Strasznie polecamy
SPRZEDAWCA BÓLU - CZĘŚĆ TRZECIA
Dodane przez: timeisanillusion, 16.08.2016, 22:01
Część pierwsza: http://straszne-historie.pl/story/13595-SPRZEDAWCA-BOLU
Część druga: http://straszne-historie.pl/story/13611-SPRZEDAWCA-BOLU-SECOND-PART

Rok 1973, Korea Północna.


Śmierć w tym miejscu żyła bardziej od jakiegokolwiek życia. Było jej znacznie więcej niż istot ludzkich. Trudno uwierzyć, że naprawdę idzie tam coś zarobić, ale mimo wszystko trudniejszą sztuką było tu same przeżycie.
Zapach krwi i choroby był tlenem w miejscu, w którym zacząłem swoją karierę jako sprzedawca usług o tematyce bolesnej. W 1973 roku przybyłem tutaj, aby rozpocząć to, czym tak bardzo chciałem się zająć i co pilnie praktykowałem przez wcześniejsze lata życia. Wiedziałem, że nie będę jedynym człowiekiem proponującym takie usługi. Wtedy jednak zapomniałem o ważnej kwestii. Bardzo ważnej.
Każdy umie sprawiać ból.
Ludzie w tym państwie nie szukali fachowców, chyba, że poszukiwałby go sam Kim Ir Sen – władca tego syfu. I być może poszukiwał, ale trzeba przyznać, że w porę spakowałem walizki i zniknąłem po angielsku. To miejsce zostało namalowane krwią, z resztą bardzo gęstą i bardzo brudną . Ludzie potrafili sztachnąć cię nożem po twarzy lub innej części ciała i zażądać za to zapłaty. Jeśli spałeś na zewnątrz, to tylko z otwartymi oczami, zabijanie w trakcie snu było na początku dziennym. W tamtym czasie urzędowały tu również pojedyncze grupy kanibali, które zwykle nie gardziły i brały co się dało. Dzieci traktowane były przez nie jak przystawkę i jedzone były po sztuce na dwie osoby, dorosły osobnik był już całkowicie rozdzielany na daną grupę. Zdarzały się również akcje „na żywca”, których raczej tłumaczyć ci nie muszę. Dochodziło nieraz do zjadania niemowląt przez ich własną rodzinę. Ci ludzie żywili się śmiercią i dzięki niej żyli.
Były to dzielnice kompletnie nie pilnowane przez Północno-Koreański rząd.. Traktowali je jak inne państwo, jak inny świat, a społeczeństwo jak inny gatunek. Ale robili to do pewnego momentu.
Zaczynałem jako „wędkarz”. Tak nazywano w tamtych stronach handlarzy, którzy prowadzili swój sklep z buta. Od czegoś trzeba było zacząć. Trzeba było łowić okazję.
Każdego dnia przemierzałem pokryte przestrzenie pyłem, który sprowadzany był przez ten okropnie nieprzyjemny, koreański wiatr, którego najgorsze i najzimniejsze podmuchy przychodziły na wiosnę, powodował wtedy większy spadek temperatur niż w porze zimowej. Tak naprawdę był to okres najlepszy dla ludożerców, ponieważ wielu ludzi nie umiało tego przetrwać i po prostu zamarzali na kość.
Nie mam lepszego porównania, ale dla nich taki trup to jak dla Amerykanów mrożonka.
A kanibal wiedział jak rozmraża się żarcie.


Rok 1973, Korea Północna, dzień dziewiąty.

Od jednego z wędkarzy dowiedziałem się, że ludożercy robią sobie od czasu do czasu swój połów. Sześć dni wcześniej zdążyłem znaleźć sobie kryjówkę na tego typu przypadki. W tym miejscu nie były to żadne standardy, ale znalazłem mały grób położony niedaleko mieściny, w której oferowałem usługi.
W kryjówce nie brakowało mi towarzystwa – spałem z trzema trupami, których kości były brązowe od ziemi. Uchylałem grobowiec tak, by mieć dostatek tlenu, ale w razie nieproszonych gości zawsze przed pójściem spać przykrywałem się kośćmi i zasypywałem się ziemią. Trudno było przyzwyczaić mi się do odoru, który panował nie tylko w grobie, ale i w całej miejscówce. Codziennie ktoś zdychał, a rzadko kto go sprzątał, częściej ktoś go zżerał. Być może za pierwszym razem ktoś pomyślał o zbudowaniu grobu, ale później inny idiota stwierdził, że lepiej będzie po prostu wrzucić ich wszystkich do rzeki. Praca szybsza, mniej męcząca. Kanibal tym nie pogardził. Dla takiego smakosza woda z rzeki musiała być ambrozją.
Nie było przez to wielu miejsc, w których można było się umyć lub napić się wody – która przecież i tak była skażona.. Piłem więc głównie własnoręcznie wytworzony sok z selera, do dyspozycji był również olej w postaci ludzkiego tłuszczu, a w najlepszym przypadku dostawałem kwas chlebowy od jedynego w tamtym miejscu piekarza, którego wyroby robione były nie tylko z mąki zwykłej, ale i z mączki kostnej – te jednak były na zamówienie dla wiadomo kogo. Nie potrafiłem ustalić czy gdzieś w pobliżu istnieją pola rolne albo coś w owym rodzaju. Nie natknąłem się na to i naprawdę nie wiedziałem skąd ci ludzie mają te wszystkie warzywa. Nie sądzę jednak, aby rząd tracił na nich swoje pieniądze w tamtym czasie i komuś wysyłał jedzenie. Nie…To niemożliwe.
Pierwszego dnia napiłem się dziwnie rozcieńczonej, słodkiej cieczy zaproponowanej przez jednego z wędkarzy, który oprócz niej w zanadrzu miał również czekoladę podawaną w drewnianych miskach, przynajmniej tak wtedy od niego usłyszałem. Nazywany był przez ludzi „Sir Deser”. Twierdził on, że sprzedaje rzeczy potrzebne do polepszenia samopoczucia, owego dnia dostałem od niego szklankę płynu za darmo.
Jakiś czas potem (bodajże cztery dni później) zagadał do mnie inny Koreańczyk. Ubrany w czerwoną koszulę i potargane spodnie z jakiegoś białego materiału. Był prawie czarnoskóry. Od początku miał zmarszczone brwi. Za nim było jeszcze trzech innych gości mający ten sam wyraz twarzy. Wszystkie wyrażały kompletny brak nieufności, co było z resztą rozsądne.
Nie wiedziałem o co chodzi. Czy była to walka na wzrok czy inny rodzaj zabawy występujący w tych stronach, ale w razie czego wolałem nie spuszczać wzroku. Pozwoliłem sobie jednak mrugnąć od czasu do czasu.
Koreańczyk zrobił nagle krok do przodu i coś do mnie powiedział.
- Nie rozumiem. – Odpowiedziałem.
- Ach, więc ty jednak nie stąd! – Powiedział.
Gość był wyjątkowo bystry. Nie odpowiedziałem. Z Koreańczykami porozumiewałem się po angielsku, którego nauczyli się poprzez Irlandczyków będących czymś w rodzaju sojuszników dla Korei.
- Co tu szukasz? – Powiedział i wysunął dolną szczękę tak, że widoczne były jego długie, poprzekrzywiane, żółte jak żółć zęby. Następnie spojrzał na moją skrzynkę, którą trzymałem w ręce.
- Co tu…- Zaczął.
- Jestem dentystą. – Odpowiedziałem. – Uzdrawiam zęby.
Irytował mnie, w byciu dentystą miałem doświadczenie, a w tamtym momencie również wielką ochotę na wyrwanie komuś siekaczy.
- Tak? – Odpowiedział nie zmieniając wyrazu twarzy. – To się dobrze składać, bo mamy parę uby…ubytków. Kości twarde są, zęby bolą, ale człowiek ciało smaczne.
