Strasznie polecamy
SPRZEDAWCA BÓLU - część czwarta
Dodane przez: timeisanillusion, 24.08.2016, 22:42
Część pierwsza: http://straszne-historie.pl/story/13595-SPRZEDAWCA-BOLU

Część druga: http://straszne-historie.pl/story/13611-SPRZEDAWCA-BOLU-SECOND-PART

Część trzecia: http://straszne-historie.pl/story/13656-SPRZEDAWCA-BOLU-CZSC-TRZECIA


Wybacz mi, ale myślę, że przed opowiedzeniem ci reszty moich dziejów w Północnej Korei…Ja…będę musiał opowiedzieć ci inny skrawek mojego życia, dziejący się jednak nieco później. Chcę opowiedzieć ci o czasie, który jest nieco bardziej wyodrębniony w mojej pamięci. Z resztą całkiem niezłej.

16 marca, Rok 1988., Londyn


- Jest zimno… - Gderałem. – Brudno tu, cuchnie…Nędza. Pewnie dlatego od tygodnia nie mam klientów. Ale pieprzyć to, to bez znaczenia. Nikt nie przychodzi tutaj, aby wąchać kwiatki.
I uśmiechnąłem się do siebie po ostatnim zdaniu. Kochana dwuznaczność.
Spoglądałem to na ladę, to na ściany. Dookoła było okropnie ciemno, na tym piętrze świeciły dwie żarówki zwisające z sufitu i nic poza tym, ponieważ nie chciało mi się bawić w zakładanie lamp, a nawet gdyby chciało, to i tak bym nie miał czego.
Koty mi się skończyły.
Nie miałem pojęcia, co ze sobą począć. Sięgnąłem po długopis i zacząłem się nim bawić. I już nawet chciałem coś do niego powiedzieć, ale zawsze znajdzie się dureń gotów do przerwania mi mojej kwestii.
- Coś taki przygnębiony?
Odwróciłem głowę w lewo. Przy tablicy stał ten cholerny czarnowłosy w okularkach. W rękach trzymał notes, a ubrany był w szary garnitur, przez który przemierzały czarne, pionowe linie. I jeszcze ten czarny krawat…
- Tu nikt nie umiera, dziennikarzu pogrzebowy. – Powiedziałem. – Drzwi są zaraz obok.
Patrzyłem na niego. Bez zmian. Mina niby zatroskana, ale byłem pewny, że w rzeczywistości wyśmiewa mnie ile może.
- Och…Mój drogi. Co się z tobą dzieje? – Powiedział do mnie głosem pełnym żalu.
- Dlaczego tylko w takich porach przychodzisz mi z wizytą? – Zapytałem stukając palcami o ladę.
Facet zdjął okulary i schował je do kieszeni marynarki.
- Nie dopuszczę do tego, żeby jakieś dziadostwo z tuszem okazało się lepszym towarzystwem niż ja.
- Jeśli chcesz się przydać, to umyj podłogę w klopie.
- Wiesz, że mnie nie zignorujesz, dopóki nie pogadasz z człowieczkiem?
- Wolę żreć szerszenie.
- Ach, no ta....Ty się wcale nie zmieniłeś. – Mówił zbliżając się do lady. - Odkąd pamiętam – zawsze byłeś przeciwko ludzkości. Bo głośni, bo głupi, bo NUDNI.
- Realia są widoczne, gdybyś nie siedział TAM cały czas – może lepiej byś im się przyjrzał.
- Myślę, że ślepy nie widzi więcej, niż widzi.
- To ciekawe spostrzeżenie.
- A ty jesteś ślepy. Twój i tak marny wzrok od lat zaślepiony jest twoją żałością.
Upuściłem długopis, uderzyłem lekko ręką w ladę, a zaraz potem podczas wstawania z krzesła serdecznie uśmiechnąłem się do mojego gościa.
- Moim czym? – Zapytałem i zacząłem przemierzać sklep, trzymając za sobą złączone ręce.
Czarnowłosy westchnął i pokręcił głową ukazując przy tym swój krzywy uśmiech. Zaraz potem jednak do reszty spoważniał, i wyjął okulary z marynarki. Założył je i otworzył swój notes w miejscu, w którym zamknięcie blokował długopis. Wziął go do ręki i zaczął głośno mówić to, co w nim pisze:
- Imię…Bez zmian…Nazwisko…Bez zmian…Charakter…Cyniczny…Sylwetka…
- Na dupie mam nowego wrzoda. – Powiedziałem odwracając się do faceta.
