Strasznie polecamy
Po drugiej stronie świata
Dodane przez: sebastianb, 27.12.2016, 10:56


Nikt z mieszkańców nie znał szczegółów założenia osady. Nikogo to właściwie nigdy nie interesowało. Żyło się w niej tak prosto, jak to tylko możliwe. Mężczyźni uprawiali ziemię i zajmowali się hodowlą zwierząt, żeby przetrwać, a kobiety zostawały w domu opiekując się dziećmi, aż te osiągnęły czwarty rok życia kiedy to powoli przysposabiało się je do pracy. Kobiety zajmowały się też najstarszymi, którzy nie byli już zdolni do niczego. W osadzie wszyscy mieli przypisane funkcje i nie było nikogo, kto mógłby ponarzekać, że nie wie, co ma ze sobą zrobić. Tak mijały, nie liczone przez nikogo, dni, tygodnie i lata, w rytmie nadawanym przez naturę, która kazała mieszkańcom odżywiać się, wydalać, spać, kopulować i robić wszystko, żeby trwać. Tak żyli, kręcąc się w tym kołowrocie, który co jakiś czas zatrzymywała wizyta Wielkoludów, jak z braku lepszego określenia ich nazywano. Kilka razy do roku przybywali oni do osady i zabierali kilka osób, o których należało jak najszybciej zapomnieć, jeśli chciało się ocalić życie, a życie było tu najważniejsze i nikt nie zdawał sobie sprawy, że mogłoby istnieć coś, za co można by je oddać. Godzono się więc z wizytami Wielkoludów i przyjmowano je tak samo jak to, że po wiośnie nadchodzi lato, a po lecie zima. Nic na to nie można było poradzić. Poza tym, kto miałby odwagę walczyć z kimś o wzroście trzech dorosłych mężczyzn, z rękami tak silnymi, że ludzka głowa mogła pęknąć w ich uścisku jak jajko. Do takiego świata ludzie z osady byli przystosowani, gdzieś tam, pośród gór, za wysokim płotem, który wyznaczał granicę ich świata, a delikatna, jakby bajkowa poświata, widoczna pomiędzy przęsłami, przypominała o tym, że każdy, kto chciałby ją pokonać zostałby natychmiast usmażony, jak to czasami działo się ze zbłąkanymi zwierzętami. Nie było chętnych, którzy chcieliby dowiedzieć się, co jest za płotem. Ta chęć została dawno temu wyeliminowana, w żmudnym procesie którego efektem byli właśnie mieszkańcy osady – prości ludzie, dla których świat za ogrodzeniem nie istniał, prości ludzie, którzy mieli służyć swoim nowym panom i nie zadawać pytań.

Tak było, aż do pewnego poranka, kiedy to kilkunastoletni niemowa, na którego wołano Za-ar, wyszedł, żeby nazrywać trawy dla królików, którymi się zajmował, w ramach swoich obowiązków. Zazwyczaj zrywał blisko chaty, jednak tamtego dnia zapuścił się dalej niż zwykle. Miejsce to skusiło Za-ara soczystymi liśćmi, które z całą pewnością smakowałby jego zwierzętom, jak pomyślał. Chłopak, nie widząc żadnego niebezpieczeństwa pokusił się o postawienie kilku kroków więcej. W pewnym momencie poczuł, że ziemia sprężynuje, co go wystraszyło. Odsunąwszy trawę szybko odkrył, że idzie po plątaninie suchych patyków, które zakrywały jakiś otwór w ziemi. Kiedy to ustalił, wpadł w panikę, a ta napompowała go taką dawką pierwotnej siły, która z jego atomowego odbicia, mającego mu pomóc w ucieczce, zrobiła mu niedźwiedzią przysługę. Przerażony Za-ar, odskoczył ile sił w nogach, połamał suche gałęzie i w jednej sekundzie, zdążywszy tylko otworzyć usta z których wydobył się jedynie cichy charkot, zaczął spadać w czeluść. Na szczęście, pionowy szyb bardzo szybko przekształcił się w rynnę o wielkim nachyleniu. Niestety, rozpędzony Za-ar nie potrafił się zatrzymać, co więcej, w pewnym momencie poczuł, że jego głowa uderzyła w coś twardego i stracił przytomność.