- Zapraszam więc teraz tam na róg. – Powiedziałem i wskazałem uliczkę, gdzie nie było wielu osób. – Tam mogę pomóc wam wszystkim.
Jego nieufny wzrok dalej mnie obserwował. Popatrzył po towarzyszach w celu wymienienia porozumiewawczych spojrzeń i znowu skierował na mnie oczy.
- Niech będą. – Powiedział. – Pierwsze zabiegi mam nadzieję darmo?
Gdy to wypowiadał - zauważyłem wyrastające na jego towarzyszach szydercze uśmieszki.
- Dla panów zawsze darmo. – Odpowiedziałem. – Zapraszam o tam.
I ruszyłem w stronę wskazanego wcześniej mejsca. Trzymałem mocno skrzynkę z narzędziami. Gdy dotarłem, spojrzałem na nich wszystkich i zapytałem:
- Kto na pierwszy ząb?
Popatrzyli po sobie. Zgromadzili się nagle dookoła siebie i zrobili coś w rodzaju wyliczanki. Ja w tym czasie szybko wyjąłem ze skrzynki potrzebne mi rzeczy, jednak zawahałem się przy wyciąganiu. Miałem lepszy pomysł. Schowałem to co wyciągnąłem i odczekałem jeszcze chwilę, po czym Koreańczyk zwrócił się do mnie:
- A coś, żeby bolało nie tak mocno?
- Oczywiście. – Odpowiedziałem. – Mam tu takcie coś.
Faceci zaczęli wyliczankę od nowa, a ja zacząłem szperać w skrzynce. Wyjąłem malutką buteleczkę i odczytałem nalepkę. Uśmiechnąłem się. Wiedziałem, że to się nada. Następnie wyjąłem nieco większą o tej samej nazwie. Sięgnąłem po strzykawkę i spojrzałem na nich.
Tak. Tacy smakosze jak oni zasługiwali na coś bardziej ciekawego niż jakieś tam wyrwanie zęba.
- Więc? – Zapytałem.
- Co to jest? – Zapytał podejrzliwie gość z krzywym uzębieniem.
- Dzięki temu mniej zaboli, tak jak chciałeś. – Odpowiedziałem. – Kto pierwszy?
- Nie. – Odezwał się znowu. – Pokaż, że to żaden trucizna..
Spojrzałem na niego i uniosłem brwi.
- W tej małej butelce jest znieczulenie, najlepsze jakie można znaleźć. Głupio je zużywać, jeśli nie jest się pacjentem. W tej większej również jest znieczulenie, jednak nieco słabsze. - Oznajmiłem. – A mięsko ludzkie smaczne, prawda?
Koreańczyk podniósł jedną brew.
- Ty też jesteś…
- Tak, oczywiście! – Odpowiedziałem z entuzjazmem.
Koreańczyk uśmiechnął się.
- Od razu tak trzeba. – Powiedział. – Rae, ty pierwszy!
Z trójki mężczyzn za krzywozębnym Koreańczykiem wyszedł najniższy z nich. Jego nieufność graniczyła jednak lekko z przerażeniem. Miał biały, poplamiony z krwi podkoszulek, a spodnie z tego samego materiału co jego przywódca. Na nogach i bosych stopach widniejące były paskudne blizny po oparzeniach – tak jakby już kiedyś miał zostać kiełbasą z ognia.
- Albo był materiałem… - Powiedziałem do siebie.
- To co? – Powiedział przywódca stada. – Robisz dentysta co trzeba?
Uśmiech go nie opuszczał, był naprawdę szczęśliwy z faktu, że nie tyle mogę mu pomóc, ale stwierdził w głębi swojego małego rozumku, że jesteśmy tacy sami.
Spojrzałem na pierwszy materiał.
- Otwórz usta. – Powiedziałem.
Materiał był posłuszny, może dziewiętnastoletni. W jego przypadku nie było aż takiej tragedii w kwestii koloru uzębienia, ale naliczyłem cztery obszerne dziury. I nagle coś wpadło mi do głowy.
- A nie myślisz, że…- Zwróciłem się do przywódcy. – Że lepiej by było, gdybym zaczął od ciebie? Dostaniesz najlepsze znieczulenie, a twoi towarzysze powinni być wtedy bardziej przychylni. Gwarantuję, że nie będzie tak bardzo bolało, a poza tym – masz moje słowo, że osobiście do was dołączę, jeśli tylko będziecie chcieli.
Koreańczyk zmierzył mnie wzrokiem. Jego uśmiech zniknął. Mój wyraz twarzy nie zmienił się i cały czas prezentowałem swój uśmiech wzbudzający zaufanie.
- Niech dobra. – Powiedział. – Ale ma nie boleć bardzo!
- Tak jak gwarantowałem. – Odpowiedziałem szczerząc zęby. – Popatrz na moje. Zero ubytków, sam o nie dbam.
Ostatnie zdanie poprawiło nieco samopoczucie przywódcy. Ponownie się uśmiechnął. Podszedł do mnie i otworzył usta. Napełniłem strzykawkę płynem. Spojrzałem na jego uzębienie. Oddech był koszmarny, ale mój nos powoli się przyzwyczajał do koreańskich specjałów.
Wbiłem igłę w dziąsło. Koreańczyk zdusił w sobie krzyk, ale nie ruszał się.
Zaufał mi.
Nie mogłem powstrzymać się od uśmieszku, ale żeby nie wzbudzić podejrzeń powiedziałem:
- Nie ma się o co bać. Dwie minuty i będzie po wszystkim. To najlepsze znieczulenie, jakiego bólu byś nie czuł, będzie słabszy niż ten bez znieczulenia.
- Yhyy…- Wykrztusił Koreańczyk.
Wyjąłem igłę z dziąsła i wrzuciłem strzykawkę z powrotem do skrzynki.
- Dobrze, a teraz zobaczymy co tam masz… - Powiedziałem.
Jego uzębienie było mocno poszkodowane, jakby ktoś uderzył go kiedyś w zęby młotkiem. Więc i nim należało zrobić poprawki.
Postanowiłem jeszcze raz skorzystać z jego daru bystrego umysłu.
- Nie jest tak źle. – Powiedziałem. – Dwa zęby i po krzyku.
- Prawda to? – Zapytał mnie z niedowierzaniem.
- Oczywiście. Nie ma absolutnie o co się martwić. – Zapewniłem go.
Popatrzyłem na nie. Wypatrzyłem dwa, wyglądające na najmniej tragiczne i najlepiej trzymające się. To ich miałem zamiar się pozbyć. Spojrzałem na skrzynię. Nie mogłem się oprzeć. Jak cierpieć to cierpieć.
Kucnąłem przy skrzynce i wyjąłem dwóch najlepszych przyjaciół dentysty.
Żelazny, spory młotek i mały gwóźdź – również żelazny.
Materiał spojrzał na mnie i moich „przyjaciół”. Złapał się odruchowo za szczękę.
- Nie! – Krzyczał do mnie przez zasłonięte ręką usta. – Nie tak! Inaczej! INACZEJ!
Popatrzyłem na niego i zrobiłem smutną minę.
- Inaczej się nie opłaca. – Powiedziałem. – To bolesny sposób, ale uwierz mi, że warto! Lepiej stracić w ten sposób zęba czy dwa, niż wykitować z głodu.
- Nie, nie… - Odpowiedział kręcąc głową. – Nie zgadzam ja!
- Zastanów się co tracisz. – Powiedziałem do niego. Moja twarz utrzymywała smutny wyraz, ale coś w środku mnie nie umiało przestać się śmiać. – To będzie chwila! Uwierz mi, że wyrywanie boli znacznie bardziej.
Materiał zmarszczył brwi. Popatrzył się jeszcze raz na rzeczy, które trzymam w rękach.
- Nie wierzyć ci! – Odpowiedział mi nadal nie zdejmując ręki z ust. – To zbyt wiele ból!