A ten uśmiechnął się, wsadził długopis z powrotem do notesu i zamknął go.
- Wiem, że cię boli… - Zaczął.
- Wrzody bolą strasznie. Należy się ich szybko pozbywać.
- …nadmiar czasu…
Ale nie zdążył mi nic więcej powiedzieć, bo rzuciłem w niego opasłą książką o sposobach wyciągania żywcem rzepki z kolan.
- NIENAWIDZĘ WRZODÓW. – Powiedziałem.
I w tym samym momencie ktoś otworzył drzwi, a czarnowłosy zniknął. Gość trzymał rękę na gałce i wpatrywał się dziwnie ciekawskim spojrzeniem. Jego wysunięty język trzymał się na górnej wardze. Miał krótkie, siwe włosy, biały podkoszulek i krótkie, szare spodnie. Przyszedł do mnie w kapciach.
Uniosłem brwi. Poszedłem za ladę, usiadłem na krześle i splotłem na ladzie dłonie.
- W czym mogę służyć szanownemu klientowi? – Zapytałem. – Mogę przysiąc, że spożywcze są parę ulic dalej.
Facet nie odezwał się. Jego język został tam gdzie wcześniej. Jedynie usta rozszerzyły się w uśmiech. Wszedł całkiem do sklepu i zamknął drzwi.
- Więc? – Zapytałem ponownie.
- Jack.
- Słucham?
- Jaaack. – Powiedział charakterystycznie otwierając przy tym usta, które cały czas układały się w uśmiech. Jego wzrok wciąż był dziwnie ciekawski i nie zdejmował go ze mnie.
- Mówiłem, że to nie jest sklep spożywczy. Niestety na żadnej z półek nie zastanie pan butelki whisky. – Skłamałem.
Nie odezwał się.
- Czy…
- Lubię je. – Przerwał mi. – Są takie słodkie.
- Tak?
- Taa. Lubię je. Je wszystkie.
- Kim one są?
- Taa. Lubię je. – Powiedział do mnie i podszedł do lady. Uśmiechnął się jeszcze szerzej i powiedział:
- Cześć, Tommy.
- Ale…
- Zamknij się, Lincoln!
- O co…
- Nie rozumiesz, Fred!? – Krzyknął i uderzył ręką w ladę, bo zdążyłem zabrać z niej ręce. Wstałem z krzesła i piorunowałem przygłupa wzrokiem. Facet cały czas opierał się o ladę i znowu się uśmiechnął.
- Taa… - Powiedział. – Słodkie są…
Przełknąłem ślinę. Ponownie usiadłem.
- Kto? – Zapytałem.
Mój gość zrobił rozmarzoną minę.
- No…One…Zwierzątka, dzieciątka. – Mówiąc to coraz bardziej się uśmiechał. – Takie małe…Taa…Malutkie.
- Taa. – Powiedziałem kiwając głową.
Staruch zaczął jeździć sobie językiem po zębach. Wpatrywał się wciąż we mnie.
- Kiedyś widziałem dziewczynkę. Blond włoski, czarno-biała sukieneczka. – Nie przestawał mówić rozmarzonym tonem. – I ta kokardka...Była żółciutka. A ta dziewczynka taka malutka…
Zmarszczyłem brwi. Zacząłem powoli sięgać do półki z lady, na której trzymałem parę narzędzi.
- Miała rowerek… - Powiedział.
- Doprawdy? – Zapytałem. – Zielony? Czerwony?
- Nie… - Odpowiedział. – Błękitny rowerek. Malutki jak ona.
Moja ręka powoli zbliżała się do narzędzia skręcającego nadgarstki, które było nieco na kształt klucza francuskiego.
- Więc… - Zacząłem. – Pobawiłeś się dziewczynką?
Znowu się uśmiechnął. Jego język jeździł po lewym boku ust.
- Taa. Wybrałem zabawę.
- Tak? Jaką? – Powiedziałem, gdy dosięgałem już narzędzia.
- Bawiliśmy się w piłkę nożną…
Przełknąłem ślinę. Spojrzałem na niego. Przeszywał mnie gałami na wylot, jakby był snajperem i strzelał mi w łeb.
- Znasz tę zabawę? – Zapytał mnie.
- Nie. Jako dziecko pracowałem, nie bawiłem się.
Facet uniósł brwi i zrobił zdziwiona minę.
- Tak? A co robiłeś?