Nie umiał ocenić ile czasu minęło od upadku, aż do chwili, w której się ocknął. Obudził go ból poobijanego ciała, a kiedy językiem dotknął przednich zębów poczuł jakby ktoś mu wbijał igły w dziąsła. Wokół panowała ciemność, przez którą przebijał się bardzo mały lecz mocny promień światła, którego źródło, jak szacował jego oszołomiony umysł, znajdowało się jakieś dwadzieścia kroków od niego. Postanowił się podnieść, ale jego ciało zaprotestowało, nie było jeszcze na to gotowe. Budzący nadzieję promyk nagle się rozmył i Za-ar ponownie stracił przytomność.

Tym razem chłopaka obudziła suchość w gardle. Ból głowy trochę ustąpił, a z otarciami i sińcami już zdążył się oswoić. Niemowa otworzył oczy i znowu zobaczył światło. Postanowił jednak nie szarżować i na czworakach zaczął posuwać się tam, gdzie miał nadzieję znaleźć wyjście. Ta strategia się sprawdziła bo już po kilku chwilach patrzył przez dziurę wielkości pięści. Widział przez nią głównie las. Szybko sprawdził, jak można powiększyć otwór. Ta praca nie wymagała wielkiego wysiłku bowiem ściana zrobiona była głównie z zaschniętej ziemi. Mrużąc oczy przed słońcem wyczołgał się z jaskini. Chciał ostrożnie sprawdzić okolicę jednak w niewielkiej odległości, usłyszał płynący strumyk i bez namysłu udał się w jego kierunku, by po kilku sekundach chłeptać chłodną wodę. Kiedy ugasił pragnienie oparł się o drzewo, zastanawiając się gdzie się znajduje. Poczuł strach, bo był poza domem, a o świecie, w którym się znalazł nigdy się nie mówiło, ten świat dla mieszkańców osady nigdy nie istniał. Mimo tych wszystkich obaw, poczuł jednak coś dziwnego, w środku, jak to, kiedy robił się coś po raz pierwszy i nie wiedział co będzie dalej, przeczuwając jednak coś ekscytującego. Widząc gdzie znajduje się potencjalna droga powrotna do domu, postanowił na razie z niej nie korzystać, jakby obudziło się w nim coś tłumionego przez lata. Za-ar poczuł, jakby ktoś inny przejął nad nim kontrolę, a on, z jakiegoś powodu, nie miał nic przeciwko temu. Zawładnęła nim ciekawość.

Obolały wstał na równe nogi i zaczął powoli człapać. Zapominając o niebezpieczeństwie, rozglądał się dookoła, chłonąc wszystko, co nowe. Idąc zauważył, że las, który znał z okolic osady był tutaj trochę inny. Pomiędzy drzewami i krzewami, napotykał na dziwne twory. Pomiędzy zazdrośnie walczącą o każdy centymetr powierzchni roślinnością, dało się zauważyć coś, co nijak nie komponowało się z naturą. Pnącza zazdrośnie okrywały dziwne, proste skały jakby miały jakąś tajemnicę. Co jakiś czas oczom Za-ara ukazywały się małe, rdzewiejące domki, chylące się ku upadkowi, w których mogły mieszkać co najwyżej dzieci. Chłopak był zafascynowany. W pewnym momencie zauważył, że las wznosi się na kilkadziesiąt metrów tworząc coś na kształt korytarza. Wszędzie spod roślinności wyłaniały się nienaturalnie proste kształty, z którymi wcześniej się nie spotkał. Oprócz kolorów natury, co jakiś czas jego wzrok przyciągały barwy mu nieznane, które wydawały mu się atrakcyjne i ekscytujące. Póki co, niemowa szedł ulicą nie próbując zbliżyć się do którejkolwiek ze ścian, gdyż obawa przed nieznanym cały czas kazała mu zachować przynajmniej odrobinę czujności.