- Zastanów się. – Powiedziałem podchodząc do niego bliżej. – Wyrywanie trwa średnio minutę, ból jest rwący i nie ustępuje, a po wyrwaniu nadal boli dziąsło.
Materiał nie przestawał się wpatrywać w młotek.
- Jeśli wybierzesz drugą opcję, którą ci proponuję, to ból będzie owszem – nieco gorszy, ale potrwa niecałe 10 sekund i potem pozostanie już tylko ból dziąsła. No i pamiętaj –dostałeś najlepsze znieczulenie na rynku!
Materiał wpatrywał się jeszcze chwilę. Potem spojrzał na mnie i zdjął rękę z ust. Drżącymi ustami powiedział:
- R-r-robić.
Uśmiechnąłem się lekko do niego, w trakcie gdy całe moje wnętrze płakało a śmiech próbował się wyrwać mi z gardła, ale nie pozwoliłem mu. Wysiliłem się i powiedziałem z powagą:
- Mądra decyzja.
Materiał kiwnął głową i podszedł do mnie. Ponownie otworzył usta. Pierwszy ząb jaki miałem na oku był dwójką po prawej stronie u góry. Źrenice materiału zrobiły się bardzo duże i latały we wszystkie strony. Namierzyłem ostrym czubkiem gwoździa konkretny kieł.
Smacznego.
Uderzyłem młotkiem z odpowiednią siłą. Gwóźdź przebił się przez ząb samym czubkiem.
Z gardła materiału wydobył się ryk. Łzy pociekły mu z oczu jak woda z prysznica. Nawet ja się wtedy wzdrygnąłem. Byłem pewny, że ząb rozłupie się za pierwszym razem, ten jednak okazał się twardszy niż zakładałem i gwóźdź został w środku.
Przed drugim uderzeniem spojrzałem na chłopaka, który miał iść na pierwszy rzut. Jego oczy zrobiły się wielkie...Jak na Koreańczyka. Usta miał otwarte z przerażenia.
- Nie martw się, Rae. – Powiedziałem. – Wszystko jest pod kontrolą.
Następnie zwróciłem się do materiału:
- No i jak mój drogi? Aż tak nie boli, prawda? – Powiedziałem z uśmiechem.
I za raz po tym zdaniu łupnąłem drugi raz. Ząb się rozpadł, zostawił po sobie tylko mały kawałek u góry – w ten sposób nie dało się oczywiście pozbyć całego zęba.
O tym, że materiał nie kończył wrzeszczeć z potwornego bólu pewnie wspominać nie muszę. Krew powitała materiał swoim ciepłym strumykiem i musiałem poprosić jednego z jego chłopaków, aby ten oderwał kawałek swojego ubrania i wytarł krew.
- No, już dobrze. – Powiedziałem. – Jeszcze tylko jeden.
- JEDNA JESZCZE? – Wrzasnął materiał.
- Już ostatnia, nie bój się. Znieczulenie, które ci wstrzyknąłem wyleczy zęby o mniejszym zniszczeniu. Wszystko będzie dobrze. – I tym razem nie pogardziłem uśmiechem pełnym zaufania, moje oczy również zrobiły się zatroskane.
- D-Dhobraa… - Odpowiedział mi. Jego łzy się nie kończyły. Ledwo trzymał się na nogach.
Następnie miałem na oku szóstkę z lewej na dole szczęki. Ustawiłem gwóźdź pod takim kątem, aby był w stanie wbić się w ząb i przy odrobinie szczęścia dało się go w całości wyrwać siłą. W takim wypadku ból nie mógł być inny niż piekielny. Uśmiechnąłem się w duchu – „Ale czego nie robi się dla ukochanej czynności?”.
Uderzyłem mocno w gwóźdź, a ten przebił się przez szkliwo i resztę zęba, który był dużo miększy niż pierwszy ząb. Chwyciłem za gwóźdź rękami i zacząłem ciągnąć. Materiał darł się z bólu, a prawie każdy z jego towarzyszy miał zasłonięte usta i źrenice powiększone do podobnej wielkości. Pociągnąłem ostatni raz z całej siły.
Po wyrwaniu ostatniego zęba wydobył się ostatni wrzask. Wrzask przepełniony bólem. Materiał opadł na ziemię i złapał się za twarz rękami, jakby zastanawiał się, czy i jej mu nie wyrwałem.
- No, już po wszystkim. – Odpowiedziałem. – Teraz będziesz mógł jeść do woli! No, to kto następny? – Zwróciłem się z pytaniem do reszty ekipy materiału.
Po tym co tu zobaczyli wiedziałem, że wcale nie będą na to chętni i prędzej porzucą swoją ukochaną dietę, niż dadzą mi pozbyć się w ten sposób ich uzębienia.
Ale wiedziałem też coś innego. Byłem przekonany, że ich przywódca nie pozwoli na to, by on jako jedyny przeżył to straszne uczucie, i gdyby była konieczność – sam im by je wyrwał, choćby wszystkie były okazami bez jakichkolwiek ubytków.
Koreańczyk wstał z ziemi i spojrzał na nich. Zmarszczył brwi. Zaczął bełkotać coś do nich w ojczystym języku, co trochę mnie zaniepokoiło. Ale opanowałem się. Nie pozostało mi nic poza czekaniem.
Przywódca przez parę minut wykładał swoim towarzyszom, którzy ze zmartwionymi oczami w ciszy słuchali tego, co ma do powiedzenia. Gdy skończył – spuścili głowy w dół i ustawili się do mnie w kolejce.
Bingo.
Następnie Koreańczyk odwrócił się do mnie i powiedział:
- Dź-Dzięku…
- To drobiazg, nie przemęczaj się na razie rozmową.
- D-daj im twa znieczulenie. – Powiedział.
- Proszę? – Zapytałem w celu upewnienia. Uszy były jedynymi częściami ciała, którym nie do końca ufałem.
- D-daj…Znieczulenie…Słaby…
- Każdemu?
- Thaak…
Z trudem powstrzymałem wybuch śmiechu. W celu jego zduszenia celowo się rozkaszlałem.
Powiedziałem przywódcy, że chciałbym zobaczyć wcześniej każdego z facetów po kolei, przed jakimkolwiek zabiegiem. Zgodził się. Mimo wszystko był mi wdzięczny.
Obejrzenie każdego z materiałów było oczywiście bzdurą. To znaczy – nie robiłem tego, co przywódca myślał, że robię. Tak naprawdę patrząc na te wszystkie okropne jamy ustne, w środku każdego z nich wyśmiewałem. Ich paszcze nie różniły się niczym od serów szwajcarskich.
Nie było znaczenia jak wiele ubytków mają jego towarzysze. Ja miałem plan, a on mi ufał.
- Każdemu z was podam tę substancję. – Powiedziałem trzymając w ręku większą buteleczkę. - Z waszymi zębami jest prawie w porządku. Dzięki temu płynowi wasze zęby ozdrowieją w ciągu kilku dni i na dodatek nie trzeba nic wyrywać!
Na każdej z oglądanych przeze mnie twarzy rozbłysnął najbrzydszy uśmiech, jaki miała okazję oglądać matka Ziemia.
I gdy miałem już brać się za pierwszy materiał, przywódca odezwał się oburzonym głosem:
- Zaraz! M-mnie wyrywał, w-wybijał, a oni tylko igła? Dlaczego?
Podszedłem do niego i spojrzałem mu w oczy. Chciałem, by ujrzał w nich moją głęboko pałającą do niego przyjaźń i akceptację. Zacząłem szeptać mu do ucha:
- Jeśli będą mieli niecałkiem zdrowe zęby – to będziesz miał więcej mięsa dla siebie, bo ból będzie zbyt silny, by jeść tyle co zazwyczaj. To wszystko dla ciebie, mój drogi. Pamiętaj: Ludzkie mięso – smaczne mięso!
Spojrzał na mnie. Jego oczy promieniały radością.