- Nic szczególnego. – Powiedziałem wstając z narzędziem w ręku schowanym za plecami. – Skręcałem stare rury.
I mówiąc to - wyciągnąłem szybko narzędzie, aby chwycić starego za nadgarstek, ale zdążył zrobić unik ręką.
Zaśmiał się głośno wpatrując się we mnie.
- Cztery. – Powiedział z szyderczym uśmiechem.
- Precz. – Powiedziałem robiąc wrażenie zamachującego się narzędziem.
Gość znowu się zaśmiał, oblizał wargi i powiedział:
- Cztery…
Po tych słowach odwrócił się ode mnie, otworzył drzwi i wyszedł ze sklepu. Usiadłem ciężko na krześle i położyłem narzędzie na ladzie.
- Jasna…
Ale zanim zdążyłem dokończyć – pojawił się następny osobnik, mający podobno ważniejsze bzdury do wypaplania niż ja.
- Niech będzie pochwalony, HA! – Wrzasnęło to coś, co w tamtym momencie wpełzło do mojego sklepu. Myślałem, że mam do czynienia z istną wersją wskrzeszonego trupa Willy’ego Wonki.
Facet – możesz mi nie wierzysz, jeśli nie ufasz moim zdolnościom rozpoznawania płci – przybył do mnie w czarnym, rozpiętym płaszczu, pod którym był następny, jednakże zapięty na wszystkie guziki. Na rękach miał białe rękawiczki, na głowie czarny, wysoki kapelusz, spod którego wystawały mu kłębki czarnych, kręconych włosów. W lewej ręce trzymał czerwoną laskę. Oczy usmarowane miał dookoła kredką do oczu – oczywiście czarną. Jego karnacja na twarzy była prawie biała. Nogi miał potwornie chude, nosił na nich rajstopy wiadomego koloru. Same stopy za to były okropnie wielkie. I chyba oszczędził sobie trochę szmalu, bo miał na nich czerwone trampki marki „Converse”. Ale wisienką było to:
- Najnowszy krzyk mody wrzeszczy, że warto zszyć sobie zszywaczem końcówki ust? – Zapytałem.
- Najstarszy sanepid świata powiedziałby, że warto tu wywietrzyć. – Powiedział z kwaśną miną, patrząc to w lewo, to w prawo. – Cuchnie tu jak w miejskim autobusie.
Uniosłem brwi. Popatrzył na mnie i zaczął zbliżać się w kierunku lady.
- Dzieci, to ci powiem, jasna cholera, drażliwy temat jest! – Powiedział siadając na krześle. – Jakby ktoś pytał o, cholera, czyjeś zarobki. A to tylko bachor jest! Nikt przecież nie zarabia dzisiaj na ich koszcie.
- Oczywiście. – Powiedziałem. – Czy przyszedł pan wydać u mnie parę groszy?
Oparł laskę o ladę, sięgnął do lewej kieszeni i wyciągnął z niej wymiętą paczkę papierosów. Otworzył ją i popatrzył smętnie w jej zawartość, zaraz potem wyciągając jednego. Następnie z tej samej kieszeni wyciągnął zapalniczkę, zapalił fajkę i wydmuchując dym w kierunku sufitu powiedział:
- Marlboro proszę.
- Pan chce TU palić? – Zapytałem marszcząc brwi.
- Ta, takie rzeczy też się zdarzały. – Powiedział wydmuchując dym i strzepując popiół na podłogę. – Dzieciaki nie raz były palone, u nas też, ta, tutaj w Anglii też tak było. Ale robiono z nimi gorsze rzeczy. Dużo gorsze, sam byłem świadkiem…Och, gdzie moje maniery!
Uniosłem brwi. Gość wstał otrzepał się prawą ręką i zaraz wysunął nią ku mnie mówiąc:
- Randall.
- Iks. – Odpowiedziałem podając mu rękę.
- Ta, nie można ufać tubylcom, cholera, nikomu nie można ufać. – Powiedział kręcąc głową. Dym z jego papierosa wyleciał mu nosem. – Ale o czym to ja…HA! No ta…
Wpatrywałem się w niego całkowicie zmieszany. Kiedy się zaśmiewał, jego zszyte końcówki ust rozciągały się niesamowicie, a choć przy tej czynności cała dolna szczęka robiła wrażenie jakby zaraz miała się rozerwać – to nadal tkwiła na swoim miejscu. Niezniszczalna.
