po policzku.
- Wiesz co? - Drążył. - Myślę, że jednak kwestia kasy powinna w twoim wypadku zostać uwzględniona w sposób nieco bardziej cielesny.
- Jak to?
- Porozmawiam z nim. I z resztą. Należy ci się coś za to wszystko.
- Powiedziałem…
- Jeśli to rzeczywiście ma być twój przyszły zawód, to warto by było mieć już jakieś pieniądze na rozkwit interesu.
- Miałbym mieć lokal? Dnia by nie postał, a mnie by zamknęli.
- Mam nieodparte wrażenie, że wymyślisz coś na przekór temu. - Powiedział z uśmiechem.
Nie odwzajemniłem go.
- O, jeszcze coś. - Powiedział i wskazał na plecak. - Co ty tam trzymasz? Dlaczego Pope’a aż tak to zabolało przy uderzeniu?
Spojrzałem na niego.
- Gruz.

Dee szybko zorientowała się, że miejsce, w którym Pope miał z sobą skończyć jest dla mnie w jakiś sposób ciekawe. Zabrała mnie tam. Rozpaliła świece w pomieszczeniu i blask przywarł do ścian.
W jednym z rogów stał niezbyt wcześniej dla mnie widzialny kosz wiklinowy wypełniony stryczkami.
- Nie traktuj tego, jako sznury w razie potrzeby. - Powiedziała. - To są rzeczy osób, które korzystały tu z samej możliwości. Oczywiście zawsze ktoś musiał po tobie posprzątać.
- A to? - Zapytałem wskazując na ściany. Na wielu cegłach widniały jakieś wypowiedzi, pisane farbą, krwią, fekaliami (a te nie były zbyt czytelne).
- A, tak. - Powiedziała wskazując na jedną z nich. - Mówi, się, że to mele dewiatów. Wiesz, mela, to ślina z glutem z podniebienia. A dewiat to ktoś, kto zboczył z kursu. Wysiadają z łódki i toną, ale wolą wcześniej powiedzieć, dlaczego. Zobacz, ta jest od Pope’a.
- “Obdarzono mnie w początkach okiem mydłem obklejonym, lecz przez drugie, co jest widne, chodzę wiecznie rozwolniony”. - Przeczytałem i pociągnąłem mocno nosem. - Poeta.
- Tak. - Przytaknęła. - To mi się podoba. “Nie chcę więcej zazdrościć mokrym ubraniom. Ja też wolałbym powisieć/Roe Gog”
- Zawsze się podpisują pod melami?
- Zwykle. O, to jest długie. - Powiedziała wskazując mi ręką. - Przeczytasz?
- “Całe życie wychodziłam z założenia, że za moje ciężkie trudy dostanę coś wreszcie od życia. I Bóg chciał, by tak się stało. Wiem, że prezentów się nie odsyła, ale jak zapakować raka z przerzutami?/ Emma”.
- Ładne. Prawdziwe. - Stwierdziła.
- Chyba tak. - Powiedziałem na wpół świadomie, gdyż nieco wyżej przykuł mnie wizerunek narysowanej zebry z wyrwanym ogonem. Na szyi miała zawieszony krawat.
- Jeju… - Oderwał mnie jej głos. Dochodził gdzieś z tyłu. - To chyba mela…
Głośne westchnienie przerwało jej w połowie, nie dochodziło jednak z jej gardła. Usłyszeliśmy także dźwięk łańcucha. Światło świec nie dochodziło do wejścia pomieszczenia, w którym ktoś stał. Zaczął powoli się zbliżać ciężko stawiając kroki. Po chwili ujrzeliśmy przemęczoną i wypraną z życia twarz.
- ...ojca Willes’a. - Dokończyła.

- Co tu zakopujesz? - Zapytał mnie Tao, gdy przyszedł w umówione miejsce.
- Później. - Powiedziałem. - Mówiłeś, że bliźniacy też dali już sobie spokój z budą?
- Nie, nie dali. - Mówił szczerze. - Po prostu ta szkoła nie bardzo ma na względzie naszą edukację i z tego co wiem, trwają teraz jakieś ferie jesienne.
- Ferie? We Wrześniu?
- Mają potrwać do połowy października.
- W zamian anulują wolne w okresie zimowym?
- Nie i nie wykluczałbym, że potrwałyby do końca maja.
Wyrównałem grunt i schowałem dużą łopatę w krzakach niedaleko.
- Więc? - Zapytał.
- Będziesz mi dziś potrzebny, mafiozie.
- Jak mogę ci się przydać?
- Prawdopodobnie będziesz musiał coś wykraść.
- Oh. Nie lepiej byłoby ugadać P…
- Już ci nieco zaufałem, uszanuj ten fakt.
- W porządku. Gdzie i co mam ukraść?
- Chodź.
Tao zrozumiał sprawę, gdy niedługo potem dotarliśmy do lasku przed tartakiem. Samochód stał. Bliźniacy najwyraźniej całkiem tam zamieszkali.
- Chyba wiem, co chcesz zrobić. - Powiedział.
- Gdzieś na piętrze tej chaty musisz czegoś poszukać. Byłem w niej drugi raz, niedawno, ale nie zdążyłem dokładnie się przyjrzeć, bo wpadli z powrotem i zdążyłem tylko zwędzić kanister z benzyną. Nie mam pewności co do tego, co to może być, ale…
- Rozumiem twoje wątpliwości, również nie jestem pewny, czy Lud chciał coś tam ukryć.
Spojrzałem na niego nieco zdziwiony.
- Tego dnia, gdy masakrowali Willes’a, wkradłem się do tej chaty i siedziałem na piętrze. - Powiedział.
- Mówisz poważnie?
- Tak. Później dowiedziałem się, że na dole czychałeś jeszcze ty. Prawdopodobnie dobrze usłyszałeś, że Lud darł się na brata o otwarte okno.
- W tym tkwi całe moje podejrzenie.
- Wcale mnie to nie dziwi. Otwierałeś okno na dole?
- Tak.
- A zamknął je z powrotem?
- Właściwie nie.
- Więc cały sekret sprawy tkwi na piętrze. Właśnie tam otwarłem okno, a te już zamknął.
- Znalazłeś tam coś podejrzanego? Gdy ja tam byłem, było już ciemno. Zauważyłem jeszcze tylko, że cały pokój jest czymś poobklejany.
- W takim razie chyba możesz się cieszyć, że nie towarzyszyło ci żadne światło. - Spojrzał na mnie z powagą. - Cały ten pokój jest obsmarowany wycinkami i plakatami ze świerszczyków dla panów patrzących inaczej.
- A poza tym?
