Strasznie polecamy
Deus Artifex
Dodane przez: mr_donut064, 3.02.2017, 15:00
W przedpokoju rozległo się pukanie. Eichler, słysząc to, odłożył pędzel i ruszył ku schodom. Przed drzwiami wejściowymi zastał mężczyznę w czarnym, wełnianym garniturze, z walizką w ręce. Na jego twarzy malował się nieprzyjemny grymas, niespowodowany o tyle zdenerwowaniem, co raczej strachem. Po tym, jak zobaczył Eichlera jego oczy rozszerzyły się, a głos uwiązł w gardle. Stali tak chwilę, patrząc na siebie, aż w końcu nieznajomy wykrztusił:

– Witam. Nazywam się Kučera.

Wyciągnął swoją nieskazitelnie czystą, bladą rękę, która po chwili została uściśnięta przez nieporównywalnie większą, poznaczoną bruzdami i ciężką pracą dłoń Eichlera.

– Również witam. W jakim celu pan mnie odwiedził?

– Nie wiem, czy otrzymał pan mój list... nie otrzymałem odpowiedzi...

– Ach, proszę wybaczyć. Nie czytuję listów.

– Traktował on o pewnego rodzaju wywiadzie, który chciałbym z panem przeprowadzić.

– Wywiad? Ze mną? – zaśmiał się gorzko. – Pierwszy raz spotykam się z kimś, kto chciałby przeprowadzić ze mną wywiad.

– Istotnie, chciałbym. Bardzo interesują mnie pańskie obrazy i chętnie dowiedziałbym się o nich nieco więcej.

– Oczywiście, bardzo proszę. – powiedział, uchylając drzwi przed Kučerą. – Ma pan szczęście, że mam mnóstwo wolnego czasu, który mogę zmarnować na wywiad.

"Zmarnować", pomyślał Kučera, "Masz szczęście, że twoje obrazy interesują mnie bardziej niż ty sam. Inaczej nie marnowałbym swojego czasu jadąc tutaj."

Oczom Kučery ukazał się pokaźniej wielkości salon. Przy ścianie widoczny był duży, kamienny piec, wokół którego poustawiane były fotele. Stolik, na którym dostrzegł butelkę jakiegoś taniego wina, stał trochę dalej, przy nim zaś znajdował się pół tuzina chaotycznie poustawianych krzeseł. Najbardziej rzucającym się w oczy elementem pomieszczenia były ściany, gęsto pokryte obrazami, wokół których pięły się schody na wyższe piętro.

– Proszę tu na mnie poczekać – zarządził Eichler wchodząc stopniach.

***

Udał się do swojej pracowni, na której środku stała sztaluga z jego ostatnim, niedokończonym obrazem. Spojrzał na niego ze smutkiem i zdał sobie sprawę, że farby, które naniósł na płótno kilka minut wcześniej zaczynały już zanikać. Jego wzrok utkwił w innym kawałku materiału, który stał oparty o ścianę. Na jego powierzchni widoczne były niewielkie plamki krwi. Artysta zakrył wszystko płachtą, zamknął drzwi, po czym przekręcił klucz w zamku i wrócił do swojego gościa.

***

Kiedy rozsiedli się w wygodnych, głębokich fotelach, Kučera zaczął:

– Na początku chciałbym zacząć od jednego z obrazów, dzięki któremu poznałem pańską twórczość. Przedstawia on kolosa, nagiego, silnego, z gęstą brodą, którzy trzyma w rękach człowieka. Człowiek ten, w porównaniu z gigantem wydaje się mały i bezbronny, jego ręce rozłożone są w wyrazie paniki, po jego twarzy można zaś stwierdzić, że jest dogłębnie przerażony. Krzyczy, błaga olbrzyma o litość, ale ten tylko się do niego uśmiecha. Co pan może powiedzieć o tym obrazie? Kogo pan przedstawił jako olbrzyma i co chciał pan za pomocą tego malowidła przekazać?

– Zanim zacznę wyjaśniać, po co stworzyłem w ten obraz, chcę zadać panu pytanie. W jakiego Boga pan wierzy?

– W Boga chrześcijańskiego oczywiście.