Powróciłem do pracy i każdemu z Koreańczyków (poza przywódcą) podałem substancję.
Wszyscy mi podziękowali, a przed pożegnaniem przywódca odezwał się:
- Chcę dołączenie cię do t-ta grupa. Woo ucieszyć się na t-twój widok. No i zapłacimy ci dobry obiad!
Wzdrygnąłem się nieco. Udałem, że strzepuję z szyi robaka.
- Woo? To jeszcze jeden z twoich asystentów?
- To my jesteśmy jego asystent. Woo jest mistrz nasza grupa.
„Cholera! Więc jednak coś mi umknęło.” – Pomyślałem.
- Za bardzo mi ufasz. – Odpowiedziałem. – Poczekajcie lepiej wszyscy, aż substancja zacznie w pełni działać i wszyscy przyjdziecie do mnie ze zdrowymi zębami. To będzie najrozsądniejsze. A potem – zrobisz co uważasz. Będę gotowy, by do was dołączyć.
To wystarczyło. Koreańczyk jeszcze raz podziękował i wszyscy odeszli.
Tego samego dnia po skończonej pracy - przechadzałem się wieczorem po cichu przez brudne uliczki w celu złapania substancji z powietrza powodującej senność. Z małej, trochę bardziej zadbanej chatki usłyszałem cichy dźwięk otwieranych, zbudowanych z drewna drzwiczek. Pospiesznie ukryłem się za jedną z chat, bojąc się, że jeszcze dzisiaj będę kolacją przy świecach. Przysłuchiwałem się krokom, których odgłos zdawał się być coraz bliżej. Kucnąłem, aby jeszcze bardziej skryć się w ciemnościach.
Czekałem na jakiś znak, dzięki któremu będę wiedział, że jest bezpiecznie. Ale ktoś nagle stanął mi przed oczami. Zdawał się mnie jednak nie widzieć. Oświetlały go resztki mdłego blasku księżyca, dające zbyt małe światło, abym mógł dojrzeć kim był. Spod koszuli wyciągnął sobie plastikową butelkę i odkręcił ją. Porozglądał się, po czym opuścił spodnie. Do butelki pociekła ciecz. Po zakończeniu potrzeby fizjologicznej zakręcił butelkę i wsadził ją sobie z powrotem pod koszulę. Odczekałem aż usłyszę dźwięk zamykanych drzwi i ruszyłem dalej. Tamtego wieczora nie było już więcej takich sytuacji i mój puls był już całkiem stabilny – jak na jego poziom podczas przebywania w tym kraju.
Wybacz mi, że tak odbiegłem. Wracając do dnia dziewiątego:
Opuściłem grób wczesnym rankiem i rozpocząłem dzień od zjedzenia ćwiartki dziwnie pachnącej główki kapusty. Artykuły – rzekomo spożywcze – przechowywałem w skarpecie, którą następnie zawiązaną na supeł wrzucałem do grobowca, który posłużył mi za lodówkę.
Po zasunięciu grobowej płyty (którą stanowił wielki i płaski kawał kamienia) – udałem się do centrum (gdzie oczywiście działo się najwięcej i było to czymś w rodzaju targu) wraz ze skrzynką z narzędziami pracy. Oczywiście, nie byłem sam. Z tymi samymi usługami promowało się zawsze kilkanaście innych osób. To nie była konkurencja, tylko kwestia szczęścia.
Niewielu z nich dorobiło się swojego małego namiotu, w którym odbywała się praca i cała reszta – tak jak ja wtedy – biegali i wędkowali.
Zawsze szło mi nieco gorzej, bo nie miałem tych skośnych oczu, które dawały więcej zaufania. Do tego jeszcze za dobrze wykonany zabieg dentystyczny miałem dostać w zapłacie zupę z trupa. Zacząłem uświadamiać sobie w jakiej żenadzie przebywam i to jeszcze bardziej zaczęło mnie dołować. Po jakichś czterech godzinach łażenia i reklamowania własnych usług w pewnym momencie po prostu usiadłem i oparłem się o wysoki mur. Spojrzałem na resztę handlarzy. Do nich co chwilę ktoś podchodził z materiałami, raz związanymi, raz po prostu targanymi siłą. Każdego dnia słyszałem wrzaski – to osób dorosłych, to małych dzieci. Raz miałem okazję zobaczyć, jak matka idzie z niemowlęciem do jednego z namiotów, po czym po paru sekundach wyszła bez niego. Samochód też czasem trzeba zostawić u mechanika.
Wpatrywałem się w brudne od ziemi moje nagie stopy. Krople potu ścigały się po mojej twarzy. Gdy tu dotarłem – trwała pora letnia. Było potwornie gorąco, pył nie opuszczał tego miejsca, za to zaniknął wiatr.
Oparłem głowę o mur i zamknąłem na chwilę oczy. Ale nie na długo, bo zaraz ktoś zaczął klepać mnie po policzku. Okazało się, że to pan deserowy. Trzymał coś w ręce, ale nie przyjrzałem się temu zbyt uważnie, bo dostałem chwilowych mroczków.
- Coś nie tak? – Zapytałem go podnosząc głowę.
- Pan wygląda na markotny. – Powiedział przyglądając mi się. – Napij się pan dla ochłoda, gorąco dzisiaj, pięty pieką!
- Tak, tak… - Odpowiedziałem i wziąłem od niego szklankę z substancją mającą pomóc mi powrócić do życia i patrząc w kierunku „rynku” pociągnąłem łyk rozcieńczonej, słodkiej substancji. Upiłem do połowy, odchrząknąłem i spojrzałem na faceta.
- I jaka? – Zapytał z uśmiechem. – Lepij?
- Tak. – Odpowiedziałem szczerze. – Tego mi było trzeba!
Przyjrzałem mu się uważniej. Co on miał w tej ręce?
Butelkę. To była TA butelka.
Zrobiło mi się słabo. Żołądek podskoczył. Zwymiotowałem sobie na stopy.
- Aj! – Krzyknął Koreańczyk. – Pan chory? Pan napije się jeszcze!
Spojrzałem na niego. Chciałem wyrwać mu jego fabrykę dobrego samopoczucia.
Wyrzuciłem szklankę przed siebie. Odbiła się od ziemi, ale nie potłukła.
- Zjeżdżaj stąd. – Powiedziałem. – Cuchnie od ciebie jakąś spalenizną!
Koreańczyk wytężył na mnie oczy.
- Ale to nie ja! – Powiedział. – Mówiłem, że pięty pieką. O tam!
Spojrzałem w stronę, którą wskazał mi palcem. Gdzieś stamtąd unosił się dym.
- Co to jest do cholery? – Powiedziałem do siebie. – Kanibal Barbecue?
Wstałem i odszedłem od Koreańczyka. Uświadomienie sobie z czego musiał robić swoją czekoladę dodało mi dodatkowych, jeszcze silniejszych mdłości, ale organizm nie miał już czym wymiotować.
Zacząłem szukać drzewa. Nie byłem pewny, czy jakiekolwiek rosną gdzieś w tej mieścinie. Ale po chwili jedno znalazłem – zerwałem parę liści i wytarłem sobie stopy. Przypomniało mi się, że zostawiłem pod murem moją skrzynkę z narzędziami. Nie miałem czasu do stracenia, musiałem ją odzyskać, jeśli ktoś miał czelność mi ją odebrać. A byłem pewien, że ktoś taki był.
Biegnąc po swoją najwartościowszą rzecz mijałem wielu umierających na jakąś chorobę. Wszyscy płakali i czołgali się do ziemi w moim kierunku, rozpacz rosła w nich z sekundy na sekundę. Paplali coś po swoim języku, pewnie perfidnie żądając pomocy od zarobionego chłopa. Przyjrzałem się im wszystkim. Każdy, co do jednego - był chory na trąd.
Ten fakt dodał mi szybkości.