- Gdy Lud wszedł wtedy do chaty, by zabrać grabie, na wszelki wypadek ukryłem się pod łóżkiem, które prawdopodobnie tam wstawili. Na szczęście mnie tam nie znalazł.
- A czy ty znalazłeś coś pod łóżkiem?
- Lepiej. Coś jest w nim, środek materaca jest zszyty. To może być jakaś skrzynka, walizka, nie dam głowy.
- Więc wiesz już, gdzie szukać i co masz robić. Jeśli to rzeczywiście skrzynia lub waliza, to może być potrzebny klucz.
- Co sugerujesz?
- Spróbowałbym poszukać za plakatami.
Dałem Tao do zrozumienia, żeby nie wychodził z lasku, dopóki ja nie wyciągnę na plac bliźniaków.
- Dasz sobie radę? - Zapytał.
- Sam bym się tym wszystkim zajął, ale nie potrafię być dwóch miejscach na raz.
- Zrobię, jak powiedziałeś.
Wyszedłem od strony lasu, na którą wychodziły okna chaty. Szedłem powoli i spokojnie. Podszedłem do samochodu i siadłem mu na klapie. Później pozostało mi już tylko czekać, aż wyjdą bliźniaki.
- Śpią, do cholery? - Powiedziałem po paru minutach czekania, po czym rozhuśtałem auto i zacząłem bić w nie pięścią, aż nie odpalił mu się alarm. To zadziałało jak budzik, wyszli jak z automatu.
- EJ! - Wrzasnął Lud. - ZŁAŹ!
Chodzenie bez koszul weszło już bliźniakom w krew. Zobaczyłem świeży koper, który powyrastał im na brzuchach. Byli prawdziwym przykładem człowieka, który jeśli już ewoluuje, to tylko do tyłu.
Dud wszedł do samochodu i wyłączył alarm.
- Co tu robisz? - Zaczął Lud z miną groźnego buldoga.
- Wpadłem w odwiedziny. - Odpowiedziałem schodząc.
Dud stanął obok brata z rękami w kieszeniach.
- Nie puszcie się tak. Nie wpadłem potrzaskać się po buźkach, raczej chciałbym wyjaśnić parę kwestii.
- No. My też.
- W takim razie, jeśli już zakłóciłem wam spokój, pozwolę wam zacząć.
Obserwowali mnie chwilę i spojrzeli po sobie, jakby przekonywał jeden drugiego, kto ma to powiedzieć.
- No...to. - Kontynuował Lud. - Właściwie, to przychodzimy z prośbą.
- Z prośbą? - Spytałem niedowierzając.
- No. Chcielibyśmy, żebyś wyciągnął od Willes’a zapłatę, której nie odebraliśmy ostatnim razem.
Zaległa cisza. A w niej trwałem ja z moimi nic nie pojmującymi oczyma.
- Jesteście durniami?
- Ej… - Wyrwało się Lud’owi, ale brat go uciszył.
- Skąd pomysł, żebym w ogóle miał dostęp do tego człowieka? Żebym wiedział, gdzie on się znajduje?
- Ta kwestia nie zostanie zakończona bez wynagrodzenia dla ciebie. Chcielibyśmy, żebyś wziął część pieniędzy, a także do nas dołączył. Został bitselem, jak my. Sprawdziłbyś się, wiesz, o co w tym chodzi.
- Ale wy nie. Nie spełniając oczekiwań klienta w życiu do niczego nie dojdziecie. Prędzej społeczeństwo was zamknie, niż zacznie polecać.
- A twoim zdaniem nie spłoniemy na krześle za zabójstwo?
- Jeden zawód, wiele wyrzeczeń.
Dud uśmiechnął się.
- To był przecież jeden raz.
- Nie wiem, który, możecie mi wmówić, co chcecie. Nawet gdybym chciał znaleźć Willesa, nie miałbym pojęcia, gdzie go szukać. A raczej, w którym szpitalu.
- Przecież musi kręcić się po mieście. Człowiek czasem chodzi, nie potrafi tylko siedzieć.
Parsknąłem śmiechem.
- I ty mi to mówisz? Po tym, co mu zrobiliście, myślicie, że jest jeszcze w stanie gdzieś pójść o własnych siłach?
- Bez przesady. Aż tak go nie zmasakrowaliśmy. Bynajmniej, nic mu się nie złamało, może poza zębami.
W tamtym momencie naprawdę się pogubiłem.
- O czym wy pieprzycie?
- A o czym ty?
- Zgnietliście mu nogi samochodem. Dowiedziałem się tego od Tao.
Spojrzeli po sobie kompletnie wybici z czegokolwiek.
- Wiemy, co zrobiliśmy ludziom, którzy się do nas zgłaszali. Ale nigdy nam nie wmówisz, że jakieś zgniecione piszczele to nasza sprawa! - Wycharczał Lud. - Bo nie jest!
W tamtym momencie wszystko zacząłem już łapać. Ale nie zmieniłem zdania co do szantażu na braciszkach, przeciwnie, w tamtym momencie tylko bardziej mnie do tego popchnęło.
- Myślę, że jeśli chodzi o kasę... - Zacząłem wkładając ręce do kieszeni i zmieniając wyraz twarzy. - Jeśli chodzi o kasę, to raczej wy będziecie musieli wyłożyć barachło na stół, nie nikt inny.
- A...A to dlaczego? - Zapytał Lud z kwaśną miną.
- Bo nie pilnujecie swoich rzeczy jak należy. Nie ukrywam jednak, że rozbawił mnie fakt, iż Willes wcale nie musiał wybijać tych zębów…
- Willy jest słodkim idiotą. - Powiedział Dud z uśmiechem. - Kompletnie nic nie zrozumiał z tego, co mu powiedzieliśmy. Wziął pewne rzeczy trochę zbyt serio.
- Powiecie mi, jak to było?
- To żadna tajemnica. Dzień wcześniej wzięliśmy go na stronę i powiedzieliśmy, że obniżymy cenę zamówionej śmierci, jeśli coś dla nas przechowa.
- Co to ma wspólnego z chomikiem?
- Rusz banią, geniuszu zła. Chomiki jak psy lubią chować paprochy czy szczątki papieru. Może nie w ziemi, ale chociażby w kącie fotela.
- To po co mu był ten klej?
- Żeby schować należność. Otworzyć spłuczkę i przykleić rzecz w jej środku. Tak się składa, że owa rzecz nie mogła sobie popływać po wodzie z kibla.
- Niby po co miał to dla was przechować?
- Tak naprawdę chodziło tylko o to, żeby sprawdzić, czy zrozumie, o co chodzi. Rodzaj zabawy. Mógł po prostu schować to coś i byłoby po sprawie.