– Nie zrozumiał mnie pan. Nie pytam, jaką religię pan wyznaje, tylko w jakiego Boga pan wierzy. Jaki jest pański Bóg?

Kučera przez chwilę nie wiedział, co odpowiedzieć. Poruszał tylko ustami, próbując coś z siebie wydusić, ale nie potrafił. Wertował swoje myśli tak długo, aż w końcu znalazł odpowiedź.

– Jest miłosierny.

– Dobrze. Jaki jeszcze? – zachęcił go ręką.

– No jest... jest dobry. Dobry i miłosierny.

– Jakiś jeszcze jest Bóg, którego pan wyznaje?

– Ależ oczywiście! –odparł Kučera oburzony. – Ale to nie pańska sprawa, jak postrzegam to, w co wierzę.

– Może i nie, ale pytając o moje obrazy, robi pan dokładnie to samo. – Uśmiechnął się. – Bowiem ja, proszę pana, wierzę w tego samego Boga, co pan, postrzegam go jednak zgoła inaczej. Otóż ja postrzegam Boga jako sadystę.

– Sadystę?

– Tak, sadystę. Może pan się ze mną nie zgodzić, oczywiście, ale jeśli chce pan w pełni zrozumieć moją twórczość, musi pan spróbować to pojąć. Bóg, w którego ja wierzę, jest sadystą.

Nastąpiła chwila przerwy. Eichler czekał, aż Kučera ułoży w myślach to, co przed chwilą usłyszał.

– Wracając do tematu obrazu – kontynuował malarz – olbrzym, którego przedstawiłem, to Bóg.

Kučera oniemiał.

– A człowiek, którego trzyma w rękach, to ogół rasy ludzkiej. W oryginalnym zamyśle kolos miał zbliżać go do swoich rozwartych warg, jakoby w celu oderwania mu głowy, ale w trakcie malowania pomyślałem, że będzie lepiej, kiedy Bóg będzie człowieka po prostu trzymał. Proszę zauważyć - przedstawiona jest tu pewna forma frustracji, ofiara w mocarnych dłoniach giganta miota się, krzyczy i walczy, a ten po prostu stoi i się uśmiecha. Nie rozmawia z nim, nie zabija go, ani nie odkłada z powrotem na ziemię. Po prostu trzyma go tak i cieszy się z jego bólu, z jego frustracji, z jego krzyku i bezsensownej walki. Tak właśnie, proszę pana, postrzegam ludzi w obliczu Boga. Jako zabawki.

– Ale... – Kučera nie był w stanie tego zrozumieć. – Ale dlaczego? Dlaczego uważa pan Boga za tak podły byt?

– A dlaczego pan uważa Boga za byt tak dobry i miłosierny?

– Jak mógłbym nie uważać?! Przecież Bóg nas stworzył, dał nam życie, świat, wolną wolę! Bóg jest artystą, proszę pana, nie sadystą!

– Czyżby?! – wstał gwałtownie. – W takim razie proszę wytłumaczyć mi, dlaczego ludzie umierają bez przyczyny?! Dlaczego społeczeństwa toczy tyle chorób, na które nie ma leku?! Dlaczego matki opłakują swoje dzieci?! Dlaczego ludzie głodują przez nieurodzaj i umierają przez klęski żywiołowe?! Czy to też jest oznaką miłosiernego i dobrego Boga?!

Kučera tylko siedział, wpatrując się w Eichlera. Zaschło mu w gardle, w jego oczach prezentował się wyraz bezsilności. Jego argumenty były nic niewarte w porównaniu z silnym przekonaniem Eichlera. Mężczyzna, który całe życie nie zastanawiał się nad źródłem i kierunkiem swojej wiary w końcu zaczął mieć wątpliwości. Chodził do kościoła i czytał Biblię, ale nigdy, przenigdy nie kwestionował tego, w co wierzył. Teraz wszystko się zmieniło.

– Może wystarczy jak na razie rozmowy o tym obrazie – stwierdził, po czym usiadł, już spokojny. – Wydaje mi się, że wyjaśniłem wszystko wystarczająco dokładnie. Może pan przedstawić kolejny obraz, który pana zainteresował?