- No, cholera… - Kontynuował. – Palili je, ha, ha! Ta…Czaisz? Po prostu to robili, brali je do worów i szli z nimi do lasu, jakby były jakimiś parówkami na ognisko. I został z takiego bachora kawał węgla. No i cholera wie, co z tym później robili…
- No… - Odpowiedziałem.
- No. – Powiedział kiwając głową. – Ale ta, byli jeszcze gorsi. Ogień podobno największy diabeł, ale przynajmniej taki bachor już potem nie łaził po świecie z popaloną skórą, nie?
Kiwnąłem głową.
Facet wypalił fajkę, rzucił jej końcówkę na podłogę i rozdeptał. Pociągnął nosem i spojrzał na mnie. Nachylił się .
- Tacy istnieją, stary. – Powiedział słabym głosem. – Tacy, których żołądkom powaliło się troszkę zbyt dosadnie…Tak…
I nagle wstał z krzesła, przeskoczył przez ladę i znalazł się obok mnie, po czym oparł się o ladę lewym łokciem.
Wiesz co? – Zaczął. – Czasami się zastanawiam jak to ten cały stwórca zrobił z tą dietą, że to wszystko tak czy inaczej – szlag trafia! I wiesz co jeszcze?
Kiedy mnie zapytał, sięgnął do prawej kieszeni i wyciągnął z niej wijącą się dżdżownicę. Poprzyglądał się jej chwilę tak, jakby była ładnym obrazkiem, i po wsadzeniu jej sobie do ust, połknął ją w całości z charakterystycznym dźwiękiem przełykania.
- No nie wiem. – Powiedziałem i skrzywiłem się lekko przy tym.
- Tak! Są tacy! Ach, te koktajle ze szpików kostnych, no palce lizać! A potem na żywca potrafią wyrwać ci paznokieć, kapujesz!? Paznokieć!
Wpatrywałem się w niego z kwaśną miną.
- I potem biorą takiego i solą jak jakąś frytkę. TA! Tak robią, stary. Ha, ha! HA!
Zrobiło mi się słabo w żołądku i oparłem się o ladę.
- No… - Kontynuował. – Naprawdę tacy są. Gotowi zeżreć twoje jelito i ocenić je, jakby to było spaghetti czy inne wykwintne danie. nawet jak trup, to na grzejnik i mają cieplutkie jedzonko! I wiesz, zamiast jajek, wydłubią ci oko dłutem i wrzucą na patelnie…A CO! HA! Jajeczka sadzone! Ha, ha, ha!
- Czy ty… - Zacząłem. – Czy ty możesz już opuścić to miejsce?
- …ha, ha…I wielu jest takich, którzy uważają, że to wszystko bujda jest. Że to wszystko są…Ta…Kłamstwa! KŁAMSTWA, KŁAMSTWA, KŁAMSTWA!
Rozbolała mnie głowa. Kim on do cholery był…?
- KŁAMSTWA, HA! – Darł się wystawiając na wierzch swój szarawy jęzor. – Kłamią to oni w swoje żywe oczyska! I niech sobie nie wierzą, kiedyś jak zobaczą co taki potrafi, to może im wreszcie w łepetynie przeskoczy...Kark. HA, HA, HA!
„Pieprzony psychodel” – Pomyślałem.
- I widziałem kiedyś takiego, nie? Jak się dorwał do dzieciucha, to rozerwał od razu rękami…Ta…Nie pieprzył się z tym. Rączka po rączce, nóżka po nóżce, żeberko po żeberku, wątróbka i serduszko. PYSZNOŚĆI! HA, HA! Tu dzieciuch drze gardło, tam gość drze skórkę. HA, HA, HA!
I sięgnął po następnego robaka, którego tym razem pogryzł. Przyglądnąłem mu się uważniej i przyuważyłem, że z ucha wychodzi mu pająk.
- Dzieci… - Powiedział przeskakując przez ladę i chwytając za laskę. – Dzieci…Drażliwy temat, mówię ci! Wielu nie umie o tym gadać, jakby to był najgorszy rozdział ich żywota, choć wtedy najczęściej siedzieli na swoich opasłych czterech literach, robili w białe jak śnieg pieluszki i darły się jak zarzynane, żeby cały świat usłyszał : TATA! KUP MI TO!
Nie odezwałem się. Nie wiedziałem już – czy jest sens się odzywać, czy nie. Randall wyciągnął wtedy jeszcze jedną dżdżownicę z kieszeni i wessał ją jak makaron.