- Przestań mówić zagadką, jakbym nie wiedział, że chodzi tu o cegłę.
- Nieważne. - Powiedział ponownie się uśmiechając. - Ważne, że dla ciebie jest gówno warta.
- Umyjcie sobie te wasze syfiaste narządy słuchu, bo kompletnie mnie nie słuchacie. Powiedziałem, że wiem, że nie musiał tego robić.
- Cóż, ważne, że cegła wraca do nas…
- Jesteście debilami. Nic do was nie wróci.
Zmarszczyli brwi.
- Co ty…
- Willes może nie widział na tyle dobrze, by dojrzeć, że cegła jest przepołowiona, ale ja tak. I wiem, że wydłubaliście środek, by schować tam coś prawdopodobnie bardzo dla was ważnego.
Dud otworzył usta. Lud wyglądał jakby dalej nic nie rozumiał.
- Ale masz rację, nie obchodzi mnie sama cegła, ale to, ile potraficie wysunąć za nią każdego tygodnia, bym nie oddał jej w ręce jedynego szeryfa tej wiochy. Myślicie, że sama rzecz, którą bym mu dał i informacja o tym, gdzie ją znalazłem nie będzie dla niego wystarczającym powodem do pewnych refleksji? Najstraszniejsza zbrodnia ostatnich trzech lat, jeśli nie całej historii okolicy zostałaby nareszcie zakończona, nie wahałby się.
- Dud. - Zaczął brat wyglądający, jakby trzymał w sobie ze dwie tony gniewu. - O czym on, kuźwa, mówi?
- Tak, Lud. - Powiedziałem. - O właśnie tej cegle. Z właśnie tą zawartością.
Oboje byli już bladzi jak ściana.
- Z jelitem waszego zmarłego brata.
Lud zacisnął pięść i wysunął lewy sierpowy bliźniakowi.
- AU!
Podszedłem do niego.
- Macie co każdą niedzielę płacić pięćdziesiątkę. Jeśli chcecie z miejsca wykupić całą cegłę, wyłóżcie tysiąca. Zrozumiano?
Kiwnął głową. Przyłożył raz jeszcze nogą jęczącemu z bólu bratu. Zaraz potem rzuciłem okiem na drzewa. Tao był na wierzchu. Machnął ręką. Kiwnąłem głową i odszedłem stamtąd bez słowa.
- Nie było tak prosto. - Przyznał Tao, gdy biegliśmy przez drogę. W rękach miał dużą skrzynię zamkniętą na kłódkę, ale nie stanowiła dla niego większego ciężaru. - Tym razem górę też zabezpieczyli, musiałem użyć wytrycha.
- Skąd miałeś?
- Pope zwinął gdzieś kiedyś.
- Chyba muszę zacząć go bardziej doceniać.
- Może lepiej nie. Im bardziej docenisz go w jego fachu, tym bardziej przestaniesz być wobec niego ufny.
- Coś w tym jest.
Dobiegliśmy do miejsca, w którym zakopywałem wcześniej dół. Znalazłem łopatę i zacząłem go odkopywać. Tao usiadł na skrzynce i obserwował.
- Wybacz, że nie jestem w stanie ci pomóc.
- Nie ma potrzeby. Co z kluczem do skrzyni?
- Tak jak mówiłeś. Nalepili w jednym miejscu pięć plakatów w różnych pozycjach. Była za nimi skrytka.
- Super. - Powiedziałem dysząc.
- Nie dałem rady ich nie rozerwać, więc na pewno szybko się zorientują, o łóżku nie wspominając. A tobie jak poszło? Co z funduszami dla matki Dee?
- Ten temat nie podlega żadnym dyskusjom. - Więc ci się udało. Gratuluję.
- Z wzajemnością.
- Co tam schowałeś? - Zapytał gdy wyciągnąłem trzy wypełnione worki.
- Parę gratów. - Powiedziałem na odwal. - Zakopiemy skrzynię tutaj. Ale zobaczymy wcześniej zawartość.
- Co myślisz? Co tam mogli wsadzić? - Zapytał, gdy wyciągał klucz.
- Wszystko.
Tao wsadził klucz do skrzynki i przekręcił dwa razy. Podczas otwarcia oboje prawie zwróciliśmy jedzenie wraz z żołądkiem, ja jednak zaraz po tym zacząłem się śmiać.
- Nie wiem, co jest w tym zabawnego. - Powiedział dość zdziwiony Tao.
- Sprawdziły się moje przypuszczenia. - Odpowiedziałem ocierając oczy. - Braciszek krojony, raz!
- To o co chodziło z tymi oknami?
- Jak to, o co? Pewnie nie za bardzo wiedział czy lepiej będzie, jeśli wywietrzy chatę, czy jeśli zostawi jej wrodzoną temperaturę i fakt, jak jest w niej cholernie duszno.
Siedzieliśmy na ziemi. Chłonąłem jeszcze chwilę od śmiechu. Tao utrzymywał swój wyraz twarzy. Później wzięliśmy się do zakopywania skrzynki.
- Właściwie to jak to zrobiłeś, że będą wpłacać te pieniądze?
- A… - Machnąłem ręką. - Chodzi o taką pierdołę.

- Cześć, brzydkie główki. - Zwróciłem się do reszty osób, które czekały na nas na skale. Zrzuciłem tam worki i przeciągnąłem się. Tao niósł mój plecak.
- Co tam jest? - Spytała Dee.
- Chwila...Trochę się nanosiłem... - Powiedziałem i oparłem się rękami o kolana. Spojrzałem spode łba przed siebie. Zobaczyłem Willes’a na wózku. Na samym końcu skały.
- A temu co? - Rzuciłem do reszty.
Dee do mnie podeszła i szepnęła na ucho:
- No wiesz. Tata.
- Nie szepcie mi za plecami, to nic fajnego. - Powiedział odwracając się.
- Wie, że zostawiliśmy mu wolną rękę.
- To nie tak. Ja przynajmniej byłem pewny, że on i tak nie rady tego wykonać. I nie mówię tu o wiązie, a o utrzymaniu na krześle.
- Pewnie tak. - Powiedział wzdychając. - To był niewątpliwie pierwszy raz, gdy był trzeźwy.
- Nie wyglądał na takiego. Willes, słowo…
- Daj spokój. Ja też przecież nie miałem zamiaru być święty. Co za różnica, czy pierwszy to zrobił? - Powiedział ocierając nos. - Wsadziliśmy go do kontenera. Poza tym, chciałem coś jeszcze ci dać.