– Tak, oczywiście – odparł Kučera po chwili. – Teraz chcę przejść do obrazu przedstawiającego ludzkie cierpienie w różnej postaci. Korowód ludzi ustawionych w rzędzie, zmarniałych, chorych, poranionych, pomiędzy nimi zaś przechadza się człowiek w czerwonej szacie, układając ręce, jakby bił brawo.

– Istotnie, pamiętam ten obraz. Chyba nie muszę panu tłumaczyć, kim jest postać na środku?

– Nie, chyba rozumiem. Tak mi się wydaje.

Kučera był zdenerwowany, ręce mu się trzęsły, co chwila ocierał czoło z potu.

– Na obrazie ma on na głowie coś na wzór okrągłej korony, ale w rzeczywistości miała to być aureola. A raczej korona połączona z aureolą, przedstawiająca Boga jako króla.

– Ale dlaczego bije brawo?

– Już wyjaśniam. Otóż Bóg, a przynajmniej moje jego wyobrażenie, jako sadysta kocha ludzi, a jeszcze bardziej kocha patrzeć na to, jak cierpią. Przechadza się pomiędzy istotami, które stworzył, na które zaś zesłał później całą gamę różnorakich klęsk. Bije brawo w geście uznania.

– Uznania?

– Tak, uznania. A czy bije pan brawo po skończonym spektaklu, na którym pan się setnie ubawił? Założę się, że tak. W ten sam sposób przedstawiłem na tym obrazie Boga.

Kučera nie zapytał o nic więcej. Nie chciał pytać o nic więcej. Zanim jednak postanowił wyjść, musiał dowiedzieć się o jednym, ostatnim obrazie, który go interesował.

– Mam... mam jeszcze jedno pytanie odnośnie pańskiej twórczości – powiedział spokojnie. – Ostatnia praca, która mnie interesuje. Obraz piekła.

– Piekła? Nie wydaje mi się, żebym namalował chociaż jeden obraz przedstawiający piekło.

– Nie, jestem pewien, że to właśnie to. Obraz przedstawiający czerwoną salę, w której znajduje się kłębowisko ludzkich szczątków i różnych zdeformowanych istot przechadzających się pomiędzy nimi. Ściany pomieszczenia wyglądają, jakby były zrobione z... nie wiem, ludzkiej tkanki?

– Ach, ten. Zabawna sprawa, jak bardzo różni się nasza interpretacja... Otóż pan dostrzega w tym obrazie piekło, ja zaś przedstawiłem nic innego jak niebo.

Kučera pobladł, zakrył oczy ręką i siedział tak chwilę, próbując zachować spokój. Był cały czerwony, jego dłonie były lepkie od potu, na dodatek trząsł się, jakby całe jego ciało przeszywały dreszcze.

– Ja... chyba chciałbym już zakończyć tę rozmowę. Potrzebuję świeżego powietrza.

– Jak pan sobie życzy – odrzekł Eichler. – Ale zanim pan pójdzie, chciałbym powiedzieć panu o jeszcze jednej rzeczy. Jest to dla mnie bardzo ważne, zwłaszcza dlatego, że jest pan jedyną osobą, której opowiedziałem o swoich obrazach. O tym, co naprawdę przedstawiają, nie zaś o tym, co się ludziom wydaje. Wszyscy inni spoglądają na moją sztukę jako na przedstawienie problemów społeczeństw, wizji Biblijnych i depresyjnych, przerażających obrazów. Nikt nie dostrzega w nich jednak tego, czym są naprawdę. To, z czym chcę pana zaznajomić, zaczęło się dziać stosunkowo niedawno, powiększa się jednak z każdym mijającym dniem. Moje obrazy blakną, panie Kučera. Blakną, a potem czernieją.

Wstał z fotela i zaprosił mężczyznę, żeby poszedł za nim. Podeszli do jednej ze ścian opatrzonych na całej długości obrazami.

– Proszę spojrzeć na górę – wskazał sam szczyt, wypełniony opatrzonymi w ramki malowidłami... czerni. Nieskazitelna czerń przelewała się na płótna wiszące niżej, jak jakaś choroba, zaraza.

– Dlaczego tak się dzieje? – zapytał Kučera.