- A na takie dzieciuchy, to ludożer miał już pomysł! Wiesz jak się nazywa skośnooki wrzucony na wrzątek? Zupka chińska, Ha! A wiesz jak się nazywa rozpuszczony bach…? A nie, sorry, spaliłem…
- Co spaliłeś? – Zapytałem nie jarząc już zbyt wiele, bo łeb mi pękał od jego wrzasków.
- Bachora! Ha, ha, ha… - I tak śmiejąc się opuścił wreszcie sklep, a moje uszy wreszcie mogły odpocząć.
Przez dziesięć minut siedziałem oparty o ladę i zastanawiałem się o co tutaj chodzi. Nic z tego nie rozumiałem, ale za każdym razem, gdy próbowałem to rozumować – przeszywał mnie dreszcz. I bałem się, że z czasem zrozumiem.
I gdy myślałem, że to już koniec dzisiejszych idiotyzmów, że to koniec wysłuchiwania bzdur, że to koniec ze słuchaniem o rżniętych dzieciach – oczywiście musiała pojawić się ONA.
Po dzisiejszym dniu myślałem, że bodziec odpowiadający za zdziwienie będzie już nie do ruszenia.
Drzwi pchnęły się lekko i ledwo dałem radę ją ujrzeć, bo żarówki świeciły coraz gorzej, a ona wyglądała jak zjawa z czeluści żałości. Miała na sobie…Coś w rodzaju długiej, szarej góry z piżamy zasłaniającej całe ciało. Na szyi nosiła kołnierz weterynaryjny, na którym markerem napisane było imię „Hope”. Sunęła po podłodze, jakby latała, ale coś wydawało przy tym dziwne skrzypnięcia. Jej tłuste, brązowe włosy opadały na jej twarz. Zdawała się być jeszcze bledsza niż jej poprzednik.
Ale to, co miała na rękach tamtego dnia - biło wszelkie udziwnienia, kretyństwa, idiotyzmy, debilizmy, po prostu, cholera, wszystko!
Gdy sunęła do lady – wypatrzyłem, że trzyma na rękach nagie dziecko, paro miesięczne. Ale jego wzrok nie wydawał się być w żaden sposób obecny, jakby nigdy nie zdążył wejść do życia. Oczy były martwe i pozbawione blasku. Ale to jej chyba nie przeszkadzało.
- Kości skrzypią, gdy pod ziemię iść już pora, łamią się jak język kłamcy, starość zdrowa jest czy chora...? – Śpiewała zmęczonym głosem, sunąc dalej i ściskając dziecko w rękach. Wydawało się jednak dziwnie giętkie.
- Blade serca kruszą się, depczą po nich hipokryci, całe życie mądrzy byli, a dziś ziemią są pokryci…
Nie potrafiłem się ruszyć. Czułem się sparaliżowany.
Kobieta zaczynała śpiewać z coraz większą agresją.
- I nie wyjdą nigdy z próżni, czas się spóźnił, spust poluźnił, szyję ściska dłoń żałości. Mocno. Do wyplucia kości.
Po ostatnich słowach spojrzała na mnie, a jej włosy same odkryły jej twarz. Patrzyła na mnie nienawistnym wzrokiem. Jej twarz była okropnie pomarszczona, a gałki oczne czerwone.
- Do wyplucia kości. – Powtarzała. – Do WYPLUCIA KOŚCI. .
Stała przed ladą. Ściskała dziecko kurczowo i z taką siłą, że na podłogę powypadały mu jego oczy.
Dzieciak był okropnie giętki. Jakby był…bez kości.
Z niewiadomych mi przyczyn – w sklepie pojawił się silny podmuch wiatru, co podwinęło ubranie kobiety, i zobaczyłem, że kobieta sunie na wbitym w jej ciało zardzewiałym monocyklu. Wiatr przewrócił z półek większość przedmiotów, a ja sam złapałem się za głowę w celu jakiejkolwiek ochrony.
Gdy wiatr ustał, spojrzałem się w stronę kobiety, ale nie była już tylko z dzieckiem. Byli też moi byli goście. Narobili syfu, rzesz jasna ich cholera.
Na prawo od kobiety stał facet w kapeluszu, na lewo gość w białym podkoszulku. Zacząłem oddychać szybciej. Czułem brak kontroli nad czymkolwiek. Nie potrafiłem kontrolować już nawet samego siebie. Żałość zaczęła wyciekać mi nosem. Dosłownie. Z moich nozdrzy zaczęła wylatywać przezroczysta, zimna jak lód ciecz.