Nie wiedział ile czasu tak szedł, jednak w pewnym momencie stwierdził, że zaczyna się ściemniać, a wiedział, że przebywanie w nocy na otwartym terenie nie było dobrym pomysłem. Na powrót było już za późno, więc Za-ar podszedł do jednej ze ścian i wszedł pod gęste pnącza, które tworzyły coś na kształt dachu. Uznał to miejsce za dobrą kryjówkę. Pomimo głodu i pragnienia niemowę uśpił ciągle jeszcze świeży ból po upadku, a także mnogość wrażeń, które zapewniły mu wydarzenia ostatnich godzin. Zasnął, nie zdążywszy nawet zebrać myśli. Śniły mu się wielkie lśniące ptaki, które latały nie poruszając skrzydłami.



Obudził go chłód poranka. Leniwie otworzył oczy pozwalając, żeby rzeczywistość wlała się do jego umysłu falą, na którą składała się projekcja wypadków dnia poprzedniego. Doznał wstrząsu, który spotęgował fakt, że nie jest sam. Odruchowo odskoczył natrafiając na twardą skałę za plecami, która go zatrzymała. Z braku lepszego pomysłu instynktownie skrzyżował ręce przed twarzą i w zastępstwie okrzyku wydał na świat coś na kształt syku węża, czekając na ruch nieznajomego, którym był dorosły mężczyzna. Intruz jednak nie zaatakował, a wręcz przeciwnie, wydawał się być nastawiany przyjaźnie, na dowód czego sięgnął po pojemnik, który wisiał u jego boku i podał go chłopakowi.

– Nie bój się – powiedział nieznajomy. – Pij, myślę, że tego potrzebujesz. To woda – dodał widząc, że ten się waha. – Widzisz?

Chłopakowi tak się chciało pić, że nie opierał się długo przed przyjęciem poczęstunku. Kiedy już złapał pojemnik pociągnął go w swoją stronę, a następnie wziął spory łyk, robiąc przy tym dużo hałasu, co wywołało uśmiech na twarzy jego dobroczyńcy.

– Powoli mały, bo się zadławisz.

Za-ar rozumiał co mówił nieznajomy, ale słyszał, że jego mowa różniła się trochę od tej, którą posługiwali się wszyscy w osadzie. Znał wszystkie słowa jednak w ustach mężczyzny brzmiały one trochę inaczej.

– Jestem Mustang. A ty, mały, jak się nazywasz?

Za-ar nerwowo pokazał na gardło i usta, a następnie wolno krzyżował przed nimi ręce na znak, że nie może mówić.

– Niemowa? Dobrze trafiłem, nie ma co – skomentował wyraźnie rozczarowany Mustang. – Nie dość, że nie ma tu specjalnie do kogo gęby otworzyć to jeszcze trafił mi się niemowa. Co zrobić? Będę na ciebie wołał Mały. Jeśli ci się nie podoba to powiedz, dobra? – zapytał i parsknął śmiechem rozbawiony swoim okrutnym żartem.

Kiedy chłopak to usłyszał spuścił głowę ze wstydu.

– Dobrze, już dobrze. Wybacz – przeprosił mężczyzna widząc, że niemowa poczuł się dotknięty.

Chłopak szybko zaakceptował przeprosiny, ocierając pierwsze pojawiającej się w kąciku oka łzy.

– Już, nie maż się, jesteś w końcu mężczyzną, nie? Wyjdźmy już spod tych liści, co? – zaproponował Za-arowi towarzysz i podał mu rękę, aby go wyciągnąć. – Powiedz mi – zainteresował się Mustang – jesteś może od Jonasza?

Za-ar zaprzeczył szybko kiwając głową.

– No to może od Jeffego znad morza?

Na to pytanie chłopak także kiwnął głową pokazując, że nie.