Sięgnął pod koszulę i wyciągnął mały obraz. Były na nim dwa gofry na talerzu obsypane malinami, z czego lewy przysmak miał wciśniętą między różowymi owocami amerykańską jagodę. Kiwnął głową w moją stronę. Miał poważny wyraz twarzy.
A ja równie poważnie się uśmiechnąłem biorąc obraz do ręki.
- Dziękuję. - Powiedziałem. - Bardzo ładny.
- Prawdę mówiąc, miałem go dać Pope’owi. Zawsze chciał czegoś takiego spróbować.
- Nie wątpię. - Odpowiedziałem.
Spojrzałem na Grubasa. Patrzył na nas wzrokiem bardzo podejrzanym. Dee również się w nas wpatrywała wypełniona odczuciem zdziwienia.
- Coś nie tak? - Zapytałem rozkładając ręce. Nie uzyskałem odpowiedzi. - Super.
Wsadziłem obraz do plecaka. Następnie poszedłem po worki. Jeden rzuciłem Dee, drugi Pope’owi, a trzeci podałem Willes’owi. - Podejdźcie pod skraj skały. - Powiedziałem. - Na początek chcę was uświadomić, że to wszystko odbędzie się właśnie tutaj.
- Domyśliliśmy się. - Odpowiedzieli wszyscy na raz.
- Niedawno miałem okazję zajrzeć do dzienniczka Dee. Wszyscy, poza Tao, mieliście już próby samobójcze. A skoro o tym wspominam, myślę, że zdajecie już sobie sprawę, dlaczego to właśnie ona ma największy wór.
- Ale...co tam jest? - Zapytał Pope.
- Węgiel. Każdy kawałek węgla symbolizuje jedną nieudaną próbę. Czy to dobrze, że macie już doświadczenie? Odpowiadam: Nie. Każda nieudana próba to niepotrzebne igranie z losem i własnymi emocjami. Ocieracie się o to i w końcu jest wam obojętne, co się z wami dzieje. Mówię to na przykładzie Dee, która stanowczo za dużo się o to otarła. Ten węgiel będzie legowiskiem błędów, na które spadnie udany produkt - wy.
- Więc mamy to wysypać? - Dopytał Willes.
- Rozwiążcie worki. Pozbądźcie się tego.
Stanąłem z tyłu z Tao. Nie odzywał się. Ja również się zamknąłem. Cała trójka zaczęła rozwiązywać worki. Nie byłem pewny z początku, czy Dee podoła ciężarowi, ale okazało się, że nie miała większych problemów. Po chwili zawartość jej worka oraz Willes’a została wysypana w czeluść. Za to Pope się wahał.
- Coś nie tak, Pope?
- Osobiście, przed wszystkimi tu zgromadzonymi chcę powiedzieć… - Zaczął, zobaczyłem jak łza ścieka mu z oka. - Że ten człowiek, którego imienia nikt z nas nie zdołał poznać, jest jedynym człowiekiem w moim życiu, którego nienawidzę i to się nie zmieni.
- Pope… - Szepnęła Dee. Chciała do niego podejść, ale Tao ją zatrzymał.
- Powiedz mi, skurwysynu. - Mówił przez łzy. - Co ci zrobiły te zwierzęta?
- Co? - Willes odwrócił głowę w moją stronę.
- A to. - Powiedział Pope wyciągając z worka kawałek węgla przypominający psią łapę. - Coś się nie dopiekło. Hm? Psie piski do ciebie dotarły, czy może nie przyuważyłeś?
Nie odezwałem się. Nie od razu. Patrzyłem na niego. A później na Willes’a.
- Nie patrz tak na mnie, Willes. - Powiedziałem wychodząc na środek zgromadzenia. - W kwestii urwania mi łba mówiłem właśnie o tym.
- Nawet nie mam siły cię zabijać. - Drążył Pope. - Sam to powinieneś zrobić.
- Nie zabiłem waszych zwierząt bez powodu. Od samego początku wiedziałem, że się od nich nie opędzicie, ani nie przestaniecie o nich myśleć. Ktoś to musiał zrobić. To mogłem być tylko ja.
- Nienawidzę cię…
- A ja pragnę ci coś przypomnieć. Ale zwrócę się tu bezpośrednio do wszystkich. To życie NIE JEST DLA WAS. Nigdy nie BYŁO dla was. Błędy są w każdym systemie. I albo błędy usuwane są bezpośrednio, albo są wyniszczane i po jakimś czasie sens ich trwania nie istnieje, tak jak w waszym przypadku.
- A zasada? - Zapytał Willes. - Nie działa w przypadku zwierząt tak samo jak w przypadku rodziców?
- Śmierć jednego psa, to tragedia. Śmierć wielu psów, to też tragedia. - Powiedziałem. - Zresztą nie zamęczaj mnie Willes.
Zmarszczył brwi.
- Nie byłeś mniej okrutny prosząc Tao o to, by zmiażdżył ci nogi.
Zbladł.
- Sam chciałeś mojej pomocy, więc ci ją dostarczam. Nie rób ze mnie okrutnika. Bo sam szukałeś pomocy kogoś, kto pomoże ci zabić człowieka. Bliźniacy, którzy cię upodlili będą spłacać swój dług pod wpływem wysuniętego im szantażu, wzbogaci się na tym matka Dee. Podkreślałem milion razy - pieniądze mam w głębokim poważaniu. Pomagam wam. I albo mi zaufacie, albo już w tym momencie możecie iść i na dobre z sobą skończyć. I macie teraz dokładnie minutę na to, by to zrobić.
- Dlaczego akurat minutę? - Spytali wszyscy.
- Bo właśnie przez tę minutę będę miał to wszystko absolutnie w dupie.

Przez następne trzy dni, gdy reszta już ochłonęła, zacząłem przygotowywać ich wszystkich do samego lotu w dół. Wiedziałem, że podczas skoku nie będzie już odwrotu, ale chodziło tu o to, by się tego nie bali. To były moje ostatnie nauki.
- Co tam zobaczę? - Zapytała mnie Dee, gdy wpatrywaliśmy się w morze.
- Tylko to, w co wierzysz. - Odpowiedziałem. - Istnieje wszystko, co potrafisz sobie wyobrazić. Niekoniecznie musisz doświadczyć tego tutaj.
- I mówisz mi te wszystkie pozytywy teraz?
- Chciałem, żebyście zapomnieli już o tym, co się tu działo. Dali sobie z tym spokój i zdali sobie sprawę z innych możliwości. Nie będziemy pasować do wszystkiego. Ta układanka ma swoje puzzle.
- Puzzle. Ładnie to brz…
- ZABIJĘ CIĘ! ZABIJĘ CIĘ TY SUKINSYNU! - Usłyszeliśmy nagle z oddali.