- Gdyby ktoś nie wiedział, pytał, jest przed nami hipokryta. - Zaczął gość z laską śmiejąc się szyderczo, a za raz po nim kobieta i mężczyzna. Wszyscy odzywali się raz po razie.
- Kłamca.
- Morder…
- Całym gniewem, całą gwardią dziś ściśniemy twoje gardło. Dziś poczujesz lęk, utratę, nade wszystko życia stratę. – Powiedziała kobieta.
- Kłamstw dostatek, prawdy zero, spłoniesz żywcem. Jak papieros. – Kontynuował gość w kapeluszu.
I po tych słowach – Randall chwycił mnie za kołnierz koszuli i wyrzucił poza ladę. Uderzyłem mocno o podłogę, i nie miałem sił, by wstać. Wszyscy zgromadzili się wokół mnie. Płyn nie przestawał cieknąć mi z nosa. Leżałem i zaczynałem się krztusić.
- Umrzesz krzycząc jak zgubiony, przyrzekać będziesz podczas agonii, ale my nie odpuścimy, ty skrzywdziłeś – my skrzywdzimy.
- Prawda kłamcy już nie dotrze, prawda twa jest paradoksem, stawia życia w niepewności, gnij w swych kłamstwach przez wieczności, przez wieczności gnij i top się…
Stary facet kucnął przy mnie i powiedział:
- Ogień rozerwie ci skórę, przepełniony będziesz dymem, lecz głównie żałością i bólem, nie będzie odwrotu, droga w jedną stronę. Przymusowe samobójstwo jest…
- NIEUNIKNIONE. – Powiedzieli jednocześnie.
I wszyscy na raz chwycili mnie za gardło i ścisnęli mocno. Do krztuszenia dochodziło jeszcze duszenie. Dla mnie to był koniec.
- Łykaj żałość…
- Haustem wypij…
- Ból dla ciebie jest jak chleb…
- Nic nie może…
- Być ratunkiem…
- Chcemy rozwalić twój łeb…
- Pęknie czaszka…
- Mózg wypłynie…
- Lecz twój ból nie będzie pościć…
- Będzie dążył…
- Do destrukcji…
- Aż do wyplucia kości.
- AŻ DO WYPLUCIA KOŚCI. – Powiedzieli jednocześnie.
Ściskali mnie tyrańsko mocno. Ich nienawiść na twarzy zdawała się również wyciekać. Jak moja żałość. Nie ograniczali się. A ja odpływałem.
I nagle…coś zaczęło się we mnie ruszać. I pchało w górę. W prawie każdej części ciała. I coś zbliżało mi się do żołądka. Zaczęło się.
Wypluwałem kości.
- AŻ DO WYPLUCIA KOŚĆI! – Darli się. – AŻ DO WYPLUCIA KOŚCI!
Obojczyk przeciskał mi się przez gardło, co również mnie dusiło i odpływałem, ale ktoś co chwilę uderzał mnie w twarz, co mnie budziło i czułem ból w gardle, gdy kości przeciskały się i wszystkie je wypluwałem. Najgorzej było w momencie – gdy miałem wypluć klatkę piersiową. Ciało mi się rozsadziło i poczułem, że mnie nie ma.
I gdy już odpłynąłem i czekałem na moment, gdy wejdę w nicość, otworzyłem oczy i odkryłem, że cały czas leżę na podłodze, z tym, że dookoła mnie nikogo już nie ma. Czułem, że nie mogę wstać. Nie byłem w stanie mówić. Ale moje ciało było całe. Przynajmniej od zewnątrz.
Przez mój brak możliwości wykonania czynności dostałem ataku złości. W pewnym momencie obie żarówki zostały zniszczone i z sufitu poleciało szkło. Leżałem na podłodze i nie mogłem nic zrobić. To właśnie przez to w skórę wbiło mi się parę kawałków szkła, a ja nie mogłem nawet wydać z siebie jęków, co było jeszcze bardziej bolesne.
I nagle znowu usłyszałem jakiś dźwięk, ale tym razem nie był to dźwięk tłuczonego szkła. To był włącznik światła. I rzeczywiście - kątem oka zobaczyłem jego poblask. Usłyszałem również jakieś szumy, jakby ktoś nastawiał radio.
- Zastanów się teraz i odpowiedz na moje pytanie. – Odezwał się znajomy głos czarnowłosego faceta z notatnikiem, który wydobywał się bezpośrednio z urządzenia – Żałujesz?
Nie mogłem mu odpowiedzieć. Nie potrafiłem. Nie umiałem. Miałem wrażenie, że wyplułem kości wraz z językiem.