– Również chciałbym to wiedzieć. Czasami mam wrażenie, że to Bóg próbuje wymazać moje obrazy ze świata, który stworzył. Jakby były zbyt... prawdziwe. Nikt nie lubi prawdy, panie Kučera. Nawet sadysta. Wszechmogący sadysta.

– Czy jest jeszcze coś, co chciałby mi pan przekazać? – zapytał słabym głosem.

– Nie, to już wszystko. Jeżeli chce pan odejść, droga wolna.

– Dobrze. Dziękuję bardzo za rozmowę. Było mi naprawdę miło pana poznać.

– I mi również.

Podali sobie rękę, po czym Kučera opuścił dom Eichlera. Dom wypełniony szeregiem czarnych obrazów.

***

Kučera nigdy nie podzielił się z nikim rozmową, jaką odbył z Eichlerem. Po powrocie do domu usiadł w salonie na jednym ze swoich ulubionych foteli, po czym ukrył głowę w rękach i myślał. Myślał długo i intensywnie. Myślał nad tym, czego dowiedział się o malarzu i jego obrazach, a także o tym, że jego dzieła czernieją. Próbował połączyć znane mu fakty z rzeczywistością, ale nie był w stanie wpaść na żaden pomysł, który mógłby wytłumaczyć to dziwne zjawisko.

Chciał mieć przy sobie jeden z tych czarnych obrazów, zbadać go, dotknąć, upewnić się, że czerń jest tylko kolorem, nie zaś pustką, prowadzącą poza ramę, gdzieś indziej, poza świat ludzki. Z drugiej strony żal mu było Eichlera, od którego uciekł, bojąc się tak diametralnej zmiany swoich własnych poglądów. Ale może malarz miał rację? Może istotnie Bóg nie był tym, za kogo Kučera go uważał?

Nie, to nie mógł być koniec. Jakaś nieokreślona siła próbowała zmienić światopogląd twórcy, niszcząc jego prace. Kučera, jako jedyny, który poznał historię sztuki Eichlera nie mógł go tak po prostu zostawić. Może i ten człowiek go przerażał, ale w końcu nie zrobił mu nic złego, wręcz przeciwnie. Podzielił się swoimi odczuciami odnośnie swoich obrazów, powiedział mu nawet o ich blaknięciu.

Myśli krążyły mu po głowie. Mnóstwo myśli. Mnóstwo obrazów. Mnóstwo… czerni.

***

Odwiedził Eichlera trzy dni później. Kučerę zaniepokoiło, że nikt nie odpowiadał na jego pukanie, więc nacisnął klamkę i naparł na podwoje, które okazały się otwarte. Nie wróżyło to nic dobrego. Wszedł do okazałej wielkości salonu i wykrzyknął imię gospodarza, nie otrzymał jednak żadnej odpowiedzi. Zaniepokojony począł szukać malarza, ale nie znalazł go na parterze.

Przeczuwając najgorszego wbiegł na wyższe piętro, gdzie sprawdzał jeden pokój za drugim. W końcu, kiedy znalazł się w pracowni zarojonej od gęsto porozstawianych płócien, zobaczył czyjeś ciało leżące pod sztalugą. Na początku stał jak sparaliżowany, bojąc się sprawdzić stan Eichlera, po chwili przemógł się jednak i podszedł bliżej. Po sprawdzeniu pulsu czuł, jak wielki, ciężki kamień spada mu z serca - malarz żył.

Dopiero teraz do nozdrzy Kučery dotarł ostry zapach alkoholu. Spostrzegł na ziemi przewróconą butelkę, z której leniwie sączył się niezidentyfikowany płyn. Trzymając ręce na pulsie twórcy spojrzał na płótno stojące na sztaludze, tuż nad nim. Pokryte było nieregularnymi plamami czerni.

***

Artysta otworzył oczy i rozejrzał się po swojej sypialni. Nie był do końca pewien, co się stało. Pamiętał jedynie, że próbował zapomnieć - za pomocą alkoholu oczywiście - o zarazie toczącej jego obrazy. Wiedział jednak tyle, że kiedy zasypiał, nie znajdował się w swojej sypialni, ani nawet w jej pobliżu. Ostrożnie wstał i złapał się za bolącą głowę, po czym opuścił pokój i zszedł na parter.