- Pope’owi się jeszcze nie znudziło? - Zapytałem nie patrząc.
- To nie był Pope, Niewiadomy. - Odpowiedziała odwracając się.
- Hej! Chodźcie, szybko! - Krzyknął Tao.
Pobiegliśmy przez kawałek ziemistej ścieżki i skręciliśmy w prawo. W ten sposób dobiegliśmy do posiadłości rolnych. Na prawo i lewo roiło się od owiec puszczonych luzem. A na środku drogi, pomiędzy pastwiskami zobaczyłem Dud’a z wykrwawionym w objęciach bratem.
- RATUJCIE GO! RATUJCIE GO! - Wrzeszczał płacząc. Przytulał go z całej siły, co z pewnością nie tamowało krwawienia, ale pokazywało, że głęboko kochał brata. Ja mogłem już tylko patrzeć. - OBETNĘ MU JEGO BRUDNE ŁAPSKA!
- Komu? - Spytała Dee.
- TEMU, KTO GO SKRADŁ! KTOŚ SKRADŁ BUD’A! KTOŚ SKRADŁ JEGO CIAŁO! LUD NIE WYTRZYMYWAŁ, NIE DAWAŁ RADY! ZABIŁ SIĘ! ON SIĘ ZABIŁ DO CHOLERY!
Czułem na sobie wzrok Tao. Obejrzałem wszystkie zgromadzone twarze. To się musiało stać.
- Posłuchajcie mnie teraz uważnie. - Powiedziałem powstrzymując łzy. - Idźcie w ustalone miejsce i przygotujcie się mentalnie. To jest ta pora.
Kiwnęli głowami. Wszyscy, poza Pope’m.
- Jeśli dokładnie za godzinę nie wrócę, skaczcie beze mnie.
- Jak to...bez ciebie? - Spytał Willes. - Przecież ty…
- Sprawy się pozmieniały, Willy. A teraz spieprzajcie tam, gdzie należy. Jeśli mam to zrobić, muszę być...kompletny.
Wstrzymali oddech.
- Nie czekajcie na mnie dłużej. Godzina. - Powiedziałem i pobiegłem.
- Nie, Pope, nie! - Krzyknęli Dee i Willes. Usłyszałem jeszcze, że ktoś się krztusi, ale nie miałem już czasu, żeby się odwrócić.
Biegłem szybko do punktu docelowego. Plecak sprawiał, że tylko bardziej dyszałem. Po parunastu minutach wszedłem w sferę traw i wielkiego młynu. Stanąłem przed drzwiami.
- Oddychaj...Oddychaj… - Wyjątkowo się wtedy zmęczyłem.
Nacisnąłem klamkę i otworzyłem wolno drzwi. Usłyszałem tykanie zegara kuchennego. Zamknąłem cicho wejście i położyłem plecak obok. Podszedłem do lady kuchennej. W drewnianym domu było zdecydowanie ciszej niż w mojej głowie.
- To ty? - Usłyszałem głos z tarasu.
- To ja. - Odpowiedziałem otwierając szufladę i sięgając po średniej wielkości nóż. Wsadziłem go sobie do kieszeni spodni.
- Głodny jesteś?
- Nie, mamo, dzięki. - Odpowiedziałem i usłyszałem kichnięcie. - Wciąż masz tę całą alergię?
- Ano. Te pyłki mnie w końcu zabiją…
- Może wyczyścisz nos?
- Po coś są te kozy, nie?
Wróciłem do plecaka i wyjąłem z niego butelkę. Następnie wziąłem szklankę, otworzyłem naczynie i nalałem do pełna. Lekarz zalecał mamie picie szklanki tranu na wieczór. Jeśli służąca nie zostawała na noc, to ja dbałem o posłuszność mamy wobec lekarza.
Wyszedłem z kuchni do salonu znajdującego się na wprost. W salonie otwarte były drzwi na słoneczny taras. Mama leżała na leżaku i coś czytała. Wszedłem tam i zasłoniłem ręką oczy pod wpływem ostrego słońca. Zaraz potem wyłożyłem się na podłodze i rozbiłem szklankę z płynem.
- Cholera! - Wrzasnąłem
- Wszystko w porządku?
- Tak, mamo, ja…
- Przymierzysz? - Spytała odrywając wzrok od lektury.
Zmarszczyłem brwi.
- Co znowu?
- Przymierz, bardzo cię proszę. - Znów zrobiła te swoje słodkie oczka.
- Mamo, przestań…
- Ten jeden raz, no! Przymierz tę sukienkę!
- Mamo. - Czułem żal w twoim głosie. - Dlaczego nigdy się z tym nie pogodziłaś? Nigdy nie będę twoją córką. Masz syna, przyzwyczajaj się…
- Kochanie, proszę. - Tym razem dosyć się zmartwiła. - Ten jeden raz. Jeden, jedyny!
Patrzyłem na nią z równym poziomem smutku, co ona.
- Twój tata też tego chciał.
Zamarłem.
- Tata chciał…?
Pokiwała głową.
Ruszyłem przez salon i zatrzymałem się na wyjściu. Na lewo była kuchnia, na prawo niedługie drewniane schody do mojego pokoju, a na suficie klapa na strych. Wziąłem krzesło z salonu, sięgnąłem po wejście specjalnym kijem otwierając je. Na klapie znajdowała się drabina. Rozłożyłem ją i wszedłem na górę.
I pamiętam jak dziś, jak wpatrywałem się w tą brzydką, przykrótką, jaskrawo różową sukienkę z cekinami. Chrzaniłem alergię na kurz, chrzaniłem to, że muszę to gówno ubrać, powoli na wszystko już szczałem z góry. Podszedłem do tego dziadostwa człapiąc. Zdjąłem je za szybko ze stojącego wieszaka na jedno ubranie. W boku zrobiła się dziura.
- Szmata do podłóg. - Powiedziałem do siebie uśmiechając się. Zaraz potem moje ciało oblazło uczucie niewyobrażalnej intrygi na widok zwisającego z wieszaka notesu opatulonego w kawałek ludzkiej skóry.

- Kochanie, już? - Zawołałam go, gdy zdałam sobie sprawę, że siedzi na tym strychu już od dwudziestu minut. Rozbawił mnie fakt, że mógł mieć takie problemy z założeniem zwykłej sukienki. Naprawdę było mi szkoda tego, że urodził się chłopcem. Mąż przynajmniej dawał się malować od czasu do czasu, ale syn? Całe dnie go nie było. Nie miałam mu za złe tego, że olał edukację, ta szkoła i tak nie miała dobrych opini. Zresztą system oceniania był daremny i cieszyłam się, że dostał od nas to przekonanie w spadku DNA. - Jeśli chcesz, żebym ci pomogła, to po prostu powiedz! Ręce mam jeszcze dość sprawne!