Wbiegłem na rynek i podbiegłem pod mur. Skrzynka niepojętym dla mnie cudem stała tak jak wcześniej. Ale czy nic z jej nie ubyło?
Otworzyłem skrzynię, aby sprawdzić jej zawartość, wcześniej jeszcze wyrzucając z niej połowę butelki ze słodzonym moczem, którą zostawił dla mnie wiadomo kto. Po paru minutach sprawdzania okazało się, że nic mi nie umknęło. Odetchnąłem z ulgą.
Wstałem i rozejrzałem się po rynku. Tkwiły tam trzy namioty, każdy zbudowany z ciemnych, drewnianych palików i beżowego płótna. Z tym, że jeden z nich wyglądał na nieco opustoszały. W moim mózgu pojawiła się nadzieja, że może jest opuszczony, i że będę mógł z niego skorzystać w celach zarobkowych. Wziąłem moją skrzynkę do ręki i wolnym krokiem powędrowałem w kierunku namiotu.
Przechodząc przez całe targowisko zaczepiał mnie każdy. Kto tylko mnie zobaczył – od razu korzystał z okazji. W ten sposób pięćdziesiąt metrów przeszedłem w dziesięć minut. Ludzie mieli porozstawiane swoje kosze z owocami, warzywami i innym żarciem. Co chwile wpadała na mnie jakaś kura, a było ich wiele. Jeden ze sprzedawców miał rozłożony swój własny stół. Gdy przechodziłem obok niego, to akurat jedną z nich zarzynał i zaproponował mi wymianę skrzynki za kurze udko. Uprzejmie podziękowałem.
Te zwierzęta były okropnie chude, wiele z nich zostało oskubanych z pierza, czasem były bez skrzydeł. Ludzie lubią się bawić.
Ale skąd one się tam wzięły?
Do kur dołączało również wszelkiego rodzaju robactwo, gdy w prawej ręce trzymałem skrzynkę -lewą odganiałem muchy i inne paskudztwa. Po ziemi biegały nieraz jakieś chude pająki, które czasem były dodatkiem do zakupionego przez ciebie żarcia, jeśli akurat wtedy przebywał na owym produkcie, a jeśli już przebywał, to Koreańczyk podwyższał cenę zakupu, bo kupowałeś produkt z pająkiem. W tym miejscu ludzie generalnie wymieniali się przedmiotami, dopóki Koreański rząd nie zainteresował się tymi ludźmi i nie stworzył dla nich waluty, ważnej jedynie w tamtym miejscu. To jednak stało się nieco później.
Gdy dotarłem do namiotu – przystanąłem i wsadziłem głowę do środka, w którym pachniało kurzem i tytoniem. Rozejrzałem się, i gdy upewniłem się, że nikogo nie ma – ostrożnie ruszyłem jedną nogą do przodu. Czułem się, jakbym przechodził przez pole minowe. W środku namiotu był stół i dwa krzesła. Na stole leżał brudny z krwi nóż, tarka do warzyw i młotek. To było wszystko co wtedy zastałem. Postawiłem skrzynkę w środku.
Harmider na zewnątrz był okropnie głośny. Wyszedłem na zewnątrz, by zobaczyć, czy coś się nie stało, jednak, gdy tylko wychyliłem głowę z namiotu – prawie zderzyłem się z muskularnym, właściwie czarnym Koreańczykiem. Miał czarne włosy wystrzyżone w pasek jadący przez środek głowy. Zmarszczonym, czarnym brwiom towarzyszyły oczy przeszywające wszystko co widziały jak laser.
Ja również stałem i wpatrywałem się w niego. Podrapałem się po nosie i zrobiłem pytającą minę rozkładając przy tym ręce. I to był błąd.
Dostałem mocny cios w splot słoneczny, zgiąłem się, a kolano Koreańczyka poszybowało w górę i uderzyło mnie w nos, który rozkwasił się i myślałem, że już nic z niego nie zostało. Na sam koniec facet przełożył mnie przez ramię i wylądowałem z powrotem w namiocie. Przytrzymał mnie nogą na klatce piersiowej, a lewą ręką chwycił za nóż. Zaczął rozdzierać mi nim koszulę. Po pierwszych dwóch uderzeniach byłem ledwo przytomny, a na oczach miałem czarne plamki, więc gdy zdałem sobie sprawę z tego co się dzieje – miałem już po koszuli, a zaraz miałem nie mieć również spodni, na których obecnie skupiony był czarny sadysta.
Wiele nas łączyło, ale musiałem przerwać jego zabawę.
Do mojej głowy najszybciej przyszedł pomysł dezorientacji (czy też zwrócenia uwagi), który mimo wszystko połączył się z drugim pomysłem, na który wpadłem. Spojrzałem do tyłu. Krzesło było w zasięgu rąk. Chwyciłem szybko za przednie nogi krzesła i w momencie zamachu wydarłem się na cały regulator:
- MANCHASTER UNITED!
W momencie mojego wrzasku Koreańczyk skierował głowę w moją stronę. Uderzyłem faceta w łeb. Zachwiał się i prawie upadł. Skorzystałem z okazji i szybko wstałem kradnąc po drodze młotek ze stołu. Stałem w gotowości z młotkiem w prawej ręce. Na głowie Koreańczyka widać było pozostałość po uderzeniu. Miał twarz pełną nienawiści.
- Odłóż to! – Krzyknął. – ODŁÓŻ TO!
Nie miałem zamiaru spełniać jego zachcianek, bo właśnie z jego winy straciłem jedyną koszulę. Stałem w milczeniu gotowy zadać cios. Koreańczyk nie ruszył się z miejsca. Krew leciała mi z nosa prawie hektolitrami. Zdjąłem rozerwane ubranie i przyłożyłem je sobie lewą ręką do nosa, będąc przy tym cały czas w gotowości na atak.
Koreańczyk zrobił szybki krok do przodu. Skorzystałem z sytuacji i rzuciłem zakrwawioną koszulę w jego twarz, zaraz po tym uderzyłem młotkiem w jego prawe żebro. Krzyknął i upadł na ziemię upuszczając przy tym nóż, po który szybko się schyliłem. Facet leżał i jęczał z bólu. Miał na sobie czarny podkoszulek, który rozerwałem nożem na ramionach, zabrałem go i nim tamowałem krwawienie. Następnie wbiłem mu nóż w serdeczny palec u prawej ręki i przytrzymałem obie ręce prawą ręką i lewą nogą Prawym kolanem przygniotłem mu brzuch.
Wrzasnął i spojrzał na mnie, ale jego wzrok nie był błagalny.
- Kim jesteś? – Zapytałem uprzejmie.
Nawet nie silił się na odpowiedź. Wpatrzony we mnie wytrzymywał ból zaciskając przy tym zęby.
Powtórzyłem pytanie. Znowu bez skutku.
Chciał to miał.
Położyłem podkoszulek na bok i chwyciłem za nóż, poczym zacząłem pchać go w przód. Skóra i mięso rozcinały się, a Koreańczyk wrzeszczał.
- DOŚĆ! – Krzyknął. – DOŚĆ!
- Odpowiesz mi jak się nazywasz?
- Ja…Ja…
Nie to nie. Wyjąłem nóż z palca i rozciąłem mu błonę skórną między wskazującym a środkowym palcem. Wrzaskom nie było końca, ale przecież to nie była moja wina. Kultura zobowiązuje do tego, aby się przedstawić.
- Więc? To imię jest za trudne?
Powtórnie nie dostałem odpowiedzi, więc pokierowałem ostrze noża w kierunku nosa.
- NIE! – Wrzasnął! – JUŻ MÓWIĘ!
Zatrzymałem się z ostrzem w miejscu w powietrzu. Koreańczyk próbował się opanować, po czym po paru sekundach próby wyrównania oddechu powiedział:
- Ig...
Uniosłem brwi.
- Igr… - Kontynuował.
- Igrek? – Dopowiedziałem.