Spotkał Kučerę w kuchni, siedzącego przy stole i sączącego herbatę z dużego kubka należącego do artysty. Mężczyźni mierzyli siebie wzrokiem. Pierwszy przemówił artysta.

– Dzięki.

– Za to, że podniosłem cię z ziemi?

– Nie. Za to, że wróciłeś.

– Po tym, czego się dowiedziałem, ciężko było nie wrócić.

– Aż tak cię to męczy?

– A ciebie nie? Przecież obrazy nie blakną tak po prostu.

Eichler skwitował to milczeniem. Wyjął z szafki kubek, po czym podszedł do kuchenki i nalał sobie herbaty z ceramicznego czajnika stojącego na niej. Usiadł naprzeciw Kučery i napił się, wciąż milcząc.

– Jest w tym trochę racji – powiedział w końcu.

– Trochę? – zdziwił się Kučera. – Przecież farba nie blaknie jak na zawołanie, a zwłaszcza nie w taki sposób, w jaki widać to na twoich obrazach!

– I co w związku z tym?

– Co w związku z tym?! Nie ciekawi cię, dlaczego tak się dzieje? Nie próbowałeś zbadać żadnego z malowideł, zdjąć ze ściany, dotknąć?

– Nie, nie próbowałem. I nie zamierzam, chyba, że ty chcesz to zrobić. Mam swoje zdanie dotyczące tego dziwnego zjawiska i nie mam zamiaru popierać go żadnymi "logicznymi" faktami. Bo takie nie istnieją i nigdy istnieć nie będą. Moje prace są przeklęte przez samego Boga.

– I co, twierdzisz, że nie da się tego odwrócić? Zawsze można spróbować coś z tym zrobić, postarać się chociaż zrozumieć problem.

– Widzę, że nasza wczorajsza rozmowa niezbyt rozjaśniła ci umysł – odpowiedział malarz, wstając. – W takim razie chodź. Zbadaj sobie czerniejący obraz.

***

Niecały kwadrans później siedzieli w salonie przy podłużnym stole, na którym leżał jeden z czarnych obrazów. Eichler nie wykazywał jakiegokolwiek zainteresowania tematem. Po prostu siedział i obserwował, co zrobi Kučera. Ten delikatnie obracał obraz, przypatrując się mu z różnych stron, po czym ostrożnie przesunął po nim palcem. Został na nim smoliście czarny, wilgotny ślad, malowidło zaś pozostało nienaruszone. Przybliżył rękę do twarzy i po bliższym przyjrzeniu się substancji stwierdził, że jest to farba.

Poprosił malarza o jakąś szmatkę, którą mógłby przetrzeć obraz. Ten niechętnie przyniósł mu potrzebny przedmiot. Mężczyzna podziękował, po czym przejechał materiałem po całej długości płótna. Odwrócił szmatkę i ponowił próbę, aż do skutku. Po skończonej pracy materiał był kruczoczarny, zaś na obrazie można było zobaczyć kontury tego, czym niegdyś był.

– Ktoś zamalował ten obraz.

– Co? – odpowiedział zdziwiony Eichler.

– Ktoś nałożył na to płótno bardzo dużo czarnej farby.

– Tak ci się tylko wydaje.

– Wcale nie. Poprzedni obraz wciąż tu jest, ktoś go tylko...

– Nikt go nie zamalował. Te obrazy czernieją, Kučera. Wystarczy, że zostawisz to płótno czasowi, a już na następny dzień będzie równie czarne jak inne. Już tego próbowałem.

– Jak to? Mówiłeś, że nie próbowałeś nic z nimi robić.

– A gdybym ci powiedział, że czerń wraca, uwierzyłbyś mi? – Nastąpiła chwila ciszy. – No właśnie.

– Nie wiem, a próbowałeś malować ponownie na czarnych płótnach?

– Dzieje się to samo. Nowo naniesione farby również tracą barwę.

Kučera zastanawiał się przez chwilę, po czym podjął znowu.

– Jesteś pewien, że to się dzieje tak po prostu? Że nie ma żadnego logicznego wytłumaczenia, dlaczego się tak dzieje?