– To może…

Niemowa przerwał Mustangowi pokazując osadę, którą narysował patykiem na ziemi, a potem przy pomocy liści stworzył płot, pokazał góry i domki.

Kiedy mężczyzna przyglądał się tej prezentacji z pasją wykonywanej przez chłopaka na jego twarzy pojawiło się niedowierzanie.

– Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że jesteś z zagrody, z gór?

Chłopak nie bardzo wiedział więc jedyne, co mógł zrobić to znowu pokazać na makietę.

– A niech mnie – powiedział Mustang drapiąc się po czole. – Ty jesteś z zagrody – powtórzył, jakby nie mógł uwierzyć w to co odkrył. – Ale jak ty właściwie się stamtąd wydostałeś. Z tego co wiem, płot załatwia sprawę.

Za-ar pokazał całą sytuację, jak szedł po trawę i wpadł do dziury w ziemi, a Mustang próbował wszystko to jakoś posklejać.

– Chcesz mi powiedzieć, że przeleciałeś pod płotem jakimś tunelem?

Chłopak energicznie potwierdził kiwając głową zadowolony, że jasno zdołał to wytłumaczyć.

– Hm, całkiem możliwe, że zachowały się tam jakieś szyby po kopalniach, które oni przeoczyli – zauważył Mustang, a koniec zdania powiedział jakby do siebie.

Na słowo „oni” niemowa stanął na palcach i wyciągnął rękę, żeby pokazać kogoś bardzo wysokiego, mając na myśli Wielkoludów.

– Tak, nazywamy ich Dryblasy, bo jakoś nikt z nich się nigdy nie przedstawił. Słuchaj, to znaczy, że wy tam rzeczywiście nic nie wiecie, żyjecie sobie w spokoju i…, do diaska, Mały, ale historia. To musimy cie teraz szybko podszkolić, jeśli chcesz tu przeżyć, ale najpierw chodźmy do mnie coś przegryźć bo twoje burczenie w brzuchu zdradza naszą pozycję.

Kiedy szli, Za-ar oglądał las, który owijał się wokół prostych skał, spod których co jakiś czas błysnęło coś odbijając światło słoneczne.

– Rozumiem, że wszystko tutaj jest dla ciebie nowością, co? – zapytał Mustang widząc Za-ara nie mogącego oderwać wzroku od otoczenia. – Nic nie wiedziałeś o świecie poza ogrodzeniem – stwierdził.

Chłopak uśmiechnął się zagadkowo, próbując tym powiedzieć, że nigdy nie zaprzątało to jego myśli, a świat poza płotem właściwie nie istnieje dla mieszkańców jego osady.

– Nie będę ukrywał – rzekł mężczyzna, że wiele rzeczy cię zszokuje, jednak wierz mi, lepiej dla ciebie, żebyś przeszedł przyspieszony kurs. Na ten przykład – w tym momencie mężczyzna uniósł palec wskazujący, jak nauczyciel, który ma zamiar coś wytłumaczyć – to co widzisz dookoła nazywano kiedyś miastem, taka twoja zagroda w większej wersji. W tych wysokich budynkach ludzie kiedyś mieszkali i, chociaż trudno to sobie wyobrazić, pracowali. Wiesz, sam nie wiem wszystkiego, bo od tamtych wydarzeń upłynęło już trochę czasu, chociaż nikt właściwie nie wie ile.

Za-ara zaciekawiło to co mówił Mustang, więc pociągnął go za rękaw i rozłożył ręce na znak, że chciałby usłyszeć więcej.

– Za chwilę, mały. Już jesteśmy.

To rzekłszy, kompan niemowy odsunął plątaninę gałęzi za którymi schowane były drzwi. Otworzył je energicznym pchnięciem i wparował do wnętrza gotowy do ataku lub jego odparcia. Kiedy ustalił, że w środku nikogo nie ma zawołał Za-ara.

– Wiesz, nigdy nic nie wiadomo, lepiej sprawdzić. Wejdź, rozgość się w moim królestwie.