Wytarłem nóż o koszulę Koreańczyka i celowałem w jego gardło.
- Igrek…
- Dobrze. – Odpowiedziałem. – Mów mi Iks.
- Dobrze…- Wydyszał.
Powoli zacząłem wstawać, nie przestając przy tym celować nożem w mojego czarnego sadystę.
- Możesz wstać? – Zapytałem, poczym przyłożyłem sobie podkoszulek z powrotem do nosa. Przy okazji usiadłem na krześle przy stole.
Nie odpowiedział. Próbował się dźwignąć na jednej ręce i po paru próbach udało mu się. Gdy wstał – przysunąłem mu krzesło. Spojrzał na mnie i kiwnął głową co miało oznaczać podziękowanie.
- Dlaczego to zrobiłeś?
Nie odpowiedział. Jego wzrok skupiony był na zranionej ręce. Ale nie mogłem w tej chwili pozwolić sobie na więcej współczucia. Koreańczyk syczał i stękał z bólu. Ledwo to wytrzymywał.
- Dlaczego? – Spytałem drugi raz.
Syczał jeszcze przez chwilę, po czym spojrzał na mnie.
- A ty byś nie zrobił?
Słusznie zadał to pytanie. Jestem pewny, że gdyby dziś ktoś otworzył sobie drzwi mojego sklepu i łaziłby sobie od tak po jego wnętrzu – pewnie skończyłby na „kociej łapce”. Chociaż właściwie…Tak bez zapłaty?
Westchnąłem zrezygnowany. Ustąpiłem mojemu miękkiemu sercu i rzuciłem mu podkoszulek, aby owinął nim swoją rękę, która mocno krwawiła. Krwotok z nosa ustąpił, a moja twarz była uwalona czerwienią.
- Pracujesz tutaj? – Zapytałem.
Kiwnął głową.
- Jak długo?
- Pół roku. – Odpowiedział. – To, co zobaczyłeś na stole nie jest wszystkim co posiadam. Mam tego znacznie więcej w swoim magazynie.
Zainteresowałem się. Bratnia dusza czy jednak konkurencja?
- Nieźle mnie załatwiłeś. – Powiedział. – Chyba masz w tej dziedzinie doświadczenie?
- Studiowałem ten zawód. – Odpowiedziałem. – Ale to co ja zrobiłem mógł ci zrobić każdy inny człowiek.
- Każdy inny człowiek mógł nie wiedzieć, w których miejscach ból jest najokropniejszy i najwyższy w skali.
To nie był żółtodziób. I z całą pewnością był bystrzejszy niż krzywozębny przywódca.
- Zgadza się. – Odpowiedziałem. – Chyba również nie należysz do zielonych w tej kwestii?
Wyglądał jakby się zastanawiał. Cały czas syczał z bólu.
- Zaczekaj. – Odpowiedziałem. – Przede wszystkim muszę ci tam polać spirytus.
- Tak szybko chcesz mnie spić? – Zapytał z uśmiechem. – To rzeczywiście złagodziłoby ból.
Uśmiechnąłem się lekko i sięgnąłem do skrzynki w poszukiwaniu piersiówki, w której trzymałem ową substancję. Podszedłem do Igreka i chlusnąłem mu zdrowo w zranione miejsca.
- Jasna cholera… - Wysapał.
Zakręciłem piersiówkę i wrzuciłem ją do skrzynki. Ponownie usiadłem na krześle.
- Więc? – Znowu zapytałem. – Jak z tobą w tym temacie?
- Mam całkiem szerokie doświadczenie. – Zaczął. – Jako dziecko mnie tutaj nie było. Jestem Japończykiem.
- Wybacz. Zupełnie nie widzę różnicy.
Uśmiechnął się.
- A komu chce się mierzyć szerokość małżowiny usznej? Po tym podobno idzie rozpoznać narodowość wszystkich skośnookich. Choć nie mam pojęcia jak to działa. – Odpowiedział.
Parsknąłem śmiechem.
- Jest tu niebezpiecznie, o czym sam się przekonałeś. Dlatego warto znaleźć sobie jakichś sprzymierzeńców. To coś, czego prawie nie doświadczyłem w trakcie życia w rodzinnym kraju. – Powiedział.
- Jak wyglądało wtedy twoje życie? – Zapytałem.
- Mieszkałem z rodzicami. – Kontynuował. - Jestem jedynakiem. Mój ojciec późno wracał z pracy, czasem nie widziałem go nawet tygodniami. Jego szef wymagał od niego kolosalnych rzeczy. Pewnego dnia ojciec wrócił blady z roboty. Nie widziałem go trzy tygodnie. Powiedział, że zrealizował kontrakt z jakąś wielką i bardzo znaną firmą ze Szwecji. Jego nocleg był w Niemczech. Więc każdego dnia musiał wstawać po czterogodzinnym śnie, zebrać się i biec na samolot do Szwecji, aby móc kontynuować konsultację z szefem firmy. Wszystko robił sam. Był jeden.
Siedziałem i słuchałem cierpliwie. Co rzadko mi się zdarzało.
- Szef owej szwedzkiej firmy był podobno bardzo niepewny i oczywiście robił wszystko tak, by wyszło tylko na jego korzyść. Jednak przez jego warunki firma, w której pracował mój ojciec jedynie by traciła, a nic nie zyskiwała. Dlatego siedział aż trzy tygodnie i latał dzień w dzień, aby zmienić warunki kontraktu tak, żeby pasowało jednej i drugiej firmie. A gdy wreszcie mu się udało – poleciał z powrotem do Japonii, aby zdać relację szefowi.
- I jak to się skończyło? – Zapytałem.
- Jego szef stwierdził, że w takim tempie w jakim on realizował kontrakt, połowa innych ludzi z jego firmy zdążyła by podpisać kontrakty z całą Ameryką. Mój ojciec był zrozpaczony. Okropnie cierpiał.
- Wywalili go na pysk? – Zapytałem marszcząc brwi.
- Wtedy zabiłbym jego szefa.
- To co on zrobił?
Spojrzał na mnie z oczami pełnymi wściekłości. Mówił jednak całkiem spokojnie.
- Jego szef nie wyrzucił go, za to w jakiś sposób go jednak udupił. Dał mu trzy opcje: Albo poleci do Szwecji jeszcze raz i podpisze kontrakt z pięcioma innymi firmami (na co dał mu tydzień czasu), albo może wrócić na stanowisko stażysty. A na trzeciej opcji było po prostu pakowanie walizek.
- Co zrobił twój ojciec?
- Zabił się.
Przełknąłem głośno ślinę. Nie sądziłem, że jest ktoś w stanie spowodować tyle bólu. Ale wróciłem szybko na ziemię i zdałem sobie sprawę, że jeszcze istnieję.
- To było dla niego za dużo. Byłem wtedy całkiem mały i nie miałem pojęcia co się stało. Za to moja matka nie bawiła się w bajki o wypadkach samochodowych, tylko powiedziała co i jak było. Powtórzyła mi wszystko jeszcze raz piętnaście lat później, gdy miałem dwadzieścia dwa lata. Mój ojciec nie zabił się od razu. Oczywiście wpadł w depresję, po jakimś czasie walnęli go do psychiatryka ze względu na jego dziwne zachowanie. Matka opowiadała mi kiedyś, że weszła do sypialni i zobaczyła jak robi lampiony z powieszonych na sznurach kotów wygrzebując z nich wnętrzności i wrażając im żarówki do środka.
„Cholera, ja też to robiłem!” – Pomyślałem.
- Zwolnili go po roku ze szpitala twierdząc, że już jest w porządku. Ale nie było. Minął tydzień i znaleźli mojego ojca na dachu mojego bloku mieszkalnego.
- Jak się zabił? – Zapytałem.