– A czy gdziekolwiek indziej, u jakiegokolwiek innego malarza jego nowe obrazy blakną zaraz po namalowaniu? Byłeś w mojej pracowni, Kučera, widziałeś, jak wygląda płótno na sztaludze. Te czarne plamy nie biorą się znikąd. Ktoś chce mnie zatrzymać od dalszej pracy, a ty dobrze wiesz, kogo o to posądzam.

– Nie wydaje ci się, że osądzanie Boga o takie rzeczy wydaje się naiwne? Czy jeśli Bóg w istocie jest takim sadystą, za jakiego go uważasz, czy naprawdę sądzisz, że ukarałby cię w taki sposób?

– A czy niemoc malowania dla malarza nie jest największą karą? A gdybyś ty nie mógł nagle oddychać, ale wciąż żył? Czułbyś w klatce piersiowej palący ból, ale nie mógł zaczerpnąć oddechu – czy nie uważałbyś tego za karę?

– Proszę, nie zrozum mnie źle, ale nie sądzę, żeby za tym wszystkim stał Bóg.

– W takim razie kto?

Kučera nie odpowiedział. Bał się odpowiedzieć. Jednak czym dłużej milczał, tym bardziej Eichler utwierdzał się w przekonaniu, że wie, o co chodzi mężczyźnie.

– Naprawdę sądzisz, że to ja za wszystkim stoję?

Kučera tylko na niego spojrzał. W jego oczach widoczny był smutek.

– Naprawdę? Sądzisz, że to ja sam zamalowuję swoje obrazy czernią? Że jestem sobie sam Bogiem, który hamuje zapędy malarza? Tak sądzisz?! – krzyknął. – A może twoim zdaniem mam jakieś rozdwojenie jaźni?! Jedna część mnie, malarz, który uważa Boga za sadystę, druga zaś jako sam Bóg, Bóg, który niszczy obrazy malarza, stara się je wytrzeć z pamięci, wytrzeć ze świata. Bóg, który tak bardzo boi się prawdy, że woli ją ukryć, pokonać malarza, byle tylko nie mógł podzielić się z ludźmi tym, jaki jest okrutny. Tak sądzisz?!

Kučera wpatrywał się w artystę. Eichler nie potrzebował odpowiedzi. Wstał od stołu, podszedł do najbliższej ściany, po czym zdjął obraz leżący najniżej. Wepchnął go w ręce Kučery po czym powiedział:

– Skoro uważasz mnie za ucieleśnienie moich własnych przekonań, weź ten obraz ze sobą. Wróć tu, kiedy stanie się czarny, a może wtedy mi uwierzysz.

***

"Zanim wejdziesz na górę, do mojej pracowni i znajdziesz moje martwe ciało, chcę przedstawić ci wszystkie motywy, które doprowadziły do tego, co się stało. Mój światopogląd i postrzeganie Boga miało swoje źródło, głęboko zakorzenione w mojej przeszłości. Odkąd pamiętam widziałem całe zło, jakie dzieje się na świecie, nigdy wcześniej jednak nie doświadczyłem prawdziwej tragedii, jakie spotykały miliony ludzi. Od zawsze jednak nie pasowała mi wizja Boga jako miłosiernego i dobrego zbawcy - na świecie było zbyt wiele zła.

Kroplą, która przelała szalę, była śmierć mojej żony i syna. Umarli oni tego samego dnia, ja zaś zostałem tutaj, na świecie, z wielką pustką rozpierającą moją duszę po stracie jedynej rodziny. Mieli jeszcze tyle życia przed sobą, ale mimo wszystko ktoś miał wobec nich inne plany. Tak samo jak ma wobec reszty ludzi, których śmierć jest bezsensowna, nic nieznacząca. Zawsze jednak zostaje ból i tęsknota.

Podczas naszych niewielu rozmów nie powiedziałem ci o tym, co mnie spotkało. Rozmawialiśmy tylko o moich obrazach, później zaś o czerni, która je spowijała. Najpierw postrzegałeś mnie jako człowieka, który usilnie wierzy, że Bóg jest sadystą. W rzeczywistości jednak chciałbym być pewien, że jest inaczej. Naprawdę, chciałbym wierzyć, że Bóg, który czeka na mnie po śmierci jest dobry, ale wiem również, że to nie jest prawda. Sam mnie o tym uświadomił.