Niemowa powoli wszedł do mieszkania Mustanga, wypełnionego mnóstwem przedmiotów, których przeznaczenia nie znał. Rozpoznawał proste sprzęty, takie jak stół czy łóżko, ale większość rzeczy była dla niego zagadką.

– Klapnij sobie na wyrku – zachęcił go gospodarz, a chłopak łapczywie macając wzrokiem otoczenie posłuchał gospodarza i zajął miejsce na miękkim materacu. – Trzymaj – powiedział mężczyzna podając mu coś, co wyglądało na suszone mięso i kubek z wodą. – Jedz, nie bój się – powiedział, a żeby chłopak nie pomyślał, że to jakiś podstęp sam zaczął jeść i pić.

Za-ar, widząc to, zaczął żuć mięso, które, w porównaniu z tym co jadał w wiosce, smakowało okropnie, ale postanowił nie wybrzydzać bo żołądek od jakiegoś głośno sugerował, że jest zaniedbywany.

– Zastanawiasz się pewnie co to za przedmioty, he? – zapytał Mustang widząc jak chłopak ogląda jego mieszkanie.

Za-ar przytaknął.

– Widzisz, to są rzeczy ze starego świata. Większość z nich nie działa bo potrzebują prądu, a tu go nie ma, a kiedyś podobno był wszędzie. Chciałbym pożyć w tamtych czasach, kiedy to wszystko funkcjonowało, kiedy ludzie byli wolni, a nie to co teraz – rozmarzył się gospodarz. – Chcesz zobaczyć jak to kiedyś wyglądało? – zapytał Mustang podekscytowany.

Chłopak szybko pokiwał głową twierdząco, a Mustang wyciągnął spod łóżka prostokątny przedmiot.

– To książka – powiedział Mustang głaszcząc okładkę. Macie coś takiego u siebie? – zapytał, a chłopak kiwnął głową, że nie.

Mężczyzna usiadł obok gościa, położył książkę na udach i zaczął wertować strony pokazując zdjęcia budynków, samochodów, ludzi i samolotów, które wzbudziły największe zainteresowanie niemowy.

– Trudno w to wszystko uwierzyć, co? – zapytał mężczyzna kiedy skończyli oglądać album.

Za-ar pokazał na książkę, a następnie wstał i nerwową gestykulując starał się zobrazować pytanie, co się właściwie stało ze światem z fotografii.

– Co się stało?

Chłopak zadowolony kiwnął głową i usiadł z powrotem koło Mustanga.

– Oni się stali. Widzisz, kolego, sam urodziłem się w takim świecie i znam jedynie przekazy.

Za-ar pokazał zniecierpliwienie wykrzywiając usta jakby w płaczu i potrząsając szybko rękami.

– No dobra, postaram ci się to opowiedzieć w taki sposób, żebyś zrozumiał, chociaż nie będę się mądrzył, że sam wszystko wiem.

Na te słowa chłopak się uśmiechnął.

– Nie umiem powiedzieć kiedy to wszystko się zaczęło, a może skończyło, w zależności od punktu widzenia. Widzisz, w świecie, który przed chwilą oglądałeś pewnego dnia pojawili się "oni".

Chłopak pokazał ręką kogoś wysokiego.

– Tak, Dryblasy. Ponoć zjawili się znikąd. Ludzie opowiadali sobie wcześniej dla rozrywki historie, że z gwiazd przylatują najeźdźcy i podbijają Ziemię, a najeźdźcy, jak się okazało, byli tu cały czas. Chodziło o jakiś inny wymiar.

Za-ar robił coraz większe oczy.

– To chyba tak, jakbyś ty mieszkał w swojej osadzie, myślałbyś o niej jak o całym świecie, a ja żyłbym obok ciebie, za górami i obserwował cię, coś jak to, chyba. Mówiłem przecież, że też nie wiem wszystkiego.

Chłopak pokiwał głową, że rozumie.