- Mój ojciec wiedział na ten temat więcej niż sądziłem. Niewykluczone, że przez cały pobyt w szpitalu myślał jak odebrać sobie życie. Nie myślał jednak o bezbolesnym wyborze. Wybrał sposób najbardziej bolesny, dający jednak najwięcej doświadczeń przed śmiercią. Nie studiowałem zawodu, w którym obecnie siedzę, dlatego może ty będziesz wiedział czy ma to konkretną nazwę.
Przytaknąłem i słuchałem uważnie.
- Z tego co ustaliłem – to zabijał się powoli przez tydzień. Sposób, w jaki mój ojciec odebrał sobie życie zaczyna się od przebicia sobie bębenków drutem kolczastym, lub innym narzędziem. Mój ojciec użył wiertarki i długiej, cienkiej śrubki. Potem należy…
- Odciąć sobie język. – Przerwałem mu. – Tego samego dnia poćwiartować i połknąć. Następnego dnia pozbyć się wszystkich zębów. Później – w przypadku mężczyzny odciąć sobie przyrodzenie. W przypadku kobiety dochodzi do wycięcia biustu. Następnie należy złamać sobie przynajmniej jedną kończynę, ale jeśli chce się dojść do pełnej „mocy” bólu, lepiej jest złamać obydwie w ciągu jednego dnia. Oczywiście wtedy najlepiej jest zająć się rękami. Bo najtrudniej jest wtedy wydłubać sobie oczy i podciąć żyły. Rzadko jednak ludzie dochodzą do ostatnich faz. Chodzi o to, aby przeżyć najgorsze momenty psychicznego i fizycznego bólu. Twojemu ojcu udało się dokonać wszystkiego?
- Tak. – Odpowiedział. – Co do ostatniego punktu. Czy to ma konkretną nazwę?
- To się nazywa „42”. Siedem dni, o których mowa noszą nazywane są „Siedmioma dniami z piekła”, a szóstka jest cyfrą Szatana. Te cyfry pomnożone przez siebie dają liczbę czterdzieści dwa.
Spojrzał na mnie zaciekawionymi oczami.
- Osobiście nigdy nie próbowałem robić tego zabiegu. Moja praca na tym nie polega, chyba, że usunąłbym ostatnią fazę. – Powiedziałem.
Igrek zmarszczył brwi.
- Czy ty dopadłeś tego człowieka?
Zamilknął na chwilę, po czym wziął oddech i patrząc w moją stronę oznajmił:
- Tak.
- Nie zabiłeś go?
- Tak.
- Jak to zrobiłeś?
- Zrobiłem mu to, co ojciec zrobił samemu sobie.
Wytrzeszczyłem oczy.
- Zrobiłeś to wszystko...Ale bez ostatniej fazy?
- Działałem przez sześć dni po kolei. Chciałem, żeby poczuł ból uczucia, gdy wszystko się traci. Połamałem mu jednak nogi.
Nachyliłem się do niego.
- Jak udało ci się to zrobić w odstępie?
- Po tych piętnastu latach dalej był szefem swojej firmy i nie mógł od tak przestać chodzić do biura. Ale nie mogłem zacząć po kolei. To byłoby zbyt ryzykowne.
- Więc jak to zrobiłeś?
Przełknął ślinę i zaczął mówić:
- Byłem i chirurgiem zwykłym i chirurgiem plastycznym.
Otworzyłem usta ze zdumienia.
- Pracowałem w najlepszym szpitalu w Tokio, wiedziałem więc, że gdy przystąpię do fazy pierwszej – będzie szukał najlepszego szpitala i trafi do mnie. Ustaliłem, że gość ani nie był żonaty, ani nie miał dzieci.Miałem więc uproszczone zadanie.W pierwszej kolejności należało pozbyć się przyrodzenia.
- Jak tego dokonałeś? – Zapytałem zaciekawiony.
- To było najtrudniejsze zadanie. Przede wszystkim – musiałem wedrzeć się do jego domu, który – choć właściciel był przecież całkiem niezłym szychą – nie był super zabezpieczony. Na początku chciałem spróbować z mechanizmem, który zgilotynowałby jego przyrodzenie przy określonej czynności – to jednak zadanie okazało się zbyt trudne do zrealizowania. W jego domu znalazłem za to coś, co mogło to spowodować i nie trzeba było bawić się w takie rzeczy.
- Co odkryłeś?
- Że facet ma problemy z oddawaniem moczu. W jego łazience na toaletce znalazłem dwa cewniki Skradłem mu oba , aby zrobić to, co należało.
- To znaczy? – Zmarszczyłem brwi. Facet wydawał się być naprawdę inteligentną maszyną.
- Dowiedziałem się, że istnieje handlarz hodujący gady, ssaki, owady i inne paskudztwa. Wysłałem mu zamówienie na cztery kleszcze. Każdy o długości milimetra. Oczywiście po to, by nie było widoczne. Dostałem zamówienie po pięciu dniach dniach.
- Dużo dałeś?
- Jak na takie małe skurczysyny? Całkiem sporo, ale wszystko ma swoją cenę. Nie było tak trudno włożyć je do cewnika. No i musiałem jakoś zamknąć wejście między rurką a zbiornikiem na mocz.
Uniosłem brwi. Igrek uśmiechnął się.
- Pamiętaj, że byłem chirurgiem plastycznym. Takie rzeczy są dla mnie proste jak…
- Wrzucenie trupa w piach. – Dokończyłem.
- Dokładnie. Stworzyłem także malutkie zamknięcia na górze z dziurką w środku, aby mogły swobodnie oddychać. Wsadziłem po dwa kleszcze na cewnik i zaniosłem do jego domu. Z całą pewnością ich szukał, dlatego położyłem je w innym pokoju dla niepoznaki. Na zamknięcia, które stworzyłem pewnie nawet nie mrugnął. Wszystko więc poszło zgodnie z planem.
- Dorwały go?
- Oczywiście. – Odpowiedział. – Gatunek kleszczy, który dostałem był bardzo żarłoczny na krew. Odessały więc swój pokarm z tkanek żywiciela. A wiesz co one powodują?
- Prowadzą do paraliżu poprzez neurotoksyny. Czy on…
- Tak. Zaczął się dusić. Ale zdążył zadzwonić na pogotowie. Oczywiście – zanim wyjaśnił jak to się stało – kleszcze już sobie solidnie pożerowały. Przyjechał do szpitala i ratowali jego oddech. Podłączyli go pod respirator, poczym zaczęli obmyślać co może być przyczyną. Żeby wyłapać o co chodzi nie należało się długo zastanawiać, oddychanie to prosta sprawa. Jednak, gdy odkryli co go tak urządziło, i gdzie się podziewało – skierowali go od razu do mnie. Diagnostycy z mojego szpitala panicznie bali się popełnić błąd, żeby nie stracić posadzki. Mnie oczywiście było wszystko jedno. Powiedziałem tym ludziom, że sprawa jest poważniejsza niż im się wydaje, i że bez amputacji może już jechać na respiratorze do końca życia.
- Uwierzyli ci? – Powiedziałem śmiejąc się.
- Stary, Japończycy to idioci względem ich zaufania do samych siebie. Nawet nie pytali mnie o powód. Poza tym – w moim kraju po prostu ratuje się życia, to nie jest Ameryka, gdzie pacjent może na pewne rzeczy nie zezwolić. W ten sposób zakończyłem fazę pierwszą.
- Co potem się stało?
- Potem już po kolei: Po amputacji facet oczywiście prosił mnie o jakąś protezę, choćby sztuczną.
Zgodziłem się i poinformowałem przy okazji szpital, że zabieg jest bardzo trudny do wykonania, i że wezmę pacjenta do siebie dla większego skupienia. Zgodzili się i pojechałem z szefunciem do mojego mieszkania, gdzie zamontowałem go na łóżku w piwniczce. A potem już z górki: Język – żeby przestał gderać, nogi – żeby przestał próbować się ruszać, zęby – bo ojciec nie znosił jego uśmieszku, uszy – przedostatnie, żeby usłyszał kim jestem, oczy – ostatnie, żebym był ostatnim obrazem jakiego doświadczył.