Po paru minutach usłyszałam jak schodzi z drabiny. Wszedł na taras bez jakiegokolwiek wyrazu na twarzy. Trzymał ręce w kangurze od bluzy. Podszedł pod tarasową drewnianą barierkę i zaczął oglądać naturę.
- Coś się stało, skarbie? - Spytałam. - Dlaczego nie masz na sobie sukni?
Nie odpowiadał.
- Halo? - Zaczęłam się martwić. - Wstydzisz się, że masz z tym prob…
- Nie jestem twoją córką. - Powiedział odwracając się do mnie. - Znasz prawdę o ojcu i synu?
Zrobiło się niezręcznie. Zamknęłam książkę o siedmiuset sposobach wykorzystania kurzych jajek i położyłam na okrywającym mój życiowy uszczerbek błękitnym kocu.
- Jaką znów...prawdę? - Zapytała. - Uważaj na to szkło, jak chodzisz…
- Bądź przez chwilę cicho, jeśli już do ciebie mówię, dobrze?
- Ale dlaczego ty jesteś wobec mnie taki oschły?
- Bo ostatnie dwadzieścia minut powiedziały mi więcej, niż ostatnie 3 lata kompletnej niewiedzy.
- Co ty robiłeś na tym strychu?
Zaczynał przechadzać się dookoła drewnianego stołu z beżowym wazonem na środku. Wystawał z niego słonecznik.
- Kto wstawił tam tę całą sukienkę?
- Audiene, poprosiłam ją o to niedługo po katastrofie.
- Więc lepiej uważaj kogo zatrudniasz, bo najprawdopodobniej osobą, która zostawiła tam informacje, była właśnie ona.
- O czym ty mówisz? Audiene nic nie zrobiła, o co ty ją…
- Posłuchaj mnie wreszcie, jeśli chcesz się dowiedzieć. - Wycedził. - Zdjąłem tę cholerną suknię z wieszaka i coś tam znalazłem. Może zacznijmy od tego.
Wyjął z kieszeni bluzy jakiś strzęp. Na początku myślałam, że to może mocniejszy materiał. Rzucił mi to bezczelnie na koc. Przełknęłam to. Strzęp okazał się kawałkiem skóry. Wyglądał jak ułożone puzzle z obrazkami narysowanymi tuszem. Puzzle stanowiły jakąś historię. Z każdym obrazkiem czułam się coraz gorzej. Czułam, że zwymiotuję sobie zaraz na ubranie.
- C-co… - Jąkałam. - C-co to znaczy?
- To nie było ułożone tak od początku. A z pewnością tobie zajęłoby to więcej czasu, niż mnie.
- Uj-ujmujesz mi inteli…
- Ujmuję ci udziału w pewnych wydarzeniach. A na pewno w pewnych miejscach w określonym czasie. Ten kawał skóry może i mówi dużo, ale lepiej opowiada to twój własny mąż. - Powiedział i wyciągnął ciemny notes. - W tym.
- C..Co to…
Otworzył go i zaczął czytać.
- “Kupiłem ten notes tylko po to, by ci to napisać. Byłem pewny, że nie będziesz pchał się do sukienki, o której założenie każdego dnia zapewne prosiła cię Eve, twoja mama. Byłem również pewny, że w końcu albo kiedyś ulegniesz jej prośbom, albo zbiegi okoliczności doprowadzą do tego, że w końcu odkryjesz to piśmidełko. Jeśli to czytasz, to mi się udało.
Jak sam widzisz, przechytrzyłem twój jedenastoletni umysł tamtego dnia. Od zawsze wolałeś siedzieć w samotności i pod tym właśnie pretekstem postanowiłem wziąć twoją mamę na spacer w ramach prezentu urodzinowego. Po dwóch kilometrach nastąpił pierwszy krok w moje snute od jakiegoś czasu plany. Dowaliłem najpierw Eve, a potem zrobiłem sobie parę krzywd, by nie wyglądało to podejrzanie nawet, gdy będziemy już przypięci do torów kolejowych. Z całą pewnością dalsze obrazki nie wyglądają zbyt zabawnie, prawda? Fakt, nie jest to dokładnie to, co się wydarzyło, lecz rzecz jasna to, co było w moich planach. Niestety, mój wspólnik tamtego dnia zawiódł.
Jak też widać po obrazkach, sam miałeś tam zginąć. Wiedziałem, że chcesz mnie przechytrzyć tak samo, jak ja ciebie. Do dziś nie wiem jak dokonałeś tego, że w ogóle dowiedziałeś się o moim planie. Mam nadzieję, że kiedyś w trakcie sekund dzielących mnie od śmierci, których doświadczę za twoją sprawą, będziesz skory mi o tym opowiedzieć. Niemniej jednak wiedziałem, że będziesz chciał uratować matkę od śmierci. I że będziesz wtedy w tym pociągu. Maszynista, któremu groziłeś w tamtym momencie był właśnie moim współpracownikiem. Bałwan jednak stchórzył w trakcie. Musiałem choć trochę pomóc się uwolnić Eve w razie wypadku, w którym nie straciłaby życia. “Trochę” wystarczyło i straciła wyłącznie nogi. Maszynista pociągu w trakcie twojej interwencji miał sprawić, że pociąg wypadnie z torów, a ty już nigdy więcej nie będziesz nawiedzał mojej rzeczywistości. Bał się jednak o siebie. I skończyło się tak, że moimi rozerwanymi zwłokami na torach stało się jego ciało, a śmierć jednego z trojga synów, którego jelita nie odnaleziono jest moją sprawką wynikłą z wściekłości. Pewnego dnia zakradłem się do ich niewykończonej posiadłości zbudowanej wówczas z samych cegieł. Przepołowiłem jedną z nich, zniszczyłem środek i wsadziłem brakującą część ciała właśnie tam. Cegłę zakleiłem i odłożyłem na miejsce z myślą, że jeśli kiedyś władze policyjne będą chcieć przeszukać, a nawet rozebrać dom, to kłopoty będą oblegać resztę rodziny do ich ostatniego oddechu.
PS. Lepiej nie mów o tym mamie”. Ups. - Zakończył.
Usta miałam otwarte od początku do końca. Łzy ściekały mi jak deszczówka z rynny. Zupełnie nie wierzyłam w to, co usłyszałam. Po chwili zobaczyłam, że jemu też lecą łzy. Ale nie dojrzałam głębokiego żalu. Pewnie jak zawsze, umiał to ukryć.