– Dobrze, a więc kiedy pojawili się oni to nie mieli zamiaru komunikować się z ludźmi, żadne tam przyjaźnie, jak na ten przykład my się kumplujemy, nie? Mieli inny cel. Na początku wybili większość ludzkości. Działo się to ponoć z taką prędkością, że nie było czasu zorganizować żadnej obrony. Wyobraź, że nie interesowała ich żadna broń, zasoby, woda, nic co ludzie mogliby im zaoferować.

Za-ar rozłożył pytająco ręce.

– Co ich interesowało? Najadłeś się, to chodź, pokażę ci, po co tu przybyli.



Wyszli z mieszkania Mustanga i szli najpierw drogą w mieście, a później w zwykłym lesie, który nie wisiał na budynkach.

– Od tego momentu musimy być bardzo ostrożni bo Dryblasy mogą znaleźć się gdziekolwiek w każdej chwili. Nie spodziewają się nas, jednak lepiej uważać.

Po ekspresowym kursie dotyczącym zasad bezpieczeństwa mężczyzna pokazał jak Za-ar ma wykonać prosty kamuflaż przy użyciu liści i gałęzi. Kiedy już byli gotowi, oświadczył:

– Teraz będziemy się czołgać, jasne?

Za-ar padł na ziemię i zaczął powoli podążać za przewodnikiem. Chwilę później dotarli do granicy lasu i znaleźli się u stóp wzniesienia porośniętego wysoką trawą, na które zaczęli się mozolnie wdrapywać. Niemowa widział szczyt i domyślał się, że to już długo nie potrwa. Nie mylił się bo kiedy zobaczył, ze wzniesienia rozległy widok Mustang pokazał ręką, żeby się zatrzymał.

– Starczy – powiedział. – Teraz popatrz przez siebie.

Za-ar widział rozległe tereny, a gdzieś na uboczu budynki. Wszystko to ogrodzone płotem, jaki znał ze swojej rodzinnej osady. Jednak płot w jego osadzie wydawał się sięgać nieba, a ten tutaj był znacznie niższy.

– Przy odrobinie szczęścia, zobaczysz Dryblasów.

Zapoznawszy się z tym co widzi chłopak potrzebował więcej wskazówek na co ma właściwie zwrócić uwagę. W tym celu pociągnął mężczyznę za rękaw i rozkładając ramiona, usiłował mu wytłumaczyć, że nie wie co widzi. Mustang nie powiedział nic, tylko sięgnął do torby i wyciągnął z niej coś, co przypominało dwa połączone ze sobą kubki, które przystawił do oczu, zwracając je w stronę budynków. Za-ar patrzył zafascynowany.

– Mówiłem ci już, że Dryblasy nie chcieli od nas wody, technologii, czy złóż. Nie negocjowali z nami, nie próbowali się z nami zaprzyjaźniać, z bardzo prostego powodu. Weź lornetkę.

W tym momencie Mustang przekazał chłopcu tajemniczy przedmiot i pokazał jak go używać, a kiedy ten nieufnie przytknął do niego oczy od razu odsunął głowę, co rozbawiło mężczyznę.

– Nie bój się, to jest lornetka. Ona pozwala zobaczyć miejsca, które są od nas znacznie oddalone. Nie ma strachu, ty ich widzisz, a oni ciebie nie.

Po zapewnieniach mężczyzny Za-ar nabrał zaufania do lornetki i po chwili swobodnie patrzył na otoczenie. Widział wielkie budowle jak na dłoni i widział też coś, co wydawało mu się pastwiskiem. Na owych pastwiskach przebywali ludzie w jego wieku, może trochę starsi i wszyscy byli nadzy. W większości stali przed wielką ścianą, na której przesuwały się obrazy, a niedaleko mieli coś, przypominającego koryto, z którego pozyskiwali pokarm. Kiedy Za-ar omiatał wzrokiem okolicę, Mustang kontynuował opowieść potwierdzając myśl, która przed kilkoma sekundami pojawiła się w umyśle niemowy.