- Co z nim zrobiłeś później?
- Pewnej nocy obwiązałem go sznurem i zakleiłem jadaczkę taśmą klejącą – co nie miało większego sensu, ale jednak mógł być przez to ciszej, a policjant, który odklejał usta musiał się całkiem zszokować. Udałem się z tym gościem na dach jakiegoś bloku mieszkalnego i tam zostawiłem.
- I to wszystko? Nie złapali cię?
- Reszta to dłuższa historia.
Kiwnąłem głową. Byłem pod niepokojącym wrażeniem. Nigdy nie sądziłem, że będę na tyle odważny, żeby to zrobić:
- Zechcesz zostać moim uczniem-pomocnikiem?
- Uczniem? – Zapytał unosząc brwi. – Pomocnikiem?
- Tak. Ale jako, że masz w tym już jakieś doświadczenie, od razu przejdziemy do testów. – Powiedziałem i strzeliłem się w nogę ręką w celu zabicia wyjątkowo irytującego muszyska.
- Jakich testów?
Uśmiechnąłem się strzepując trupa z łydki.
- Trzeba cię sprawdzić.

Rok 1973, Korea Północna, dzień jedenasty.

- CZTERDZIEŚCI! – Darł się Igrek. – CZTERDZIEŚCI!
- Źle! – Wykrzyczałem mu w twarz i zaprzestałem zdzierania skóry tarką z jego łydki. – Zaledwie dwadzieścia siedem!
- Dość! – Krzyczał. – Proszę, dość!
- Jeśli się nie nauczysz – nie przyjmę cię pomocnika. Marnie z tobą idzie, przez ostatnie piętnaście dzisiejszych testów zdałeś zaledwie trzy!
- Jak to się w ogóle wyczuwa? – Zapytał mnie ocierając oczy.
Ocierając twarz z potu i powiedziałem:
- Powtarzam ci, że wartość bólu to średnia szybkość czasu wzrastania bólu pomnożona przez ciężar wykonującego, który zamieniasz na newtony. Wynik dzielisz przez dziesięć.
- A czy to nie ma czasem swoich zależności? – Zapytał mnie rozżalony.
- Oczywiście, że ma, ale nie było ich w ostatnich pięćdziesięciu testach, które wykonywaliśmy od wczoraj!
- Błagam, koniec na dziś…
- Chcesz ze mną pracować, czy nie?
- Pewnie, że chcę, ale nie jako materiał!
- Uczyłem się tak samo jak ty! Dawaj, jeszcze przynajmniej pięć! Jeszcze nie sprawdzałem jak radzisz sobie z miażdżeniem palców u…
- NIE! – Wrzasnął. – WYSTARCZY!
Westchnąłem i usiadłem na krześle. Igrek przełknął ślinę i wstał z krzesła by opatrzyć sobie rany. Gdy skończył – spojrzał na mnie i zapytał:
- Nie jesteś głodny?
- Nie jadłem nic od wczoraj. Pewnie, że jestem.
- Ja również. A słabo tu na tych targach. Nie mają z reguły nic zdatnego do spożycia. Tutejsze zwierzęta też najsmaczniejsze nie są. Nie wiem gdzie oni trzymają ten cały syf.
Kiwnąłem głową.
- Nie znasz stąd nikogo poza mną?
- Nie poznałem wcześniej nikogo z kim chciałem rozmawiać. A ty?
- Siedzę tu trochę, udało mi się zyskać małą przyjaźń. – Powiedział szczerząc zęby w uśmiechu. – Czasami zaglądam do ludzi, którzy mnie uratowali. Umówiłem się z nimi na dzisiaj. Może wybierzesz się ze mną?
- Nie, dzięki. Preferuję samotność.
- Więc nie będę cię od niej odciągał. – Powiedział uśmiechając się i wyszedł z namiotu.
Zostałem w środku i ostrzyłem noże. Po paru minutach stwierdziłem, że zapalę sobie paskudztwo, które zaoferował mi wcześniej Igrek. Wziąłem ze stołu zawinięty w rulon tytoń. Wyjąłem z kieszeni ledwo działającą już zapalniczkę i wyszedłem na zewnątrz.
Poszedłem środkiem targu, który wieczorem zaczął już pustoszeć. Wciągałem dym do płuc, od czasu do czasu pokaszlując ze względu na brak przyzwyczajenia do takich cholerstw. Po wyjściu z targu skierowałem się wąską uliczką między małymi chatkami, patrząc jednak to w lewo, to w prawo, czy ktoś na mnie czyha. Przystanąłem. Moje uszy zwróciły na coś uwagę. Usłyszały jęczenie, więcej niż jednej osoby. Jęczenia były raczej „urywne”. Poszedłem po cichu za dźwiękiem. Przeszedłem parę metrów i okazało się, że dobiegał z jakiejś chatki. Wyrzuciłem peta za plecy.
Przełknąłem ślinę i przyłożyłem ucho do drzwi chaty. Coś okropnie stamtąd cuchnęło. Pomiędzy jękami słyszałem jakieś ciche rozmowy:
- Nie wiem…Nie widzieliśmy go potem…
- Nigdy?
- Zniknął…To boli…Tak bardzo boli!
- Spokojnie. Znajdziemy go.
O mało nie wybuchłem śmiechem. Moi przyjaciele się odnaleźli. A po ich jękach i słowach mogłem wywnioskować tyle, że substancja zadziałała. To, czym ich nakarmiłem – było mieszanką ścieków ze zwłokami owadów. Po tym wszystkim w szczękę musiało wdać się zakażenie, całkiem bolesne. Jeśli dany materiał po nafaszerowaniu takim świństwem jadł cokolwiek – to oczywiście pokarm ocierał się o zakażenie, co po przełknięciu powodowały wymioty i tańce jelit.
Wielkości buteleczek nie miały znaczenia. Po prostu nie zmieściło mi się wszystko do jednej.
- Czy my…Czy my umieramy? – Zapytał ktoś za drzwiami.
- Tak. Zdychacie. Ale sprawca tego czynu również zostanie pogrzebany. Jeśli się uda – jego własną bronią.
- Mistrzu…Dziękujemy…
- Wiem, kochani.
Złapałem się za usta i pobiegłem za ścianę innej chatki. Płakałem ze śmiechu, nie potrafiłem się opanować. Trwało to przez dziesięć minut. Nagle drzwiczki chatki, z której odbiegały głosy otwarły się i usłyszałem kroki. Wychyliłem się z czerwonymi od płaczu oczami zza ściany, żeby spojrzeć, który z moich przyjaciół się stamtąd wyczołgał.
Gdybym nie złapał się wtedy ponownie za usta, pewnie wydarłbym gardło na maxa krzycząc:
„IGREK!?”

Ciąg dalszy: http://straszne-historie.pl/story/13708-SPRZEDAWCA-BOLU-czesc-czwarta
Pytania? Sugestie? Komentarze do pracy autora?
Zobacz też:
Drżącą dłonią otarła łzy spływające wolno po jej rozgrzanych policzkach. Przemierzając ciemne uliczki New Yearsy myślała nad tym, czemu akurat ona padła ofiarą szkolnych łobuzów. Przecież nigdy się nie wychylała, była cicha, miała dobre oceny. Zawsze była pomocna, starała się być oparciem dla tych, którzy jej potrzebują. Nie sprawiała problemów,...
Czytaj dalej
Strona Straszne-Historie.pl do poprawnego działania wykorzystuje pliki typu Cookies. Korzystając ze strony wyrażasz na to zgodę.
Jeśli lubisz takie rzeczy jak: horror, creepypasta, książki, filmy, gry komputerowe, opowiadania z gatunku horrory to Straszne-Historie.pl to strona dla Ciebie. Nasze opowiadania potrafią wciągnąć i przestraszyć lepiej niż filmy horror oraz książki grozy.