- Ja...nie wierzę...w to wszystko… - Wydukałam. Czułam, że mój wyraz twarzy wygląda co najmniej psychicznie. Oczy miałam czerwone, czułam się potwornie. Jakby nikt mnie nie chciał. - Jak...Jak on mógł…
- Wszystko mógł. I ty też. Nie rób z siebie kompletnie niewinnej. Ojciec chciał porzucić dwie osoby, ale ty nie miałaś takiej okazji, bo jednego już nie było.
Nie umiałam już nic z siebie wykrztusić.
- No, mamo. Spójrz teraz synowi prosto w oczy i powiedz z najgłębszą szczerością “Chciałam się zabić”.
- Y...Y…
- Przynajmniej nie zaprzeczasz…
- J-ja n-nigdy...N-nigdy...N-nie…
- Śmiesz mi tu jeszcze kłamać w żywe oczy?
- A jak ty w ogóle możesz mówić takie rzeczy!? Skąd ci to przyszło do głowy!?
- Zebra, mamo.
Zamarłam. Przez chwilę nie umiałam wziąć oddechu.
- Namalowałaś dewiacką melę w Woodze.
- Dlaczego ty kręcisz się po takich miejscach!?
- Powiedzmy, że rodzic nie daje rady mnie dopilnować. Czy może raczej - nie nadąża za mną.
- Ja… - Kręciłam głową. Nie wierzyłam w to, że on może mieć w sobie tyle okrucieństwa.
- Zebra, bo miałaś rodziców białej i czarnej rasy. Urwany ogon, bo nigdy nie uznawałaś przeszłości za część swojego życia. Krawat nosiłaś po “śmierci” ojca, bo tak za nim tęskniłaś. Niestety, mamo. Twój syn okazał się być na to wszystko zbyt cwany. Zgadnij, po kim on to ma? - Powiedział i poszedł do kuchni grzebać po szufladach. Wrócił z zapałkami i paczką papierosów, które paliłam wyłącznie w ekstremalnych sytuacjach. Takich, jak ta. - Na zdrowie.
Z trudem odpaliłam jednego i zaciągnęłam się. Paliłam go chwilę i przygasiłam na popielniczce obok leżaka. Pociągałam nosem i ocierałam resztę łez. On siedział przy stole i wpatrywał się we mnie.
- Synku. - Zaczęłam. - Chcę cię bardzo przeprosić za to wszystko...W życiu nie sądziłam, że się o tym wszystkim dowiesz. Ani, że ja też dowiem się o innych sprawach. To wszystko jest okrutne. Zbyt wiele doświadczyłeś jak na swój wiek. Ale ja nie mam zamiaru tym razem się załamywać. Takie sprawy umacniają. Ja…
- Raz chciany, raz niechciany. Zrozum sytuację. Ja nie przestanę chodzić po świecie i pakować się w kłopoty. Wiesz, dlaczego tata podjął się tego wszystkiego? Bo często ode mnie słyszał jak bardzo nie rozumiem go za to, że nas jeszcze nie zostawił i nie skorzystał ze świata, jeśli ma możliwość. Ale teraz, gdy wiem, że o to mu chodziło, przeciwnie, nie mam mu tego za złe.
- A mnie masz za złe jeden błąd?
- Przepraszam mamo, ale nie mam zamiaru żyć z tobą i wyczekiwać, aż ponownie załamiesz się na moich oczach. Bo i tak wyjdzie na jedno.
- Ale...Ale co to znaczy?
- Właśnie to, co myślisz. Opuszczam cię.
- CO…
- Nie zmięknę już przy żadnych twoich słowach. Dowiedziałem się zbyt wiele. - Powiedział i zaczął się rozglądać. - Gdzie twój wózek?
- N-nie ma...Ktoś m-mnie okradł…
- Twój syn to zrobił, bo to potwór mamo. I może to cię przekona do tego, że nie warto mnie dłużej zatrzymywać.
- PRZESTAŃ!
- Nie. Nic już z tym nie zrobisz. W tym momencie… - Spojrzał na mnie znacząco. - W tym momencie jestem ogniem. A ogień nie gaśnie w wodzie, którą na niego nasyłasz. Taka już jest chemia.
- Nie gaśnie w wodzie!?
- Nie ja stworzyłem ten układ.
- NIE GAŚNIE W WODZIE!? - Wrzasnęłam i odpaliłam zapałkę, którą rzuciłam w stronę kałuży i szkła.
Syn szybko wyszedł z tarasu do salonu, gdy z kałuży buchnął żywy ogień.
- Co...Co… - Mówiłam niedowierzając. Spojrzałam na niego. Wyglądał, jakby wszystko było tak, jak zaplanował. - C...Co ty zrobiłeś?
- Opuszczam cię.
- NIE! NIE ZOSTAWIAJ MNIE TUTAJ! POMÓŻ MI! POMÓŻ MI!
- Przepraszam cię, mamo. Są inne priorytety.

Założyłem kaptur na głowę, zamknąłem taras i poszedłem do drzwi wyjściowych. Pożegnałem wzrokiem całe swoje dzieciństwo, poza własnym pokojem, do którego iść nie miałem już czasu. W tle słyszałem jeszcze jej wrzaski, coraz głośniejsze, gdy wychodziłem, ogień prawdopodobnie zajął już leżak. Wybiegłem z domu w stronę plaży. Postanowiłem użyć skrótu. Spóźniałem się, zbyt długo gawędziłem. Odwróciłem się jeszcze na chwilę do płonącego domu. Stawałem się kompletny.
Pobiegłem dalej. Nie byłem sam. Biegł ze mną Juztiz. Znów był większy, niż wcześniej. Słońce zachodziło. Po przejściu przez skrót dostałem się na piach i biegłem syfiastą plażą. Podniosłem głowę do góry. Zwolniłem bieg. Zobaczyłem ich z daleka. Spadali trzymając się za ręce, jak bracia i siostry. Lecieli z dużej wysokości Skierowani głową w dół. Willes spadał bez wózka. Uderzyli ciężko głowami o spalone części ciał ich zwierząt. Przyspieszyłem.
Gdy dotarłem do trupów, zdałem sobie sprawę, że nie widzę nigdzie trupa Tao. Zaraz potem zobaczyłem jego nogi wystające z wielkiego pojemnika na szkło.
Juzitz zniknął. Odciągnąłem na bok ciało Pope’a i spojrzałem mu w oczy. Głowę miał dość zmiażdżoną. Ale próbował coś jeszcze z siebie wykrztusić. Być może chciał podziękować, być może po prostu przeprosić za wszystko. Nie wiedziałem tego. Ale wiedziałem, co ja chcę powiedzieć.