- Wiesz, że nie jestem TU, tylko TAM. I nie musisz robić żadnej czynności wymagającej ruchu. Więc zapytam jeszcze raz. Żałujesz?
Nie miałem pojęcia. Może tak, może nie. Szczerze mówiąc, to do dzisiaj pewny nie jestem i nie wiem, czy kiedykolwiek pewny będę. To nie był interes warty funta, żeby tyle nad tym rozmyślać.
- Jeśli nie wiesz co mi odpowiedzieć, to zobaczymy jak będziesz zachowywać się teraz.
Radio znowu zaczęło się przestawiać i został nastawiony na jakąś stację, na której nadawano wiadomości. Od czasu do czasu głosy z radia przytłumiał trochę szum wydobywający się ze sprzętu.
- DZIEWIĘTNASTY LISTOPADA TYSIĄC DZIEWIĘĆSET SIEDEMDZIESIĄTEGO DZIEWIĄTEGO ROKU. Z OSTATNIEJ CHWILI – WŁAŚNIE ZOSTALIŚMY POINFORMOWANI POPRZEZ KRAJOWĄ POLICJĘ, ŻE ZMASAKROWANE CIAŁO LINCOLNA BUFF’A ZNALEZIONO PÓŹNĄ NOCĄ W KOMINIE PAŃSTWA SNUFF W MIEŚCIE BUXTON.
- CIAŁO ZOSTAŁO PRAWIE CAŁKOWICIE OBRANE Z MIĘSA, MORDERCA WRZUCIŁ DO KOMINA KRĘGOSŁUP WRAZ Z NIENARUSZONĄ GŁOWĄ 7-LETNIEGO LINCOLNA. CHARAKTERYSTYCZNĄ POSTAWĄ MORDERCY JEST FAKT, ŻE TAM GDZIE LEŻĄ ZWŁOKI OFIARY – NIEDALEKO SĄ RÓWNIEŻ SZTUĆCE – NÓŻ I WIDELEC POŁOŻONE PŁASKO OBOK SIEBIE, JAKBY MORDERCA BYŁ KONSUMENTEM I CHCIAŁ PRZEZ TO POWIEDZIEĆ, ŻE MOŻNA ZABRAĆ JEGO BRUDNY TALERZ. CZYŻBYŚMY MIELI JEDNAK DO CZYNIENIA Z MORDERCĄ-KANIBALEM? CO CIEKAWE – TAKI SAM ZABIEG ZASTOSOWAŁ PRZY 4-LETNIEJ DZIEWCZYNCE EDITH BROUDNER, KTÓREJ CZĘŚCI CIAŁA ZOSTAŁY ROZCIĘTE PIŁĄ DO DREWNA, I KTÓREJ KOŚCI POROZRZUCAŁ Z RÓWNIEŻ NIENARUSZONĄ GŁOWĄ PRZY JEJ ROWERZE. NA CHODNIKU, NA KTÓRYM MIEŚCIŁ SIĘ ROWER, POROZRZUCANE KOŚCI ORAZ GŁOWA – MIEŚCIŁA SIĘ RÓWNIEŻ NAPISANA KREDĄ WIADOMOŚĆ: „MAMO, TATO, NUDA MNIE ROZRYWA!”. WIADOMOŚĆ BYŁA NIEWĄTPLIWYM CIOSEM DLA JEJ RODZICÓW Z MIASTA LEEDS. ZARAZ OBOK WIADOMOŚCI POZOSTAWIONE BYŁY SZTUĆCE USTAWIONE W TEN SAM SPOSÓB, JAK PRZY INNYCH OFIARACH. DO OFIAR MORDERCY-KANIBALA NALEŻĄ RÓWNIEŻ BRACIA TOMMY I FRED HUNGTONOWIE. CHŁOPCY MIELI PO PIĘĆ I SZEŚĆ LAT. ZNALEZIONO ICH CIAŁA NABITE NA KIJE W JEDNYM Z LASÓW NIEDALEKO DZIELNICY BREGFIELDW MIEŚCIE BLACKPOOL. OBOK CIAŁ CHŁOPCÓW PONOWNIE ZOSTAWIŁ SZTUĆCE I TABLICZKĘ Z NAPISEM: FRED, TOMMY - DZIĘKI ZA SZASZŁYK.