Oprócz czerniejących obrazów spotkało mnie coś jeszcze. Pewnego dnia nieskazitelnie białe płótno pojawiło się w mojej pracowni, na sztaludze. Nie wiedziałem skąd się wzięło, ani kto je przyniósł, a wszelkie próby namalowania na nim obrazu kończyły się czymś więcej niż blaknięciem. Obraz znikał. Wszelkie farby naniesione na płótno znikały, ukazując białą strukturę materiału. Wtedy zrozumiałem, że nie jest to nic zwykłego i od razu połączyłem ten pewnego rodzaju cud ze smolistą zarazą, której doświadczyły moje prace.

Bóg nie tylko starał się wymazać prawdę. Starał się mnie przekonać, że powinienem się przed nim ukorzyć, uklęknąć i przeprosić za swoje czyny. Uznać go jako Boga Stwórcę, Boga Artystę, Boga dobrego i miłosiernego. Zapytasz pewnie, skąd taki pomysł zrodził się w mojej głowie? Otóż na otrzymanym płótnie można malować tylko krwią. A w szczególności tylko moją krwią. Zanim jednak wejdziesz na górę i znajdziesz moje ciało w pracowni, leżące wśród plam krwi, wiedz jedno - nie mam zamiaru nikogo okłamywać.

Nie wiem, co się ze mną stanie. Mogę być jednak pewien, że po śmierci ciała, mojej duszy nie czeka nic dobrego. Może w końcu przekonam się, czy moja wizja nieba była prawdziwa.

Albrecht Eichler."

***

Kiedy Kučera znalazł ten list, wszystkie obrazy w salonie spowijała czerń. Było to jednak coś więcej niż tylko czerń. Mężczyzna czuł, że nieprzenikniona pustka może zacząć w każdej chwili wylewać się poza ramy malowideł i spływać na podłogę, gdzie pochłonie wszystko, co istnieje. Nic takiego się jednak nie stało.

Odłożył kartkę na stół i powoli wszedł na drugie piętro. W jego głowie kotłowały się myśli. O tym, jak po powrocie z pracy znalazł kompletnie czarny obraz. O tym, jak od razu ruszył w drogę do domu malarza najwcześniejszym pociągiem. Domyślał się, co zastanie w pokoju, chciał jednak mieć nadzieję, że jest inaczej.

Popchnął uchylone drzwi pracowni, po czym wszedł do środka. Na ziemi, w kałuży krwi dobywającej się z rozciętych nadgarstków leżał Eichler. Kučera nie musiał sprawdzać jego pulsu. Dobrze wiedział, że mężczyzna już nie żył. Powoli podszedł do ciała, omijając przy tym piętrzące się czarne obrazy leżące na ziemi. Na sztaludze ustawionej na środku pokoju stało białe płótno. Spojrzał na nie i jego oczom ukazał się napis, napisany krwią malarza.

Deus Bellua.

Bóg jest bestią.








_________________________________________________________________
Jeżeli jesteś zainteresowany moją dalszą twórczością, bądź chcesz być na bieżąco ze wszystkimi nowymi materiałami odwiedź mój Fanpage:
https://www.facebook.com/mrdonut064?fref=ts
______________________________________________________________
Pytania? Sugestie? Komentarze do pracy autora?
Zobacz też:
Słyszeliście już o Crymanie? Zapewne nie, ponieważ wiadomo o tej postaci od niedawna. Pierwszy raz widziano go pod koniec 2009 roku w małym miasteczku Longdale w stanie Oklahoma. Potem widywały go różne osoby na całym świecie.

________________________Pierwszy incydent____

Jak już pisałem po raz pierwszy Cryman pojawił się niecałe 4 lata temu, a...
Czytaj dalej
Strona Straszne-Historie.pl do poprawnego działania wykorzystuje pliki typu Cookies. Korzystając ze strony wyrażasz na to zgodę.
Jeśli lubisz takie rzeczy jak: horror, creepypasta, książki, filmy, gry komputerowe, opowiadania z gatunku horrory to Straszne-Historie.pl to strona dla Ciebie. Nasze opowiadania potrafią wciągnąć i przestraszyć lepiej niż filmy horror oraz książki grozy.