- Marny był z ciebie samobójca. - Powiedziałem wyciągając nóż z kieszeni i wbijając mu go w brzuch. Zacząłem ciągnąć go aż do klatki piersiowej. - Wiem, że to zrobiłeś.
Wyprułem jego opasłe ciało. Zacząłem grzebać ręką w żołądku. Trwało to chwilę, a potem uśmiechnąłem się do siebie.
- Tak myślałem. - Powiedziałem wyciągając zakrwawiony klucz. Poszedłem obmyć się do morza.

Następnego wieczora wyruszyłem do skały, bo zdałem sobie sprawę, że nie wziąłem z powrotem wózka inwalidzkiego.
- Nieźle. - Powiedział Dud zaciągając się. - Ja bym nie był w stanie czegoś takiego zrobić.
- Dzięki za pochwałę. - Powiedziałem składając wózek. - Ochłonąłeś?
- Właśnie próbuję. Mówię ci, idę o zakład, że za tym wszystkim stał ten sam facet.
- Pewnie tak.
- Kiedyś go znajdę i wyrwę mu żywcem jelito. A potem gardłem wepchnę na miejsce.
- Pozostał ci ktoś?
- Mama pewnie też niedługo skoczy z okna, albo zrobi inne głupstwo. Przeżyła to dużo gorzej niż ja.
- Masz zamiar dalej pracować?
- Jeszcze tego nie wiem.
- Powodzenia. Będę się zawijał.
- Moment. - Powiedział i wyrzucił papierosa w przestrzeń. Tu jest ta kasa. Miały być dwa kawałki, ta?
- Aha. - Skłamałem i wziąłem darowiznę.
- To skoro już ci to dałem, oddasz mi tę cegłę?
- Uhm. Będziemy musieli się kawałek przejść.
- To urocze, że pójdziemy na spacer w nocy tylko we dwoje. - Powiedział przybliżając się. - Całe życie marzyłem o czymś takim.
Zmarszczyłem brwi.
- Wybacz mi, że jestem niezręczny. Ale patrzę na mężczyzn trochę inaczej… - Powiedział i polizał mnie po czole. - Więc gdzie to jest, słodki?
Pociągnąłem nosem i spojrzałem na niego.
- Przejdźmy się na cmentarz.
- A dlaczego aż tam?
- A słyszałeś o fetorni?

Słońce miło oświetlało przedział pociągowy, w którym siedziałem zupełnie sam żując smażonego kurczaka. Obok mnie leżał plecak z masą gotówki. Rozłożyłem się wygodnie i sięgnąłem po jakąś gazetę spod okna.
- “Tragiczna śmierć czwórki nastolatków znalezionych na cmentarzu”.
Zmarszczyłem brwi. Zacząłem liczyć w myślach.
- Czwórki…?
Przedział otworzył się. Zobaczyłem znajomą, łysą glancę, która rozsiadła się naprzeciwko mnie.
- Cholera. Trzeba jednak było sprawdzić ci puls. - Powiedziałem z uśmiechem.
- Nie, dobrze, że się nie zorientowałeś.
- Doprawdy?
- Uhm. Zdałem sobie sprawę, że nie mogę popełnić samobójstwa.
- Dlaczego?
- Bo podoba mi się tutaj, to raz, a dwa, nie zdążyłem się ciebie zapytać, co w przypadku posiadania rodzeństwa.
- To dobrze. Bo nie mam pojęcia. Pewnie jak zwykle palnął bym bzdurę.
- Resztę rzeczy też wymyślałeś na poczekaniu?
- Musiałem się trochę przygotować, ale tak, większość to były oszczane bujdy. Jak chcesz się zabić, to jedziesz i po krzyku. Nie wierzę, żeby oni nie żałowali w trakcie skoku.
- Więc chodziło tylko o kasę?
- Masz zamiar zrobić za to ze mną porządek?
- Mam tylko nadzieję, że jeśli chcesz zacząć pakować się w jakieś tego typu interesy... - Spojrzał na mnie z uśmiechem. -... to mogę ci się przydać.
Odwzajemniłem.
- Mamy za co zacząć. - Powiedziałem klepiąc plecak. - Nie bój nic.
- Ktoś tłumaczył ci ten obrazek, czy sam to rozwikłałeś?
- Gdybym nie zorientował się od razu, pewnie bym go wywalił. W każdym razie, ciekawy pomysł. Gofry miastem, a jagoda miejscem ukrycia.
- Było łatwo?
- Nie wiem. Może miałem szczęście.
- Chętnie.
- Tao. Co to jest “bydlaczka”?
- Ach, to. Zgniotłem tym nogi Willes’owi. To taki prosty mechanizm, który najpierw podnosi taki wielki kamienny sześcian, a potem gwałtownie upada. Pope nie miał z tym urządzeniem zbyt dobrych przeżyć, bo w wieku pięciu lat ojciec chciał się w ten sposób jego pozbyć, ale uratowała go matka zabijając ojca. Lecz potem sama uciekła.
- To dziwne. Dee chciała chyba obciąć tym sobie paznokcie.
Uśmiechnął się.
- Kurczaka?

Taśma filmowa się tu zatrzymuje. Być może ciekawi cię, jak potoczyły się losy moje i mafioza. Może opowiem ci zaraz, a może kiedy indziej. Ale jeśli chodzi ci po głowie pytanie, czy nie żałuję wyrządzonych szkód w tak krótkim okresie czasu, to radzę ci się poważnie zastanowić, dlaczego ja, do cholery, siedzę na tym dachu.
Bo to też nie jest bez znaczenia.
Pytania? Sugestie? Komentarze do pracy autora?
Zobacz też:
/ To opowiadanie stanowi kontynuację historii "Zapomniany". Aby zrozumieć jego sens, zachęcam do wcześniejszego zapoznania się z poprzednią częścią. Można znaleźć ją tu: http://straszne-historie.pl/story/12983-Zapomniany /


Poczułem pulsowanie w skroniach i oparłem się o maskę samochodu. Spokojnie, oddychaj. To nie może dziać się naprawdę. To jakiś pieprzony koszmar, z którego muszę się...
Czytaj dalej
Strona Straszne-Historie.pl do poprawnego działania wykorzystuje pliki typu Cookies. Korzystając ze strony wyrażasz na to zgodę.
Jeśli lubisz takie rzeczy jak: horror, creepypasta, książki, filmy, gry komputerowe, opowiadania z gatunku horrory to Straszne-Historie.pl to strona dla Ciebie. Nasze opowiadania potrafią wciągnąć i przestraszyć lepiej niż filmy horror oraz książki grozy.