– Dryblasy przyjechały tu po ludzkie mięso – to powiedziawszy zrobił krótką pauzę, żeby dać się oswoić z tą wiedzą chłopakowi, który popatrzył na mężczyznę oczami wyrażającymi przerażenie i niedowierzanie. – Kiedy wybili większość zostawili tylko tych bez wspomnień, czyli najmłodsze dzieci i zajęli się ich wychowywaniem, chociaż to może złe słowo, nie, zajęli się ich hodowaniem. Kiedy dzieci podrosły natura zrobiła swoje. Młodzież zaczęła mieć następne potomstwo i tak już od wielu lat. Masz tam na dole coś, co wygląda na człowieka, ale nim nie jest. Na dole masz zwierzęta rzeźne.

Za-ar był zdruzgotany i próbował pytać dlaczego tak się dzieje, co szybko odkrył Mustang.

– Czemu, pytasz mój przyjacielu? Tego nikt nie wie. Zwyczajnie, chyba im smakujemy. Zaraz będziesz chciał spytać, jak do tego mają się te wasze wioseczki. Cóż, podobno jest wiele takich miejsc, w których utrzymuje się życie na bardzo prymitywnym poziomie. Nie wiem, może boją się, że jakaś choroba zdziesiątkuje ich stada, może potrzebują świeżej krwi, a może jeszcze po coś. Nie mam pojęcia. Może coś badają. Jak widzisz, sam wiem tylko tyle…

Mustang nie skończył, bo nagle słońce jakby przygasło i koło budynków w oddali pojawił się jakiś wielki kształt, wyłaniający się jakby znikąd.

– To ich pojazdy, wyjaśnił Mustang. Po prostu pojawiają się i tyle. Z pojazdu wyszły cztery ogromne postaci Wielkoludów, których sylwetki Za-ar dobrze znał i udały się w kierunku budynków.

– Proponuję wiać – zasugerował mężczyzna.

Chłopaka nie trzeba było namawiać na taki ruch, w rezultacie czego obaj sprawnie wycofali się w kierunku lasu. Kiedy weszli już do zarośli i drzew usiedli, opierając się o pnie.

– Dużo tego jak na jeden dzień co? – zapytał Mustang, a niemowa kiwnął głową. – Jak wrażenia?

Za-ar odpowiedział miną, która sugerowała, że nawet gdyby umiał mówić to niewiele mógłby w tej chwili powiedzieć.

Osunąwszy się z pnia, chłopak położył się na trawie, jakby wyczerpało go fizycznie wszystko, czego się dowiedział. Umysłowa ekwilibrystyka, w której próbował dopasować do siebie wszystko, czego dowiedział się w ostatnim czasie, zaprowadziła go w końcu do pewnego wniosku i pytania. Po pierwsze chłopak zorientował się, że w tym wrogim świecie najszczęśliwszymi ludźmi są ci, których właśnie widział. Nic nie wiedzą, nie muszą się martwić o jedzenie i nie zdają sobie sprawy ze swojego losu, jak jego króliki. Druga kwestia, która zaczęła doskwierać chłopakowi, to pytanie, kim był Mustang? Postanowił się tego jak najszybciej dowiedzieć. Szarpnął więc swojego towarzysza za ramię i przy pomocy rąk sformułował pytanie.

– Spryciarz – powiedział z uznaniem Mustang kiedy ustalił, że Za-ar pyta go, kim jest. – Widzisz, ze wszystkich informacji, które posiadam, to ja i mnie podobni, bo jest nas trochę, dostarczamy Drągalom rozrywki?

Chłopak rozłożył ręce na znak, że nie rozumie.

– Ci, których widziałeś, ty i twoje znajomki z wioseczki oraz ja jesteśmy dla nich tylko mięsem. Niczym więcej.

Za-ar pokazał palcem w kierunku mężczyzny.

– Widzisz, czasami Dryblasy przychodzą tutaj w grupach, po czterech, pięciu i zwyczajnie na nas polują. Tacy jak ja są dla nich zwykłą dziczyzną. Rozumiesz, wiemy trochę więcej niż wy tam, a już na pewno niż te tępaki z zagrody, umiemy trochę więcej, a to wszystko sprawia, że trudno nas dopaść. No to od czasu do czasu wpadają i do nas strzelają dla rozrywki, jak sądzę. To już chyba wszystko w tym przyspieszonym kursie życia poza wioską. Jak ci się podoba świat?