CZY BĘDZIE WIĘCEJ OFIAR? CZY MORDERCZY KONSMUMENT NARESZCIE GDZIEŚ SIĘ POMYLI I ZOSTANIE ZŁAPANY? POLICJA NIE MA NAWET PODOBIZNY MORDER… - Pod koniec rozległ się głośny szum i nic więcej już nie usłyszałem. Leżałem sparaliżowany na podłodze i nie umiałem wykrztusić siebie choćby cienia myśli. Nic. Pustka. Jakby powoli ogarniała mnie obiecana mi próżnia.
- Więc? – Odezwał się znowu gość w okularach, tym razem słyszałem jego kroki. Podszedł do mnie i wpatrywał się. – Żałujesz?
Zmusiłem się wreszcie do działania.
- Po tych wszystkich latach pytasz się mnie dopiero teraz? – Pomyślałem.
- Pytałem się dużo wcześniej, mój drogi. Ale milczałeś. A teraz może wreszcie czegoś się od ciebie dowiem. Więc jak?
- Tak. Żałuję.
- Doprawdy? – Powiedział wytrzeszczając oczy.
- Tak. – Pomyślałem nieco rozżalonym tonem.
- Niesamowite! – Krzyknął podniecony i zaczął coś pisać w notesie.
- Żałuję. – Zacząłem. – Że nikt mi za to nie zapłacił…HA, HA, HA HA…
I gdy tak się śmiałem – czarnowłosy stanął przede mną z wielkim workiem. Trzymał go w prawej ręce, a w lewej też coś miał, ale nie dowidziałem co.
- Czy ty wiesz, co to jest? – Zapytał.
- Nie bardzo. – Pomyślałem.
Czarnowłosy rzucił obok mnie worek i zaczął czymś mnie oblewać.
To było paliwo.
- Co ty…Nie mów mi, że…
- Umrzesz z tym, co kochasz, mój drogi. – Odpowiedział mi oblewając przy tym worek. – Nie wmówisz mi, że coś jeszcze się dla ciebie liczy?
Nie mogłem się ruszyć, nie mogłem nic zrobić. Czarnowłosy wyjął zapalniczkę z kieszeni i podpalił worek.
- A teraz powiedz: Bywaj życie, bywajcie pieniążki!
Myślałem, że oczy wyjdą mi z czaszki.
- Czyli właściwie – bywajcie pieniążki. – Dopowiedział.
Poczułem, że zaczynam się palić. Potworny ból zaczął po mnie stąpać, a moje oczy wypłynęły. Paliłem się. I nie mogłem krzyczeć. Ale to nie było najgorsze.
Paliły się MOJE PIENIĄDZE. MÓJ ŻYCIOWY DOROBEK PŁONĄŁ, JEGO SMOLISTY ZAPACH WYPŁYWAŁ, A JA MIAŁEM GO JUŻ NIGDY NIE ODZYSKAĆ.
W TAMTYM MOMENCIE PIERWSZY RAZ ZDAŁEM SOBIE SPRAWĘ, JAK BOLI CIERPIENIE ZA COŚ, CO SIĘ KOCHA.
- NIEEEEEEEEEEEEEE! – Darłem się ostatkiem siły mózgu. – NIEEEEEEEEEEEEEE!

Obudziłem się. Rozejrzałem dookoła. Siedziałem na krześle za ladą. Popatrzyłem fiolkę z płynem i strzykawkę.
- Tak. – Powiedziałem uśmiechając się do siebie. – To działa. Tak…
Wstałem z krzesła i wydarłem się:
- AGONIUM DZIAŁA!
Pytania? Sugestie? Komentarze do pracy autora?
Zobacz też:
Ludzie to dziwne istoty. Boją się dziwnych, często wyimaginowanych rzeczy i zjawisk. Trzęsą się na myśl o duchach, zjawach, przesuwających się przedmiotach, potworach, a nie zauważają najbardziej niebezpiecznego zła czającego się tak blisko nich. Ludzi.

Człowiek to najgroźniejsza istota na ziemi. Może nawet na świecie. Zabija dla przyjemności. Krzywdzi dla...
Czytaj dalej
Strona Straszne-Historie.pl do poprawnego działania wykorzystuje pliki typu Cookies. Korzystając ze strony wyrażasz na to zgodę.
Jeśli lubisz takie rzeczy jak: horror, creepypasta, książki, filmy, gry komputerowe, opowiadania z gatunku horrory to Straszne-Historie.pl to strona dla Ciebie. Nasze opowiadania potrafią wciągnąć i przestraszyć lepiej niż filmy horror oraz książki grozy.