Na to pytanie Za-ar odpowiedział miną, która zdradzała konsternację. Jednego dnia, chłopak nauczył się, że życie ma swoją cenę, którą stale trzeba płacić. W swojej osadzie żyli w miarę normalnie, ale zniewoleni i w każdej chwili ktoś mógł zostać zabrany, w zagrodzie, którą widział przed chwilą wszystko obracało się wokół jedzenia, o które jednak nie trzeba było się martwić jednak koniec następował szybko. Była też trzecia droga, wydawałoby się, że Mustang może się cieszyć wolnością, jednak w czasie polowania był zdany tylko na siebie.

– Rozmyślasz? – spytał mężczyzna.

Niemowa przytaknął.

– Przestań, to nie pomaga – powiedział pewnie Mustang. Twoje życie jest obecnie tutaj bo nie ma możliwości, żebyś powrócił do swojej osady, a z drugiej strony tu nie jest tak źle. Odkryjesz wiele ciekawych rzeczy i miejsc.

Za-ar pokazując Wielkoluda pokazał polowanie.

– Polowanie, srolowanie. Nie możesz mały koncentrować się na najgorszym. Ja przeżyłem już wiele polowań i nadal tu jestem. Coś ci powiem, poznałem pewnego człowieka, który zmarł tutaj ze starości. Przeżył setki polowań i nigdy go nie dostali. Nie martw się, będzie fajnie, a zabić mogą cię tylko raz, nie?

Za-ar uśmiechnął się słysząc to zdanie, co go samego zdumiało biorąc pod uwagę temat, który go rozbawił – wiedział jednak, że Mustang ma rację.

– Chodź mały wrócimy do mnie, zjemy trochę suszonego szczura i od razu wszystko będzie wyglądało lepiej.

Na hasło "suszony szczur" Za-ar pokazał ręką poruszającego się gryzonia i pokiwał głową, że nie ma zamiaru tego jeść.

Przestań, kilka godzin temu zajadałeś się nim, aż ci się uszy trzęsły – powiedział Mustang i zaczął się śmiać kiedy zobaczył jak do chłopaka doszło, co składało się na jego poranny posiłek.

Po chwili Za-ar także się uśmiechnął, chociaż trochę kwaśno, wiedząc, że czeka go jeszcze wiele takich niespodzianek.

– Chodź – zachęcił ponownie Mustang i objął swojego młodego towarzysza ramieniem. – Szkoda tylko, że nie mówisz, ale to nic, ja będę mówił bo, jak się domyślasz, mamy tu mało okazji do rozmowy. Opowiadałem ci, skąd wziąłem swoje imię? Nie? Zabawna historia, bo widzisz, Mustang to nie jest moje prawdziwe imię…
Pytania? Sugestie? Komentarze do pracy autora?
Zobacz też:
Marry była zwyczajną nastolatką. Stroniła od imprez i alkoholu, nie paliła też papierosów. Zamiast imprezować wolała wyjść na wieczorny spacer czy też pobiegać ze swoim psem. Żyła na typowym osiedlu. Naprzeciwko mieszkała jej najlepsza przyjaciółka Sandy. Wprowadziła się tam w sumie niedawno, jakieś pół roku temu, podobno uciekła z poprzedniego...
Czytaj dalej
Strona Straszne-Historie.pl do poprawnego działania wykorzystuje pliki typu Cookies. Korzystając ze strony wyrażasz na to zgodę.
Jeśli lubisz takie rzeczy jak: horror, creepypasta, książki, filmy, gry komputerowe, opowiadania z gatunku horrory to Straszne-Historie.pl to strona dla Ciebie. Nasze opowiadania potrafią wciągnąć i przestraszyć lepiej niż filmy horror oraz książki grozy.